niedziela, 9 marca 2014

Ujawnianie treści nagrań w życiu publicznym: obywatelski obowiązek, czy przejaw upadku obyczajów?

Jeszcze całkiem niedawno wydawało się, że 2014 rok - na bazie analizy nastrojów społecznych i preferencji politycznych - będzie symbolicznym rokiem zmian w Europie, za sprawą decyzji wyborczych Europejczyków, podejmowanych w toku zbliżających się nieuchronnie, majowych wyborów do Parlamentu Europejskiego, których zwycięzcami mają być partie dla jednych narodowe, dla innych skrajne, dla wszystkich jednak zdecydowanie eurosceptyczne. Ów sceptycyzm dotyczy nade wszystko stosunku do praktycznego wymiaru jedności europejskiej, wydolności i skuteczności instytucji Wspólnoty, wersus koszty ich utrzymania, wreszcie relacji między zróżnicowanymi przecież, by nie powiedzieć wprost: sprzecznymi interesami narodowymi, a potrzebą consensusu i jedności europejskiej.
Zmianę nastrojów społecznych w Europie, pewnie pierwsi potwierdzą Francuzi, w marcowych wyborach samorządowych, których niekwestionowanym zwycięzcą będzie Front Narodowy, którego potencjalny i spodziewany triumf wyborczy, będzie zarazem nie lada wyzwaniem dla francuskich, tradycyjnych elit politycznych, francuskiego systemu politycznego, wreszcie dla wszechobecnych i dominujących zwolenników poprawności politycznej.
Rewolucja na Ukrainie, a nade wszystko konflikt na Krymie, zmusza z pewnością do rewizji powyższych założeń. Rok 2014 dla Europy i świata, to wielowymiarowy czas próby, w aspekcie wartości i trwałości umów oraz porozumień międzynarodowych, skuteczności i praktycznej wartości sojuszy oraz globalnych instytucji, powołanych do zapewnienia pokoju i ładu światowego. To również spora niepewność w zakresie tego, na ile zagrożenie realnym konfliktem zbrojnym jest możliwe i nieuchronne oraz co potencjalna konfrontacja zbrojna za sobą przyniesie i zmieni. 
Wydawało się też, że rok 2013 stanowił - za sprawą rewelacji ujawnionych przez Edwarda Snowden'a - apogeum w zakresie publicznego ujawniania poufnych dokumentów i materiałów pozyskanych nielegalnie, także w trakcie posłuchów. Co prawda i w Polsce [za sprawą choćby casusu PiS i Samoobrony, jak i jednego z liderów lewicy w dalszej przeszłości, a Platformy stosunkowo niedawno] oraz we Francji, przekonaliśmy się o możliwościach techniki w relacjach międzyludzkich i w polityce, za sprawą udokumentowanych dowodów kupczenia w życiu publicznym stanowiskami, innymi profitami, w zamian za otwarte, bądż zakamuflowane poparcie polityczne.
