poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Wybory prezydenckie 2022 roku we Francji: Francuzi głosują portfelem



     Pierwsza tura wyborów prezydenckich, kończy się bez niespodzianek, jej zwycięscy to: urzędujący Prezydent Republiki - E. Macron (27,6% oddanych głosów) i Przewodnicząca Zjednoczenia Narodowego - Marine Le Pen (23,41%). 
Z pozoru wybory te odtworzyły póki co znane już podziały polityczne, co najmniej od 2017 roku. Czy aby na pewno?
Mimo, że nie znamy jeszcze oficjalnych, pełnych danych, a i z pogłębionymi analizami zasadnym jest wstrzymanie się do zakończenia finalnej, drugiej tury wyborów, kilka prawidłowości jest bardziej niż oczywistych, przyjmując przy tym względnie trwały charakter:

1. Wybory te definitywnie kończą bolesną agonię lewicy i prawicy we Francji, w klasycznym rozumieniu tych terminów, zainicjowaną jeszcze w 2017 roku, która - mimo zastosowania najnowocześniejszych terapii (marketing), zakończyła się ostatecznym zgonem;
2. We Francji, ideologiczna dotąd w znacznej mierze, choć wcale nie linearna (od skrajnej lewicy do skrajnej prawicy) oś podziału systemu partyjnego, zostaje zastąpiona nowym kryterium, nową osnową politycznej integracji i identyfikacji: kryterium dostatniej konstatacji (już nie tylko jak dotąd protestu);
3. Rysem charakterystycznym nastrojów politycznych i preferencji wyborczych we Francji staje się nieznana dotąd okoliczność, że partie określane w dotychczasowej nomenklaturze formacjami tradycyjnymi (prawica + lewica), zostały zmarginalizowane przez partie określane mianem partii skrajnych (sumując poparcie wyborcze M. Le Pen, J.- L. Melenchelon'a, E. Zemmour'a, a nawet i F. Rousel'a okazuje się, że ich łączne poparcie, przekracza 54,72% głosów). W konsekwencji faktu, że definiowany dotąd jako "skrajność" nurt polityczny staje się większością, naturalnym wydaje się pytanie o "normalność" i jej parametry;
4. Szczególnie bolesna i symptomatyczna jest degrengolada francuskiej lewicy, której przedstawicielka A. Hidalgo (Partia Socjalistyczna), uzyskała ledwie 1,74% głosów (mniej niż przedstawiciel Francuskiej Partii Komunistycznej F. Rousell - 2,31%);
5. Zarówno wynik wyborczy M. Le Pen, jak i J. - L. Melenchon'a nie jest zaskoczeniem, a logiczną konsekwencją ewolucji społeczno - gospodarczej i politycznej Francji minimum ostatniej dekady, że wystarczy przypomnieć ruch "żółtych kamizelek". Pisałem o tym wielokrotnie, także i w tym miejscu;
6. Korzystając z naturalnego prawa i przywileju do krytyki programów i pozycji politycznych kandydatów, prezentujących w istocie odmienne percepcje Francji i świata, dobrze jest unikać typowej dla poprawności politycznej "etykietyzacji", stosować racjonalne, znajdujące potwierdzenie w faktach argumenty z jednej strony, z drugiej zaś unikać histeryzowania w kontekście ekstrapolowanych wyników tychże wyborów. Kluczowym jest consensus co do faktu, że wybory są istotą demokracji, a ich wynik - jeżeli przeprowadzone wedle demokratycznych standardów - wymaga poszanowania;
7. Na dziś - jeżeli nie nastąpią nowe jakościowo elementy - zwycięstwo wyborcze i reelekcja urzędującego Prezydenta, wydają się być niezagrożone. Przekonanie to wzmacnia dążenie tradycyjnej klasy politycznej do społecznej mobilizacji pod hasłem obrony demokracji (co znajdzie z pewnością wyraz we frekwencji wyborczej, która im wyższa, tym bardziej faworyzować będzie urzędującego prezydenta).   Warto jednak skupić się nad przyczynami, a nie tylko skutkami poparcia politycznego M. Le Pen w społeczeństwie francuskim. 
8. Zdecydowanie warto zastanowić się nad tym co wniosła i jeszcze wniesie do życia publicznego istotna waloryzacja aksjologii utożsamianej przez kandydatkę Zjednoczenia Narodowego. Czy aby na pewno etykieta "skrajna" jest aktualna i adekwatna? Czy rację mają ci, którzy definiują miejsce ZN -wzorem lewicy przez dekady na "Starym Zachodzie" - w permanentnej opozycji, widząc w kontrolowaniu rządzących, największą wartość dodaną pozycji i siły tego nurtu politycznego w systemach politycznych? Czy znajduje potwierdzenie w faktach hipoteza, że Europa Wschodnia, a zwłaszcza 'Polska, ma powody do uderzenia się w pierś i przysłowiowego żalu za grzechy, w kontekście stanu nastrojów społecznych i preferencji wyborczych demokracji "Starej Europy"? 

