czwartek, 2 kwietnia 2026

Wybory samorządowe we Francji: autostrada dla lepenistów, czy wielopoziomowe skrzyżowanie?

Zakończone wybory samorządowe we Francji, znaczące wydarzenie społeczno - polityczne we Francji (warto wiedzieć, że we Francji funkcjonuje prawie 35 tys. gmin, w których aktywnych jest prawie 520 tys. radnych - to wyjątkowe co do skali zjawisko w Europie), pozornie nie przyniosły zmian jakościowych na krajowej scenie politycznej. 

Tradycyjne formacje polityczne utrzymały władzę w dużych miastach, a Zjednoczenie Narodowe (Rassemblement National - RN, dawny Front Narodowy), nie zdołał przejąć władzy w dużych miastach, między innymi na skutek preferowanej przez francuską ordynację wyborczą blokowości oraz tradycyjnemu ostracyzmowi, wdrożonemu przeciwko tej partii przez partie i media głównego nurtu. Czy to przegrana RN, czy raczej prolongata decydującego starcia, na czas przyszłorocznych wyborów prezydenckich?

Odpowiedź i wyraźną sugestię w tym zakresie przynoszą sondaże poparcia, wykonane w dniu zakończenia wyborów samorządowych. Zgodnie z nimi lider Rassemblement National: Jordan Bardella, cieszy się 35% poparciem społecznym, lider Centrum Eduard Philippe może liczyć na 18% poparcie, a utożsamiany z Partią Socjalistyczną Raphael Glucksmann na 14%. Oczywiście sceptycy mogą twierdzić, że to jedynie sondaże oraz że konsekwencją ordynacji będą tradycyjnie bloki wyborcze, które w naturalny sposób zmajoryzują poparcie lepenistów, ponieważ nastąpi jednolity front przeciwko RN, mającemu ograniczone możliwości poszerzenia wpływów wyborczych.

Co do zasady to może być zasadna ekstrapolacja, tyle że:

       1. W grze jest jeszcze poparcie Eric'a Zemmour'a, szacowane w przywołanym sondażu na 5%, któremu znacznie bliżej do partii Marine Le Pen niż pozostałych formacji, a w konsekwencji przepływ głosów w tym kierunku jest więcej niż prawdopodobny;

          2. Trudno wyobrazić sobie, że francuska scena polityczna skonsoliduje się przeciwko J. Bardelli jeszcze przed pierwszą turą (ta traktowana będzie przez wszystkie formacje jako naturalny test popularności), a w konsekwencji czas na wypracowanie kompromisowej oferty programowej ograniczony zostanie do dwóch tygodni, co zasadniczo utrudni kampanię i faworyzuje R.N;

     3. Tradycyjnym formacjom i ich liderom nie sprzyja sytuacja międzynarodowa i rosnące niezadowolenie społeczne we Francji (w zakresie poziomu życia, perspektyw, bezpieczeństwa, przywilejów socjalnych). Rassemblement National bazować będzie na formule jedynej prawdziwej alternatywy, która jeszcze nie partycypowała w sprawowaniu władzy, a w konsekwencji słusznie do niej aspiruje. Sprawdzone wzorce walki politycznej z lepenistami (etykietyzacja, ostracyzm, deprecjonowanie, ośmieszanie, mogą już stracić swój powab w oczach Francuzów);

           4. W aspekcie wyniku wyborów prezydenckich, wielkie miasta odgrywają co prawda kluczową rolę, ale nie rozstrzygają o ostatecznym wyniku. Klucz do zwycięstwa tkwi na francuskiej prowincji i we frekwencji wyborczej (czym wyższa, zwłaszcza poza wielkimi miastami, tym bardziej sprzyjać będzie RN).

Jak zatem krótko prognozować wynik przyszłorocznych wyborów we Francji, istotnych także w perspektywie europejskiej? 

Używając terminologii bokserskiej, to nie będzie nokaut, a zwycięstwo na punkty, niekoniecznie wyraźne i przekonywujące. Francuska scena polityczna przypomina dziś wielopoziomowe skrzyżowanie, ale uprzywilejowaną rolę przyznać należy autostradzie budowanej z mozołem przez lata i dedykowanej dla lepenistów. Jeżeli nie zdarzy się nic nadzwyczajnego, nie dojdzie do prowokowanego rozbicia formacji Marine Le Pen, a sytuacja ekonomiczna Francuzów nie ulegnie poprawie, zdesperowani mieszkańcy kraju galijskiego koguta mogą w końcu chcieć zaryzykować i postawić na przedstawiciela R.N. Inną kwestią jest pytanie, czy R.N udźwignie brzemię odpowiedzialności i wyzwań.    

                             

piątek, 20 marca 2026

22.03.2026 - finał wyborów samorządowych we Francji: pozorna kontynuacja, czy jednak zmiana?