Tymczasem jesteśmy zaskakiwani następnymi rewelacjami w tym zakresie, choćby za sprawą Patrick'a Buisson'a we Francji, byłego doradcy Prezydenta Republiki Nicolas'a Sarkozy'ego, który bez zgody i wiedzy szefa, nagrywał jego rozmowy [których treść ujawnia szeroko choćby portal Atlantico fr.], także dotyczące spraw państwowych, traktując ten preceder - jak sam przyznaje - jako formę polisy na życie, co skutkować może zablokowaniem możliwości powrotu byłego prezydenta do czynnej polityki. Na marginesie, zachowanie rozpasanych elit politycznych, przyjmuje postać bez mała permanentnej patologii, na bazie poczucia bezkarności, czego przykładem naganne i kompromitujące zachowanie polskiego Europosła Jacka Protasiewicza, prominentnego polityka Platformy, vice szefa P.E, na lotnisku we Frankfurcie.
W tym kontekście, rok 2014, to także dalsza dekadencja relacji międzyludzkich, podważenie postaw wzajemnego zaufania i swobody komunikowania, nie tylko w życiu publicznym, ale i prywatnym. Dochodzimy do absolutnie patologicznej i groźnej społecznie sytuacji, w której naruszone zostaje niepisane prawo, a uświęcona tradycja,  że treści prywatnych rozmów z zasady nie ujawnia się, a tym bardziej nie utrwala środkami audio - wizualnymi, bez zgody zainteresowanych.
Upowszechniający się obecnie obyczaj nagrywania wszystkich i wszystkiego, z zamiarem nie szczytnego archiwizowania relacji dla wiedzy i pamięci potomnych, ale ich ujawniania dla własnych celów i korzyści, w dowolnie wybranym czasie, pod byle pretekstem, w przyszłości, jest dla mnie nieakceptowalną formą szpiegowania i donosicielstwa, urągającą człowieczeństwu.
Myślę, że nadszedł czas, aby nasze mieszkania i domostwa, zaopatrzyć w tabice z napisem: "Zakaz nagrywania obrazu i dźwięku, bez wyraźnej zgody gospodarza", bo skoro nie można inaczej wymóc przyzwoitości odwiedzających?
Nadchodzi też niewątpliwie czas, kiedy przypomnieć trzeba sentencję Wiktora Hugo z "Nędzników" [Część IV, Rozdział 3]: "[...] w historii, gdzie dobroć jest rzadkim klejnotem, człowiek dobry, ma chyba pierwszeństwo przed człowiekiem wielkim [...]". W konsekwencji bądźmy normalni, dobrzy, traktujmy prywatne rozmowy - jeżeli nie stanowią naruszenia prawa i nie są wyzwaniem do popełnienia przestępstwa - absolutnie prywatnie, tak jak wielu zwykło traktować spowiedź w konfesjonale. To nie tylko wyzwanie obyczajowe, element kultury, to zarazem swoisty test na człowieczeństwo.  