O tym w kolejnych moich wpisach w ciągu najbliższych dwóch tygodni.    



czwartek, 3 grudnia 2020

Valery Giscard d"Estaing (1926 - 2020) - dziękuję za wszystko i zawsze będę pamiętał

 

          Nie będę się rozwodził nad biografią polityczną VGE, Prezydenta V Republiki Francuskiej w latach 1974 - 1981, lepiej zrobią to inni.

Nie będę analizował Jego drogi życiowej, która była tak bogata i znacząca, że wystarczyłaby do obdzielenia kilku wielkich życiorysów.

Nie będę przywoływał dokonań wpierw najmłodszego deputowanego w dziejach Francji Jego pokolenia, potem wybitnego Ministra Finansów Republiki, referującego nawet kwestie budżetu w Zgromadzeniu Narodowym z pamięci, z drobiazgową znajomością szczegółów. Pominę także zasługi w budowie jedności europejskiej, w ścisłym sojuszu z Niemcami.

Nawet o wielkich dokonaniach literackich, które zaprowadziły Go w nobliwe szeregi członków Akademii Francuskiej ledwie wspomnę, odsyłając zainteresowanych do lektury choćby wydanej w Wydawnictwie Sonia Draga (2012) Jego powieści "Armia Napoleona", czy w Wydawnictwie Świat Książki (2010), innej, kontrowersyjnej powieści "Księżna i prezydent". 

Również Jego jakże interesującą i wnikliwą koncepcję basenu Morza Śródziemnego, jako jednego z przyszłych centrów światowego życia społeczno - politycznego, którego potęga oparta będzie na europejskiej technologii i kapitale oraz afrykańskich surowcach oraz potencjale ludnościowym pozostawię bez rozwinięcia, analogicznie jak koncepcję społeczeństwa centrowego, wyłożoną najpełniej  w Jego pracy "2 Francais sur 3".

Napiszę o moich "doświadczeniach" z VGE.

Jest rok 1980. Po miesięcznym pobycie we Francji w ramach wymiany młodzieży, w czasie którego miałem okazję zwiedzić między innymi miejscowość Le Creusot, z którą związana jest ściśle historia rodziny małżonki Giscard'a d' Estaing, jakże zasłużonej dla Francji indiustralnej, a który to wyjazd był dla mnie kulturowym szokiem i największą w życiu lekcją kapitalizmu oraz demokracji, postanawiam napisać ledwie dukając po francusku, do V.G.E - wówczas Prezydenta - z prośbą o autograf, motywując to szacunkiem i podziwem do postaci, w ówczesnym dwybiegunowym świecie, pełnym napięć i niewiadomych. 

Jakie było moje zdziwienie i radość, kiedy po kilku tygodniach otrzymałem korespondencję z Pałacu Elizejskiego, zawierającą między innymi zdjęcie z odręcznym autografem Prezydenta. To było prawdziwe wydarzenie. Uznałem to także za zrządzenie losu i zacząłem zdecydowanie bardziej przykładać się do nauki języka francuskiego.

W czasie studiów politologicznych, kiedy już zdecydowałem że to Francja jest moim naukowym przeznaczeniem, postanowiłem do V.G.E napisać raz jeszcze, tym razem motywując to chęcią napisania pracy magisterskiej pod tytułem "Myśl polityczna Valery'ego Giscarda d' Estaing". Niedługo potem, otrzymałem przesyłkę zawierającą pakiet książek autorstwa VGE, z życzeniami pomyślności i zachętą do pisania oraz dalszych studiów. Był to rok 1984, kiedy dostępność literatury obcojęzycznej w Polsce była absolutnym rarytasem, a koszt 1 książki przekraczał miesięczne pobory asystenta - stażysty!! Pracę rzecz jasna napisałem, opublikowałem kilka artykułów naukowych w prestiżowym polskich periodykach na temat VGE, zawsze oczywiście wysyłając je na adres kancelarii byłego prezydenta.

Nigdy nie dane mi było poznać V.G.E osobiście, czego bardzo żałuję. Nabyte w toku tych kilkukrotnych kontaktów know - how, miało jednak kapitalne znaczenie dla mojej drogi zawodowej.