Przypadająca na niedzielę 22.03.2026 roku, druga tura wyborów samorządowych we Francji, traktowana jest powszechnie jako swoiste preludium przed wyborami prezydenckimi 2027 roku. Obowiązująca ordynacja wyborcza, mająca zapobiec rozproszeniu politycznemu, a w konsekwencji sprzyjająca sojuszom wyborczym, z pewnością odkształci formalnie realne wpływy wyborcze francuskich formacji politycznych. W efekcie wybory te - co istotne dla egzystencji społeczności lokalnych - bywają postrzegane w tradycyjnych kanonach polityki francuskiej, z kluczową rolą przyznaną wielkim miastom. Czy zasadnie? Mam wątpliwości. Na czym opieram swoje przekonanie?

1. Po pierwsze, na uwagę zasługuje frekwencja wyborcza w pierwszej turze (57,1%), co prawda wyższa jak w ostatnich wyborach (2020 r. - 44,7%), ale i tak istotnie niższa niż w latach poprzednich, a precyzyjniej druga najniższa od 1959 roku. Co z tego wynika? Z pewnością jest to efekt rosnącej frustracji społecznej i apatii politycznej, będących konsekwencją zamętu ideowego i niepewności w odniesieniu do perspektyw życiowych przeciętnych Francuzów;

2. Po drugie, utrzymał się co prawda tradycyjny podział Francji na trzy bloki: 1). RN i alianci Rassemblement national ses alles), czyli prawica narodowa - 33,15% głosów; 2). NFP (lewicowy Nouveau Front populaire) - 27,99% głosów, wreszcie prezydenckie Ensemble - 20,04% głosów. Wspomniana już jednak ordynacja wyborcza, wymusza w wyborach samorządowych dla sprawowania władzy tworzenie bloków wyborczych, skutkiem czego będzie nieuchronnie powrót Francji do polaryzacji i bipolarnego układu politycznego (prawica - lewica);

3. Po trzecie, walka o preferencje elektoratu oznacza zarówno na lewicy, jak i prawicy konieczność poszerzenia oddziaływania społecznego, co najbardziej widoczne jest w obozie prawicy, która usiłuje i zmuszona jest przejąć część narracji dawnego Frontu Narodowego (RN). Coraz bardziej oczywistym jest, że rola konsolidującego francuską prawicę przypadnie partii M. Le Pen. Co prawda wszystkie formacje tradycyjnie preferują etykietyzację polityczną i dyskredytację przeciwników politycznych, opartą zwłaszcza na diabolizacji, ale nowe tendencje są aż nadto zauważalne;

4.  Po czwarte, zauważalna jest strategiczna erozja po stronie wspomnianego RN. Historyczna liderka Frontu - Marie Le Pen, ciągle preferuje werbalnie ideową odrębność i wyrazistość formacji ("ni droite, ni gauche": "ani prawica, ani lewica"). W opozycji do niej, młody przywódca partii: Jordan Bardella, zaczyna dążyć do coraz większej artykulacji aksjologii tradycyjnej prawicy, widząc w niej i jej admiratorach, naturalny rezerwuar poparcia społecznego partii, co znajduje wyraz w odwoływaniu się do "etosu prawicy" ("ethos de droite"). Nie jest do końca jasne czy to tylko retoryka, swoiste badanie preferencji wyborczych i reakcji twardego elektoratu, czy zamierzony, strategiczny zwrot, od artykulacji interesów po ich agregację, co charakterystyczne dla partii aspirujących zasadnie do sprawowania władzy; 

5. Po piąte, co prawda wszyscy podkreślają kluczową rolę wielkich miast w wyborach samorządowych, tyle że skoro wybory te to swoista walka o miejsce w blokach wyborczych przed wyborami prezydenckimi, waloryzacja roli i miejsca elektoratu poza wielkimi miastami jest więcej niż oczywista, a w tym aspekcie palma pierwszeństwa przypada jednoznacznie partii Marine Le Pen.

Pora na wnioski:

1. Francuska scena polityczna w oczywisty sposób ewoluuje z preferencją dla historycznej orientacji na dwublokowość, co leży w interesie kluczowych graczy, z jednym zastrzeżeniem: konsolidującym na prawicy będzie nie tradycyjna prawica, a prawica narodowa (dla niektórych, nie do końca zasadnie skrajna prawica);

2. W kontekście przyszłorocznych wyborów prezydenckich, tradycyjny marketing polityczny z preferencją dla etykietyzacji i dyskredytacji, może już nie wystarczyć. Charakter korygujący w tym zakresie, mógłby mieć potencjalny konflikt i rozpad Rassemblement national, co ucieszyłoby wielu.

3. Z polskiej perspektywy, warto aby zarówno obóz władzy, jak i opozycja wyciągnęli wnioski z francuskiej lekcji: symbolika i inwektywy już nie wystarczą dla zwycięstw wyborczych. Istnieje coraz większe społeczne zapotrzebowanie i analogiczna presja na alternatywy, nawet egzotyczne, będące konsekwencją znużenia i apatii elektoratu, zagrożenia jego bezpieczeństwa i egzystencji socjalnej, który gotów jest powierzyć mandat rządzenia "nowym", także, a może coraz cześciej tylko dlatego, że jeszcze nie rządzili.             

wtorek, 6 stycznia 2026

Europa w potrzasku - gdyby żył De Gaulle...