  
    
     
     

wtorek, 4 marca 2014

Ukraina: "bal maskowy" - deeskalacja - życie

Prezydent Putin, w świetle jupiterów, z twarzą pokerzysty, usiłuje uzasadnić ostatnie posunięcia polityczne Rosji wobec Ukrainy i Krymu.
Najbardziej inspirującą, jest bodaj koncepcja balu maskowego rodem z karnawału w Wenecji: zamaskowani osobnicy w uniformach wojskowych, to wcale nie żołnierze rosyjscy, a rodzimi obrońcy Krymu, a przywołane uniformy bez dystynkcji, nie pochodzą bynajmniej z rosyjskich magazynów wojskowych, a sklepów z militariami, gdzie są powszechnie dostępne. Spontaniczne się zorganizowali, a jako dobrzy organizatorzy i świadomi patrioci, na własny koszt uruchomili centrum dowodzenia, infrastrukturę do działań i zaplecze logistyczne. Piękna to bajka, tyle że nie przekona z pewnością nikogo.
Równie oryginalne, jest pryncypialne odwoływanie się do porozumień opozycji ukraińskiej z Prezydentem Janukowiczem, zawartych pod auspicjami Unii Europejskiej - o kuriozum porozumień nie parafowanych przez jedną ze stron rozmów: Rosję - a zarazem brak szacunku do podpisanego także przez Rosję Memorandum budapesztańskiego z 1994 roku, w sprawie gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy, w zamian za jej rezygnację z posiadania broni atomowej.   
W Europie kolosalną karierę - bodaj we wszystkich europejskich językach - robi nowy termin: "deeskalacja". Elity polityczne Europy, z faktu że jeszcze nie padają strzały, że inwazja rosyjska póki co ogranicza się do terytorium Krymu i nie przyjmuje charakteru otwartego konfliktu zbrojnego, wyciągają wniosek, że konflikt poddaje się racjonalnej kontroli. Nic bardziej błędnego. W aspekcie strategicznym, Rosja osiągnęła już metodą faktów dokonanych przewagę w każdym aspekcie, także w odniesieniu do potencjalnego procesu pokojowego w przyszłości, stając się jego moderatorem. W konsekwencji, może Rosja wcale nie zamierza robić nic więcej, a jej polityczny plan został już wykonany?
Rosja w swojej imperialnej polityce, znanej od dekad, po mistrzowsku stosuje strategię zniuansowanego nacisku na polityczne otoczenia, z jednoczesnym budowaniem wewnętrznej jedności narodowej, której osnową - a jakże - staje się budowany misternie przez oficjalne media, powszechny, międzypokoleniowy awers do Zachodu i jego wartości.      
W sferze werbalnej, Europa - póki co manifestuje jedność ocen i priorytetów - która może prysnąć jak bańka mydlana, przy na dziś hipotetycznym determiniźmie wyboru: pryncypialne sankcje, czy pragmatyczne interesy. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można założyć, że przywołana pryncypialność, będzie w godzinie prawdy, malała geometrycznie, wraz ze wzrostem dystansu do granicy z Ukrainą, którą jest także granica polsko - ukraińska.
Jakkolwiek mglista jest przyszłość konfliktu ukraińskiego i jego rozwiązanie, nadejdzie z pewnością dzień, że problem Krymu zostanie rozwiązany, chyba że przyjmujemy jako wyznacznik, historię podzielonego Cypru. Ciekawe, czy świat wyciągnie wówczas strategiczne wnioski z obecnej lekcji ukraińskiej, czy słusznie hołdując pragmatyzmowi, zachowa zarazem pamięć, czy raczej zapadnie na amnezję, w ocenie roli Rosji w tak dramatycznych zdarzeniach, jakie rozgrywają się na naszych oczach. Europa z pewnością znowu pokocha Rosję, miłością namiętną, budowaną na fatalnym zauroczeniu, której solidnymi podstawami są ponadczasowe słabości do gazu, ropy naftowej i pojemności oraz zasobności rynku wewnętrznego, tego skądinąd bardzo pięknego kraju. Z pewnością po raz kolejny zwycięży koncepcja Realpolitik. Czy słusznie i na jak długo?   

niedziela, 2 marca 2014

Czy warto ryzykować za Krym?