Zrozumiałem, że francuscy politycy, to wielokrotnie erudyci z klasą, którzy wykazane zainteresowanie własną osobą, drogą polityczną i dorobkiem, także o teoretycznym charakterze, traktują jako swoistą nobilitację, niosąc bezinteresowną pomoc każdemu zainteresowanemu. Doświadczyłem tego wielokrotnie osobiście. Bez względu na orientację polityczną, miejsce we francuskim systemie politycznym, czy piastowane stanowisko, każdy polityk do którego się zwróciłem o pomoc, przede wszystkim w aspekcie materiałów źródłowych, udzielił mi jej w zakresie szerszym niż się spodziewałem. Warto przy tym pamiętać, ze rozmawiamy o czasach bez internetu, z dramatycznie wysoką ceną wydawnictw importowanych w Polsce.

Utwierdziłem się w wyborze i przekonaniu, że Francja jest dla mnie wzorem zachowań, wyborów i aksjologii w wielu dziedzinach, jest krajem i kulturą z którą dalece się utożsamiam. Dziś - pracując już od lat w biznesie i w luźnym związku z nauką - zainteresowanie krajem galijskiego koguta, nadal zawsze pomaga i procentuje. W rezultacie Francja to był w w moim przypadku trafny, opłacalny, dający osobiste profity wybór.

Poznałem piękny, niepowtarzalny język francuski i kulturę tego kraju, z jego wszystkimi symbolami. Każdy pobyt we Francji jest dla mnie czasem zachwytu i pochłaniania wszystkiego jak gąbka, czasem uczty dla ciała i ducha.

Dzięki "słabości" do Francji i Francuzów, miałem również okazję pracować kilka lat na stanowiskach kierowniczych we francuskich przedsiębiorstwach, prestiżowych i znaczących, nie tylko we Francji, wiele się przy tym ucząc, ale zarazem mając znakomite relacje interpresonalne z zarządzającymi na poziomie grupy kapitałowej również dlatego, że zawsze mogliśmy pogaworzyć o francuskiej kulturze, koniaku, serze, szampanie, winie, samochodach, niełatwej historii. Moi interlokutorzy - co nie jest bez znaczenia - wykazywali przy tym nadzwyczajną tolerancję i wyrozumiałość dla moich niedostatków językowych oraz poszerzali moją percepcję Francji i jej atrybutów.

Śmierć Valery'ego Giscarda d' Estaing odbieram bardzo osobiście, jako koniec pewnej epoki. Jestem Mu osobiście wdzięczny za to, że przed prawie czterema dekadami, pomógł mi młodemu człowiekowi dokonać życiowych i zawodowych wyborów, zbudować kapitał, który procentuje przez życie.

Odchodzi czas Wielkich Francuzów w polityce, ludzi z klasą, kulturą, wyobraźnią i wizją. Przemija czas autorytetów w świecie technokratów. Zawsze zazdrościłem Francuzom przywódców.

Dziękuję Panie Prezydencie. Zachowam Pana we wdzięcznej mojej pamięci do końca moich dni.   


       

       


 

czwartek, 11 czerwca 2020

"Clemenceau" - poważnie, "Historia erotyczna" - refleksyjnie i rozrywkowo.