"[...] Wyznaję Eisenhowerowi, że przy całym moim przekonaniu, iż Stany Zjednoczone są niezbędne dla świata, nie chciałbym je widzieć występujące w roli światowego sędziego i żandarma [...]".

     Ch. de Gaulle., "Pamiętniki nadziei". 1970 (wydanie polskie: Wyd. MON. Warszawa. 1974,; s. 291). 

Priorytety prezydentury D. Trumpa, wydarzenia w Ukrainie, Wenezueli, zachodzące zmiany w dotychczasowej konstelacji porządku światowego, stawiają przed Europą nowe, egzystencjalne wyzwania, których nie sposób dalej deprecjonować, a tym bardziej prolongować ich rozwiązania.

Jesteśmy świadkami prawdziwego końca świata jaki znaliśmy: w percepcji Europejczyka czasu względnego spokoju, stabilności społecznej i politycznej, wysokiego poziomu życia, wydolności systemu bezpieczeństwa, opartego na NATO i amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa. Jak słusznie zauważał de Gaulle: "[...] to prawda, że gdyby Europa, staczając się ku nieszczęściu, miała pewnego dnia cała zostać podbita przez Waszych rywali, Stany Zjednoczone rychło znalazłyby się w bardzo krytycznej sytuacji. Dlatego też ideologia, za którą zwykły ukrywać się żywotne interesy, dziś nazywa się dla was "sprawą wolności" i "solidarnością atlantycką" [...]". ("Pamiętniki nadziei", cyt. wyd., s. 259). Dziś Amerykanie jednak uznali, że zasadniczo zmieniają własną aksjologię w tej fundamentalnej sprawie, nie tylko słusznie oczekując od Europejczyków większej dbałości o własne bezpieczeństwo, ale podważając w istocie fundamenty wzajemnych relacji. Temu nie powinniśmy się biernie przyglądać, a tym bardziej takiego podejścia akceptować.

Europa nie może dłużej zwlekać, a europejscy liderzy (niestety nie dorastający do poziomu de Gaulle'a), nie mogą dłużej deliberować w luksusowych warunkach o naszej przyszłości, bojąc się zarazem podejmowania jakichkolwiek decyzji. Czas właśnie na strategiczne decyzje, także w obszarze europejskiego bezpieczeństwa. Czas na publiczne, zgodne oświadczenie, wbrew zasadom poprawności politycznej, dominującej etykietyzacji, że w zaistniałej sytuacji, mamy z USA interesy wspólne i rozdzielne, a skoro tak, Europa - niezależnie od sojuszu z USA, buduje własne, suwerenne zasady bezpieczeństwa, w oparciu o posiadane środki i możliwości.

Podstawą bezpieczeństwa Europy powinny być nowoczesne środki konwencjonalne europejskich państw narodowych, wsparte - w wersji optymalnej, francusko - brytyjskim parasolem atomowym, którego koszty utrzymania i modernizacji powinny być solidarnie ponoszone przez Europejczyków, a tryb podejmowania strategicznych decyzji w przedmiocie ich potencjalnego użycia precyzyjnie uzgodniony. Jeżeli - pozostając z szacunkiem i należytą atencją dla Brytyjczyków, w aspekcie ich potencjału, jak i historycznych zasług - wybiorą oni prolongatę dotychczasowej orientacji na USA, potencjał nuklearny Francji daje wystarczającą rękojmię odstraszania. Odpowiadając na argumenty adwersarzy tej koncepcji w odniesieniu do faktycznej nierównowagi potencjałów atomowych Rosji, USA oraz Chin, w stosunku do Francji, trzeba zauważyć, ze nie wielkość arsenałów atomowych, a sam fakt ich posiadania i struktury towarzyszącej, daje wystarczającą rękojmię adekwatności odstraszania.    W wymiarze podstaw aksjologicznych, rynkowym (wielkość rynku konsumenckiego i jego potencjał nabywczy) i potencjału gospodarczego,  pozycja Europy - choć słabnie - stawia nas ciągle w pierwszym rzędzie światowych potęg. Czas najwyższy, aby także na polu militarnym, Europa pozostając w sojuszach i szanując swoje pryncypia oraz międzynarodowe zobowiązania, zaczęła donioślej mówić własnym głosem, budować własny, niezależny od kaprysów sojuszników potencjał wojskowy.

Czas supremacji USA - z woli naszego tradycyjnego antanta - dobiega końca, co nie oznacza i nie może oznaczać końca świata.

Odrębną kwestią pozostaje sprawa odpowiedzialności europejskich elit i oczekiwań wobec francuskiego przywództwa w Europie. Nie mamy jednak czasu. Alternatywą dla tej koncepcji jest dalsza marginalizacja i dekadencja Europy. 

Osobiście liczę i stawiam na Francję, dojrzałą strategicznie, doświadczoną historycznie i solidarną. Mam też nadzieję, że europejskie nacjonalizmy narodowe, nie staną na drodze naszego wspólnego bezpieczeństwa.