Sytuacja na Ukrainie, w wymiarze relacji dwustronnych tego kraju z Rosją, w aspekcie wewnętrznym, ale także w kontekście międzynarodowym, stanowi poważny problem i wyzwanie.
W ubiegłym roku, miałem możliwość zwiedzić Lwów i okolice, doświadczyć gorącej ukraińskiej gościnności, ale i zetknąć się z ukraińskimi patologiami i trudnymi dla Polaka priorytetami. Zmuszony byłem zapłacić łapówkę policji, która uznała że trzeżwość niepijącego syna budzi wątpliwość. Odwiedziłem jedną ze znanych lwowskich restauracji "Skritka" ["Kryjówka"], będącą w istocie apoteozą Ukraińskiej Powstańczej Armii i jej przywodców: Stepana Bandery oraz Romana Szuchewicza. Naocznie mogłem skonfrontować jak różne są ciągle nasze spojrzenie oraz percepcja naszej wspólnej, trudnej historii.
Nie wiem, czy za nasze aktualne zaangażowanie w sprawę Ukrainy, nie przyjdzie nam w przyszłości zapłacić, czy nie spotka nas rażąca niewdzieczność Ukraińców. Nie jestem pewien dla przykładu, czy zawrzemy kiedykolwiek consensus w sprawie oceny działań UPA i stosunku do S. Bandery. Nie to jest jednak teraz najważniejsze.   
Ukraina swego czasu zawierzyła wielkim tego świata, podpisując 5 grudnia 1994 roku Memorandum w sprawie gwarancji bezpieczeństwa w związku z przystąpieniem Ukrainy do Traktatu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej. W Memorandum tym, zwłaszcza w pkt 1, 2 i 4, Ukraina otrzymała w istocie gwarancje bezpieczeństwa i poszanowania integralności terytorialnej, czego gwarantem były: USA, Wlk. Brytania i...Rosja.  
Dziś, nie ma to jednak znaczenia. Dziś cywilizowany świat, hołdująca demokratycznym wartościom i prawom człowieka Europa, nie ma wyjścia wobec zachowań imperialnej Rosji demonstrowanych w stosunku do Ukrainy.
Ukrainy nie wolno zostawić w potrzebie, za srebrniki z tytułu eksportu i gwarancję dostaw nośników energii, zwłaszcza gazu. Ukrainy i Ukrainców, nie wolno się wyrzec także dlatego, że byłoby to w istocie dowodem akceptacji braku poszanowania dla prawa. Europa nie jest i nie może być Afryką.
Kiedy z niektórych europejskich stolic, słychać dziś publiczne wyrażane wątpliwości co do konieczności ostrej acz wyważonej reakcji, trzeba stanowczo przypomnieć, zwłaszcza Francuzom i Niemcom, że - jak pokazała historia - warto było umierać za Gdańsk, należało bronić w przeszłości i Austrii i Czechosłowacji, należało angażować się w rozwiązanie konfliktu w byłej Jugosławii. Za zaniechania tamtego czasu Europa, w tym Francja, zapłaciła ogromną cenę, także reputacyjną.
Kiedy zorientowana na prawa człowieka, syta Zachodnia Europa jak zawsze się waha i kluczy, każdy z nas, każdy człowiek cywilizacji zachodniej, trawersując nieco powiedzenie Prezydenta Kennedy'ego, wygłoszone w Berlinie 26.06.1963 roku, powinien mieć odwagę powiedzieć "Jestem Ukraińcem". Jeżeli Europa się waha, a Chiny milczą, trzeba - jak zawsze - zdać się na Wuja Sama. USA mam nadzieję nie będą sie bały i wykażą determinację w tej sprawie, będącej testem wiarygodności całego Zachodu.
Sprzeciw wobec imperialnej polityki Rosji, nie oznacza bynajmniej braku szacunku dla narodu rosyjskiego. Kto wie, może krymska zawierucha to także zaczyn zmian demokratycznych w samej Rosji?    

sobota, 22 lutego 2014

Hollande nie chce już być socjalistą, kim chcą być Tusk, Kaczyński, Miller?