     Jestem po lekturze dwóch, pachnących jeszcze farbą drukarską, bardzo interesujących, choć skrajnie różnych książek.
"Clemenceau" autorstwa wybitnego francuskiego erudyty, polityka, profesora Jean'a-Noel'a Jeanneney'a (Wydawnictwo Oficyna Naukowa., Warszawa. 2019), ze znakomitym wstępem profesora Marcina Króla, to napisana przekrojowo i problemowo, a nie chronologicznie, biografia polityczna słynnego "Tygrysa" - Georgesa'a Clemenceau (1841-1929), francuskiego bohatera narodowego, dwukrotnego premiera (1906-1909 i 1917-1920), zasadnie utożsamianego z francuskim triumfem, w Wielkiej Wojnie 1914-1918.
Clemenceau to bez wątpienia jednostka wybitna, wzbudzająca do dziś sporo emocji i kontrowersji, w zależności od preferowanej przez oceniającego aksjologii politycznej, postać pełna paradoksów. Urodzony w lekarskiej rodzinie (sam był praktykującym doktorem medycyny), w cieżko doświadczonej, ultratradycyjnej i katolickiej Wandei, był zarazem zdeklarowanym ateistą, rozumiejącym pryncypialnie - w terorii i praktyce - laickość państwa. Symbolem tego podejścia był fakt, że miejsce krzyża w domu Clemenceau, zajmowało popiersie M. Robespierre'a. Dbałość o laickość państwa, pokojowe współistnienie między "tronem, a ołtarzem", przy poszanowaniu indywidualnego charakteru stosunku do wiary każdego Francuza oraz sprzeciwie wobec każdego możliwego aspektu  dyskryminacji w tym względzie (dla przykładu Clemenceau był przeciwnikiem dyskryminacji szkół katolickich), to - poza konstrukcją pokojowego ładu w Europie - najbardziej charakterystyczny zdaje się rys działalności publicznej Tygrysa.
Dziennikarz, wydawca, literat, znawca starożytnej Grecji, której dorobkiem był zafascynowany (autor biografii Demostenesa), ale nade wszystko wrażliwy społecznie, lewicowy, choć nie ortodoksyjnie polityk, oddany bez reszty idei wielkiej, ale sprawiedliwej Francji. Erudyta, z rzadko spotykanym talentem krasomówczym i polemicznym.
Co istotne i warte podkreślenia, polityk bezwzględnie uczciwy (tu polemizowałbym z prof. M. Kulą, który w kwestii uczciwości, stawia znak równości między Clemenceau, a W. Churchill'em, odwołując się choćby do istniejącej literatury przedmiotu, np. 3-tomowej pracy Jones'a Michael'a - E., "Jałowy pieniądz. Historia kapitalizmu jako konfliktów między pracą, a lichwą"., Wyd. Wektory. Wrocław. 2015. Bezwzględnie uczciwy był Clemenceau. Mecenasami W. Churchill'a - co wyszło na jaw już w 1940 roku - byli Rotszyldowie).
Wielowątkowość i uniwersalność poglądów oraz działań G. Clemenceau, istotnie utrudnia skrótowe prezentowanie tej postaci. Może zatem jeszcze tylko trzy kwestie:
1). Stosunek Clemenceau do Niemiec, był istotnie bardziej złożony i zniuansowany, niż powszechnie się sądzi i nie dominowały w nim bynajmniej prymitywna antyniemieckość oraz rewanżyzm, mimo że celem życia Tygrysa w tym wymiarze, było odzyskanie Alazacji i Lotaryngii, utraconych po 1870 roku.
2). Interesującym wątkiem jest stosunek Tygrysa - kawalera Orderu Orła Białego (1920) do Polski i Polaków. To jego strategii, motywowanej rzecz jasna dbałością o interesy Francji, zawdzieczamy wsparcie dążeń Polski do niepodległości na Kongresie Wersalskim, także w wymiarze kształtu terytorialnego II Rzeczypospolitej. Nie zapominajmy przy tym, że był on wielkim admiratorem I. Paderewskiego, którego znał osobiście i podziwiał, za zaangażowanie w sprawy odbudowy państwa polskiego. 
3). Wreszcie, mimo upływu czasu, jakże aktualne pozostają przemyślenia Clemenceau w kwestiach społeczno - ekonomicznych. Tytułem ilustracji, przywoływana w biografii w formie cytatu, kwestia jego stosunku do przemian kapitalizmu i początków procesów globalizacji: "[...] Istnieje coś gorszego niż bogaty przemysłowiec, a mianowicie spółka akcyjna, która stała się obecnie regułą [...]. Właścicielami są stale zmieniający się, rozproszeni po świecie akacjonariusze, dla których fabryka oznacza wyłącznie dywidendę. [...]". 
Równie prorocze - z dziesiejszej perspektywy - były oceny relacji USA - Europa, w rekomendacji adresowanej do amerykańskich elit: "[...] Nie lekceważcie Europy. Wasze sądy mogłyby się obrócić przeciwko wam. Nie wykorzystujcie nas. Nikt nie wie, jaki los zgotuje wam Historia. Czy nie uważacie, że powszechne odrzucenie solidarności, spektakularnie przez was zapoczątkowane, pewnego pięknego dnia może po raz kolejny zdarzyć się w Europie lub na Dalekim Wschodzie i poprowadzić nas wszystkich w bardzo groźnym kierunku? [...]". 
Na koniec kilka znakomitych bon motów, z których słynął G. Clemenceau, o jakże ponadczasowym charakterze:

"[...]Chwała krajowi, w którym ludzie mówią, hańba krajowi, w którym ludzie milczą[...]."
"[...]Nigdy nie kłamiemy tyle, co przed wyborami, podczas wojny i po polowaniu[...]".
"[...]Najtrudniejszym wyzwaniem rewolucji, jest czuwać nad porcelaną[...]".

Drugą książką, jest praca Nicolas'a Mietton'a "Historia Erotyczna dyplomacji francuskiej" (Wydawnictwo Bellona., Warszawa 2019), obejmująca swoim zasięgiem czas od Ludwika XIV, po lata 80-te XX wieku. To dobrze udokumentowana, napisana ze swadą i poczuciem humoru opowieść o mniej oficjalnej stronie życia politycznego, choć pozbawiona elementów obscenicznych. Jest ona zarazem potwierdzeniem i dowodem, że politycy to normalni ludzie, z typowymi przywarami i zdolnościami, a eksploatowana dziś powszechnie kwestia molestowania seksualnego i konieczności powściągania naturalnych skłonności w sytuacji posiadania statusu osoby publicznej, ma ponadczasowy charakter. Jak zawsze tylko Charles De Gaulle jest bez skazy. 