Prezydent Republiki Francuskiej Francois Hollande ogłosił niedawno, że nie będzie już socjalistą, a socjaldemokratą. We Francji - na co zwraca uwagę "Le Monde", w artykule pod tytułem: "Quelle social - democratie a la francaise" [21.02.2014], trwa dyskusja nie tylko o przyczynach i konsekwencjach potencjalnej wolty ideologicznej przywódcy socjalistów, ale nade wszystko o konotacji, zakresie pojęciowym terminu "socjaldemokracja" we Francji.
Dla wielu członków i sympatyków socjalistów, słowa prezydenta mogą być i z pewnością są szokiem, zwłaszcza dla lewej, zideologizowanej strony formacji. Z pewnością znaczna część lewicowego elektoratu potraktuje ewolucję F. Hollande'a, jako zdradę ideałów francuskiego socjalizmu.
Nie mniej istotną kwestią, jest oczywista dla wielu sprawa, że socjaldemokratyzm w Europie, oznacza z całą pewnością nawiązanie do wielkich tradycji socjaldemokracji niemieckiej, co we Francji dla równie licznych, może być istotnie obciążającą okolicznością, także w wymiarze symbolicznym.
Przede wszystkim jednak oficjalna zmiana doktryny z socjalistycznej [w wydaniu demokracji zachodnich rzecz jasna, bez względu na jej lokalne, narodowe mutacje] na socjaldemokratyczną, jest w istocie przyznaniem, że kolejny socjalistyczny eksperyment we Francji, związany z powrotem socjalistów do władzy, okazał się być fiaskiem, jeżeli jego miarą są ekonomiczno -społeczne i polityczne skutki. Francuska lewica - zdaje się rozsądnie i roztropnie - uznała, że wdrożony po zwycięstwie wyborczym kierunek zmian, polegający na próbie przebudowy struktury społeczno - ekonomicznej, na bazie większego egalitaryzmu i próbie dyskryminacji bogatych, za pomocą dolegliwych instrumentów fiskalnych, oznacza osłabienie witalności gospodarki francuskiej i potencjalną ucieczkę kapitału za granicę. 
Lewica francuska już po raz drugi dochodzi do takich wniosków, po trudnych doświadczeniach lat 80-tych, kiedy zmuszona okolicznościami porzuciła z dobrym skutkiem w 1983 roku, prymat ideologicznych ideałów na rzecz pragmatycznej rzeczywistości, zwłaszcza w odniesieniu do procesów gospodarczych.
Jestem pod wrażeniem odwagi politycznej i przenikliwości socjalistów francuskich, którzy z pewnością z pewnym ideologicznym dyskomfortem zmuszeni są przyznać, że idee socjalizmu na tym etapie rozwoju społecznego, w warunkach zwycięskiej globalizacji, obalającej ramy państw narodowych, stają się dysfunkcjonalną, archaiczną mrzonką, wymagając znaczącego procesu redefinicji i przystosowania do wymogów współczesności i to wcale nie w domunujacym dotąd aspekcie: stosunku do mniejszości, z prymatem ich szeroko pojętej waloryzacji.
Casus F. Hollande'a, w aspekcie jego zdolności do reorientacji ideologicznej, jest interesującym, godnym naśladowania przyczynkiem do zastanowienia się nad aksjologią, orientacją ideologiczną polskich rządzących i zgłaszających aspiracje w tej dziedzinie.
Polskie elity polityczne, preferują oryginalne podejście do kwestii pragmatyzmu w polityce, który w Polsce oznacza najczęściej uleganie modom i presji sondaży. Znajduje to odzwierciedlenie w takich choćby faktach jak to, że to polska lewica stała się orędownikiem podatku liniowego, akuszerem konkordatu, liberalna z nazwy Platforma Obywatelska, preferuje nacechowane pośpiechem i wątpliwą legitymizacją działania w tworzeniu prawa [OFE, kwestia ztrudniania emerytów], toleruje kosztowne przywileje społeczne wybranych [rolnicy, górnicy, aparat przymusu], wykazuje wreszcie brak zrozumienia wobec potrzeb prywatnego biznesu, a uznawany za narodowy PiS, jest autorem liberalizacji warunków działania własności prywatnej w gospodarce.
Mając na uwadze zbliżąjące się kampanie wyborcze w Polsce, chętnie bym, się dowiedział - bo na dziś absolutnie nie wiem - kim są, w sensie ideologicznym - Tusk, Kaczyński i Miller oraz formacje, których są uosobieniem.                 
   
   

niedziela, 16 lutego 2014

Młodzi o przyszłości i polityce

Dziś miałem okazję podyskutować z młodym, zdolnym, kończącym z wolna edukację polskim studentem prestiżowego kierunku studiów, na nie mniej prestiżowej uczelni, studentem z doświadczeniem stypendialnym na Zachodzie. Przedstawiona przez niego percepcja polskiej rzeczywistości społeczno - politycznej, w kontekście jego indywidualnej przyszłości, nie napawa bynajmniej optymizmem: ów młody, sympatyczny człowiek, jednoznacznie deklaruje zamiar emigracji na stałe, mając na względzie własne perspektywy naukowe, życiowe, atrakcyjność warunków zatrudnienia. Jestem świadom, że wyjazd jego i jemu podobnych, jest trwałą stratą najcenniejszej substancji narodowej: młodych, wykształconych, zdolnych Polaków. Smutna to refleksja, której towarzyszy zarazem wiedza jak bogatym jesteśmy krajem, skoro stać nas na kształcenie lekarzy, biotechnologów, inżynierów, pokrywanie niemałych przecież kosztów ich edukacji [koszty edukacji lekarza, z uwzględnieniem studiów i jedynie rocznego stażu, przekraczają 250 tys. złotych!!; argumentu tego proszę  nie traktować jako dezyderatu stworzenia administracyjnych barier w emigracji, bynajmniej!!! ], a następnie - przez brak perspektyw zawodowo życiowych - zgoda na ich emigrację... Co gorsza, polska emigracja - jak widać trwale wpisana w nasza historię - przyjmuje bez mała wymiar exodusu już nie tylko ludzi zdeterminowanych, gotowych podjąć każdą pracę, ale w coraz szerszym zakresie dotyka najbardziej wykształconych, młodych elit. Jestem świadom głosów adwersarzy, że współczesna Europa jest w istocie ponadnarodowym rynkiem pracy, a jedną z miar jej zjednoczenia, jest swoboda decyzji w zakresie miejsca osiedlania i pracy. Wiem, że coraz częstszym argumentem jest przykład młodych Hiszpanów i Portugalczyków, którzy także - z braku perspektyw i w poszukiwaniu lepszego życia - opuszczają Ojczyznę. Problem w tym, że młody Hiszpan, czy Portugalczyk, wyjeżdza najczęściej do byłej kolonii, zapewniając chociaż prolongatę kultury narodowej i języka. I jeszcze jedna kwestia: solidarnościowy, miedzypokoleniowy charakter polskiego systemu zabezpieczenia społecznego powoduje, że brak składek emerytalnych młodych w polskim systemie emerytalnym, odczujemy dotkliwie i dramatycznie w niedalekiej przyszłości.
W konsekwencji, przypisywanie sobie przez obecnie rządzących w Polsce, sukcesów w walce z bezrobociem, jest co najmniej nadinterpretacją faktów. Na wskaźniki bezrobocia bowiem coraz większy wpływ ma nasilająca się emigracja, której ekonomiczne i demograficzne skutki będą odczuwalne w kolejnych dekadach.
A co do młodych... Przeczytałem dziś w "Le Monde" [15.02.2014], interesujący artykuł autorstwa Isabelle Rey - Lefebvre, pod tytułem "Pourquoi les jeunes se detournent de la politique". Autorka artykułu, powołujac się na najnowsze wyniki badań, w rozmowie z socjologiem, udawadnia szokującą z pozoru tezę, że ludzie młodzi wcale nie odwracają się od polityki. Wprost przeciwnie. Aż 83% młodych ludzi, a 88% spełniających cenzus matury, deklaruje zainteresowanie polityką i sprawami publicznymi. Jednocześnie jednak jedynie 5% młodych deklaruje zaangażowanie w związkach zawodowych, a 7% w partiach politycznych. Paradoks? Wcale nie. Młodzi Francuzi, deklarują po prostu dystans wobec form tradycyjnej polityki, znużenie i awers do tradycyjnych form aktywności politycznej. To konstatacja interesująca nie tylko w wymiarze naukowym i poznawczym, ale i praktycznym, to wyraźny sygnał ostrzegawczy formułowany wobec współczesnych elit politycznych. Młodzi obywatele i wyborcy we Francji, są znacznie bardziej wymagający, oczekują rewolucyjnej zmiany w proponowanych formach aktywności obywatelskiej, aksjologii politycznej, nie akceptują statusu mięsa wyborczego. Ciekawe jak wyglądałyby wyniki analogicznych badań w Polsce. Zaryzykuję twierdzenie, że nie odbiegałyby od ustaleń poczynionych we Francji. Zatem....        