Zachęcam do lektury tych książek, ze względów poznawczych i kulturowych. Warto poświęcić im czas.    
  

 
  

środa, 10 czerwca 2020

Jestem znowu!!


Pisząc 3 - go października 2018 roku post: "Wracam i już będę", nie wiedziałem wszystkiego, w odniesieniu do mojego ówczesnego stanu zdrowia, mimo podejrzeń, pierwszych diagnoz, drobiazgowych badań, oraz wynikających z nich lekarskich rekomendacji.
Nie wiedziałem i może dobrze.
Nie chcąc nadmiernie epatować swoimi niełatwymi przeżyciami, powiem tylko tyle: maj 2019 - operacja onkologiczna, potem długotrwała radioterapia i rekonwalescencja. 
Na szczęście, na dziś, mogę z satysfakcją powiedzieć, że uporałem się z nowotworem złośliwym, wiele zawdzięczając wybitnym przedstawicielom polskiej medycyny, cierpliwości oraz oddaniu mojej najbliższej rodziny i przygotowuję się do powrotu do pełnowymiarowej aktywności zawodowej, podtrzymując decyzję co do priorytetów, określonych także publicznie, w przywołanym powyżej poście.
Zatem wracam i jestem znowu. Gotowy do aktywności, zaangażowania i rzecz jasna darzący niezmiennie gorącym uczuciem Francję i wszystko co francuskie.
Jestem optymistą. Kolejne, tym razem już merytoryczne wpisy już wkrótce.
Kłaniam się nisko wszystkim tym, którzy mi dobrze życzyli, którzy mi pomogli, którzy o mnie nie zapomnieli. Pamiętam o nich wszystkich z wdzięcznością, traktując ich podejście jako moje zobowiązanie do analogicznego zachowania w przyszłości, jeżeli okoliczności będa tego wymagały.
Tym, którzy o mnie zapomnieli, współczuję, bo ja żyję i pamiętam...





wtorek, 16 kwietnia 2019

Pożar paryskiej katedry Notre Dame - płomienie rozpaczy i ogień nadziei

     Data 15 - go kwietnia, miała dotąd w kulturze światowej i świadomości społecznej konotację związaną przede wszystkim z rocznicą urodzin genialnego Leonarda Da Vinci (1452). W historii Francji i Francuzów, we francuskiej kulturze, to dotychczas data kojarzona z rocznicą francusko - angielskiej bitwy o Fornigny (15.04.1450), w wyniku której Normandia znalazła się pod panowaniem francuskiem, z zajęciem w 1798 roku Genewy, która przez kolejnych 16 lat, była siedzibą francuskiego departamentu Leman, wreszcie z rocznicą śmierci symbolu egzystencjonalizmu: Jean'a Paul'a Sartre'a (15.04.1980). Od wczoraj jednak, ta data ma nową tragiczną, uniwersalną symbolikę: kojarzyć się będzie z pożarem perły światowej architektury, francuskiej kultury, jednego z symboli chrześcijaństwa: paryskiej katedry Notre Dame.  
Wszechobecne media pozwoliły, aby paryski dramat rozgrywał się na oczach milionów widzów na całym świecie.
Rozmiar strat przygnębia.  
Francuzi to wielki naród, a Francja to wielki kraj, z poczuciem zasadnej i należnej dumy, przeznaczenia oraz dziejowej misji. Jestem absolutnie pewien, że katedra zostanie z pietyzmem i dbałością o szczegóły odbudowana, niezależnie od kosztów i czasookresu przedsięwzięcia. Zresztą pierwsze reakcje, zarówno oficjalne władz, jak i obywateli, nie pozostawiają cienia wątpliwości w tym względzie, co stwierdzam z radością i ulgą zarazem. Skądinąd odbudowa paryskiej katedry winna być zobowiązaniem nie tylko Francuzów, ale i Zjednoczonej Europy.
Francuzi, francuskie władze, traktują odbudowę katedry jako dziejowe zobowiązanie wobec kultury światowej, tradycji narodowej, jako obowiązek wobec przyszłych generacji i dług wobec przeszłych. To budujące, mając na względzie ostentacyjnie laicki charakter współczesnej Francji, kraju, który mimo silnego, symbolicznego osadzenia w realiach chrześcijaństwa, w wielu aspektach ma dziś status kraju misyjnego.
Daleki jestem od epatowania kogokolwiek symboliką, doszukiwania się mistycznych przekazów, interpretowania wczorajszej tragedii w kategorii kary za grzechy, czy też przestrogi, z opcją nawoływania o zmianę. Przekonania religijne traktuję jako sferę prywatności każdego człowieka. Tym niemniej jest sprawą bezsporną, że w oficjalnie laickiej od 1905 roku Francji, chrześcijaństwo i związane z nim poczucie tożsamości, jest, a przynajmniej było do wczoraj passe, traktowane bywa jako element odchodzącej bezpowrotnie przyszłości, tyle wstydliwy, co archaiczny. W Europie, w której elity długo lansowały koncepcję społeczeństwa wielokulturowego, teorię kreolizacji, publiczne opowiadanie się za tradycją, za tożsamością nawiązującą do aksjologii chrześcijaństwa, traktowane było jako przejaw wstecznictwa, wręcz społeczno - politycznego ekstremizmu. We Francji fragmentaryzowanej przez agresywny islam, w Europie zalanej uchodźcami szukającymi lepszego życia bez pracy i asymilacji ze społeczeństwami krajów przyjmujących, przywołując tytuł znakomitej pracy  prof. Jacka Bartyzela poświęconej katolickiej kontrrewolucji w krajach romańskich, opowiadanie się za tradycją i tożsamością nawiązującą do chrześcijaństwa, do dorobku hellenistyczno - rzymskiego, było wyborem powolnego umierania. Mam nadzieję jednak, że Europejczycy trzeżwieją w spojrzeniu na rzeczywistość, że dostrzegają dramatyzm sytuacji, dylemat symbolicznego wyboru między chrześcijaństwem, a islamizacją. 
Osobiście zachowuję duży dystans wobec zachowań znacznej części urzędników Pana Boga, nachalności zwłaszcza polskiej hierarchii kościelnej, nie wspominając o trapiących kler patologiach i niezasadnych przywilejach. Ten dystans nie może jednak przesłaniać tragizmu sytuacji i wymogu chwili. Kiedy trzeba wybierać między chrześcijaństwem, a islamem, wybór jest prosty. Każdy racjonalny Europejczyk, musi w imie pokoju społecznego dziś i przyszłości naszych wnuków jutro, powtórzyć za Charlesem Maurras'em: "[...] Jestem Rzymianinem w takim stopniu, w jakim jestem człowiekiem: istotą, która zbudowała miasto oraz państwo bez wyrywania korzeni; zwierzęciem społecznym [...] Jestem Rzymianinem poprzez wszystko to, co jest radością tworzenia, przyjemności, myślenia, pamięci, rozumu, nauki, sztuki, polityki i poezji, ludzi żywych i zjednoczonych ze mną. Dzięki temu skarbowi, który otrzymany został przez Rzym z Aten i przekazany mojemu Paryżowi, Rzym stał się cywilizacją i człowieczeństwem. Jestem Rzymianinem, jestem człowiekiem: dwa tożsame zdania [...]" (Ch. Maurras., La Democratie religieuse. Paris. 1978.; s.26).     
Atmosfera wczorajszego wieczoru we Francji potwierdza, że coś się we Francji zmienia. W tym kontekście, pożar katedry Notre Dame, symbolizuje nie tylko płomienie rozpaczy i bezsilności, ale zarazem stanowi ogien nadziei. Oby ów ogień nadziei, nie był tylko efemerydą.

środa, 23 stycznia 2019

Traktat francusko - niemiecki: nowe otwarcie, czy tylko kontynuacja?

     Podpisany wczoraj (22.01.2019) w Akwizgranie, nowy traktat francusko - niemiecki, jest różnie przyjmowany i interpretowany w obu krajach, jak i w Europie.
Dla jednych, jest dokumentem mało ambitnym, o niewielkim strategicznym charakterze i znaczeniu, raczej zapisem deklaracji i życzeń, w odniesieniu do spraw drugorzędnych i symbolicznych, niż formalizacją nowego planu działania, nawiązującą do wagi Traktatu Elizejskiego, z przed ponad pół wieku i odważnych wizji duetu de Gaulle - Adenauer.
Dla drugich, wprost przeciwnie, jest to ważny traktat i deklaracja intencji, swoiste publiczne wyznanie wiary w przyszłość integracji europejskiej i rolę tandemu francusko - niemieckiego, w czasach społeczno - politycznej i gospoodarczej niepewności.
Moim zdaniem, nie należy deprecjonować wagi podpisanego dokumentu. Jest on nade wszystko ważną, polityczną deklaracją intencji stron, przywiązania do tradycyjnej aksjologii. Francja i Niemcy mają świadomość powagi sytuacji i strategicznej odpowiedzialności za kształt oraz przyszłość nie tylko własnych narodów i państw, ale i analogiczne perspektywy Wspólnoty Europejskiej. Nawiązując do retoryki de Gaulle'a, mimo bieżących przeciwności, tradycyjni hegemoni Europy, nie zasklepiają się w biernej polityce i strategii, a potwierdzają wolę i determinizm utrzymania jedności europejskiej, wbrew przywołanym, znanym trudnościom.
Traktat jest także niewątpliwie odpowiedzią na brytyjski brexit. Jest deklaracją wiary w przyszłość Wspólnoty, mimo ciosu zadanego przyszłości "Starego Kontynentu" przez Wlk. Brytanię. W tym miejscu, warto zresztą przytoczyć dosłownie jakże trafną i pozostającą ciągle aktualną, diagnozę brytyjskich intencji wobec jedności europejskiej, sformułowaną przez Ch. De Gaulle'a, jeszcze w latach 50 - tych ubiegłego wieku: "[...] Temu, że Anglia jest z gruntu przeciwna Wspólnocie, trudno się dziwić, skoro wiadomo, że z racji swego położenia geograficznego, a wskutek tego i swojej polityki, nigdy nie chciała dopuścić do zjednoczenia się Kontynentu, ani sama się do niego przyłączyć. Można nawet powiedzieć, że w pewnym sensie zawarta jest w tym cała historia Europy, w ciągu ostatnich ośmiu wieków [...]" (Ch. de Gaulle, "Pamiętniki nadziei". Wyd. MON. Warszawa. 1974; s. 229).
Moim zdaniem odnowiony traktat francusko - niemiecki, należy traktować w kategorii silnego potwierdzenia woli stron i dokonanych onegdaj wyborów politycznych o strategicznym charakterze, a zarazem wyraźnego sygnału do społeczności międzynarodowej, że brexit nie niweczy pomysłu na Wspólnotę. Jest symbolicznym wyzwaniem oraz potwierdzeniem stałości woli i intencji hegemonów jedności europejskiej. Oznacza on deklarację pogłębienia integracji w odniesieniu do polityki zagranicznej, obronnej, bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego, wreszcie rozwoju.     
Treść zapisów szczegółowych traktatu zawiera niewiele nowości, może z wyjątkiem zapowiedzi powołania francusko - niemieckiego zgromadzenia parlamentarnego, stanowionego przez 50 posłów każdej ze stron, którego zadaniem jest lobbowanie za podejmowaniem konkretnych rozstrzygnięć, optymalizujących proces budowy jedności europejskiej, co bynajmniej nie osłabia wymowy samego dokumentu.
Choć konotacja miejsca zawarcia traktatu - Akwizgran, ma sporo wieloznaczności (miasto to, jest symbolem podziału imperium Karola Wielkiego, po którym na długie lata, tereny tożsame z dziesiejszą Francją i Niemcami, rozwijały się własną, odmienną drogą), dla mnie osobiście nie ma to pejoratywnego znaczenia. Niemcy i Francja udowodniły nie raz, że zachowały zdolność właściciwej oceny oraz wyciągania wniosków z historii, że zasadnie zajmują pozycje liderów w Europie. Niemcy i Francja są świadome, że jedność europejska, to ich narodowa racja stanu, realizacja żywotnych interesów. Mają także poczucie powagi chwili i odpowiedzialności za kształt przyszłości.
Jestem zbudowany takim stanem spraw i wdzięczny Francuzom i Niemcom, za taką percepcję współczesności, za determinizm, strategiczną dalekowzroczność, a i polityczną odwagę. Europa potrzebuje hegemona, dysponującego potencjałem i wizją. Swoją drogą to ujmujące, a zarazem stanowiące dowód dojrzałości politycznej, że niezależenie od dziejowych zawieruch, fluktuacji politycznego poparcia i ewolucji nastrojów oraz preferencji wyborczych, Francja i Niemcy, mają zdolność do właściwego odczytywania wyzwań historii i prolongowania katalogu kluczowych wartości oraz politycznych wyborów, we własnym interesie, ale i interesie Europy. Na tym tle - jak prawie zawsze - my Polacy wyglądamy nadzwyczaj mizernie i mało wiarygodnie, kierując się permanentnie niestety doraźnym interesem, emocjonalnym romantyzmem, niczym nie uzasadnioną wiarą w nasze przeznaczenie. Szkoda, ale to już temat na inną okazję. 
       

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Ewolucja Frontu Narodowego - prawda czy fałsz?

     Liderka francuskiego Zjednoczenia Narodowego (Rassemblement national): Marine Le Pen, formacji powstałej w czerwcu 2018 roku, w wyniku przekształcenia Frontu Narodowego (dodajmy przekształcenia w pełni demokratycznego: 81% członków F.N., w wewnątrzpartyjnym referendum, opowiedziało się za takim przekształceniem, aprobując jednocześnie - 48% członków - pozostawienie historycznego logotypu partii), ogłosiła właśnie oficjalnie rezygnację z postulatu powrotu we Francji do waluty narodowej, a tym samym akceptację jednego z filarów jedności europejskiej: wspólnej waluty. Po usunięciu z partii, jeszcze w 2015 roku, co potwierdziły ostatecznie wyroki sądowe w 2018 roku, historycznego twórcy i przywódcy Frontu: Jean Marie Le Pena, to bez wątpienia epokowe wydarzenie, nie tylko dla francuskiej prawicy narodowej.
Pryncypialnie antyglobalistyczna, antyeuropejska formacja, traci tym samym uwierającą jej etykietę partii antysystemowej, wygodną dla adwersarzy politycznych, choć nie do końca odpowiadającą realiom i oddającą rzetelnie stan faktyczny.
Deklaracja Zjednoczenia Narodowego, spotkała się - co zrozumiałe -  z żywym odzewem we Francji i w Europie, nie tylko zresztą ze strony poprawnych politycznie mediów i przedstawicieli elit politycznych, ale i obywateli.
Wielu widzi ją wyłącznie w kategoriach politycznej kalkulacji i pragmatyzmu. Prawica narodowa ich zdaniem, dostrzegając ograniczenia swojej dotychczasowej bazy społecznej i wyborczej, dokonuje taktycznego otwarcia, na rzecz nowych środowisk, celem zwiększenia swoich szans wyborczych, zarówno w kontekście zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, jak i nadchodzących wyborów prezydenckich we Francji.
Zwolennicy Zjednoczenia Narodowego, akcentują polityczną dojrzałość władz partii, otwartość na wymogi i powagę sytuacji, zdolność do strategicznego myślenia oraz działania, zgodnie z dobrze pojętym francuskim interesem narodowym.
Niezależnie od rzeczywistych intencji liderów Zjednoczenia Narodowego, które zweryfikuje praktyka polityczna najbliższych miesięcy, ewolucja doktrynalno - programowa partii jest logiczną konsekwencją rzetelnej analizy społeczno - politycznej i socjologicznej, a w jej konsekwencji przewartościowań aksjologicznych.
Wbrew pozorom, ideowo - polityczna ewolucja francuskiej prawicy narodowej jest najtrudniejszym wyzwaniem dla tradycyjnej francuskiej prawicy, która nie będzie mogła już korzystać niestety z dotychczasowego aparatu pojęciowego, w etykietyzacji środowiska politycznego Marine Le Pen. Skoro Zjednoczenie Narodowe przestaje być partią antysystemową, odchodzi od dotychczasowej retoryki i postulatów, jak zwalczać politycznie prawicę narodową, jak marginalizować jej wpływy? Eurosceptycyzm to przecież na dziś polityczna deklaracja i orientacja szerokich rzesz Europejczyków, będący formą negatywnej oceny dokonań zbiurokratyzowanej Wspólnoty, zmagającej się z kryzysem ekonomicznym, wyzwaniami społecznymi, przytłoczonej ciężarami partykularyzmów narodowych, a nade wszystko nie posiadającej spójnej wizji ograniczenia obcej kulturowo imigracji i jej wielopłaszczyznowych, negatywnych w większości konsekwencji.
Stanowisko Zjednoczenia Narodowego stanowi bez wątpienia wyzwanie dla francuskiego systemu partyjnego i jego głównych dzisiejszych beneficjentów. Jest tyle ryzykowne, co odważne. Jest próbą poszukiwania rozwiązań, między oczekiwaniami twardego, własnego, dotychczasowego elektoratu w kwestii artykulacji jego interesów, a wyzwaniami do integracji tychże interesów, z szerszym spektrum społecznych oczekiwań i preferencji, z uwzględnieniem wymogów demokracji. Zjednoczenie Narodowe we Francji podejmuje ryzykowną, ale zarazem odpowiedzialną grę o poparcie francuskiego społeczeństwa, w warunkach istnienia demokratycznej alternatywy.
Warto, aby także polskie elity polityczne, przywódcy polskich partii politycznych, dokonali analogicznej do Marine Le Pen refleksji, dotyczącej kluczowych elementów własnej, dotychczasowej strategii politycznej, głoszonych elementów programowych. Naśladownictwo mile widziane, w imię lepszego jutra nas wszystkich i ograniczania ryzyka szeroko pojętych ekstremizmów.