Gwałtowne uczucia i nadzwyczajna aktywność polityków

Prezydent Republiki Francuskiej, ostentacyjnie nie ukrywający swojej pryncypialnej i trwałej niechęci do bogatych, z oczywistych względów hołdujący aksjologii socjalistycznej, publicznie deklaruje swoje przywiązanie do idei liberalizmu, wolności gospodarczej, lansuje koncepcję wsparcia własności prywatnej i takiej samej inicjatywy w życiu gospodarczym. Polski Prezes Rady Ministrów, rusza w kolejny tour po Polsce, spotykając się z mieszkańcami Polski powiatowej, nie stroniąc od wykorzystania olimpijskich sukcesów polskich sportowców [a propos, znany z zamiłowania do sportu premier Tusk, nie uchronił się tym razem od gafy, myląc imię polskiego panczenisty, zdobywcy złotego medalu na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi].
Odpowiedź na pytanie: czemu zawdzięczamy tą nadzwyczajną, zniuansowaną aktywność liderów politycznych, wydaje się być oczywista: we Francji to marcowe wybory municypalne i groźba katastrofy obozu rządowego, wieszczona przez ośrodki badania opinii publicznej, w Polsce notowania Platformy w kontekście wyborów europejskich i samorządowych, a następnie parlamentarnych i prezydenckich, powodują determinizm działań niezbędnych do podjęcia w celu ratowania publicznej reputacji i odbudowy wizerunku.
Zarówno we Francji, jak i w Polsce, notowania i społeczny - dodajmy negatywny - odbiór rządzących, zmusza elity władzy do podjęcia wysiłków w kierunku przynajmniej zahamowania dalszsego spadku notowań. W Polsce jest to - jak się póki co wydaje - zadanie łatwiejsze, z uwagi na ciągle realizowane inwestycje z udziałem środków europejskich i "zabetonowanie" sceny politycznej, w swoistym klinczu między Platformą Obywatelską, a Prawem i Sprawiedliwością, formacjami które świadomym, strategicznym wyborem wojny pozycyjnej, wokół zgranych obszarów polemiki, skutecznie zneutralizowały poczynania innych partii politycznych, zawłaszczając w istocie skutecznie całą scenę polityczną dla siebie. Pozytywne znaczenie - z punktu widzenia elit władzy i zamiarów prolongaty ich rządzenia - mają też zabiegi marketingowe, do których należy zaliczyć choćby rekonstrukcję polskiego rządu i istotne dowartościowanie pozycji formalnie bezpartyjnej, lansowanej jako skutecznej merytorycznie, Vice Premier Elżbiety Bieńkowskiej. Nie sposób także odmówić skuteczności straszenia wyborców wizją powrotów rządów PiS-u lub przedłużenia rządzenia Platformy, jako metody na dyscyplinowanie elektoratu własnego i neutralizowanie wpływów politycznych adwersarzy.
We Francji, sytuacja jest istotnie bardziej skomplikowana i mniej komfortowa dla rządzących. Gwałtowne uczucie socjalistów do wolnego rynku, nie jest tylko pochodną trzeźwej oceny sytuacji, próbą nawiązania do znanego z historii odwrotu ideologicznego F. Mitterranda, w 1983 roku. Nie jest to także jedynie konsekwencja relatywnie niskiej skuteczności rządów socjalistów, w zestawieniu z trwałością i rozległością kryzysu ekonomicznego we Francji, co budzi zrozumiałą irytację społeczną. Problemem francuskiej lewicy jest nade wszystko wielość alternatyw, zarówno pod postacią tradycyjnej prawicy, ale nade wszystko nowe zjawisko: eksplozji wpływów Frontu Narodowego, który dla wielu Francuzów jawi się jako ostatnia alternatywa. Ta presja, zmusza francuską lewicę do gorączkowego poszukiwania poparcia daleko poza własnym bastionem wpływów, który - poddany erozji wewnętrznej -  nie tylko nie jest zdyscyplinowany i lojalny, ale nade wszystko nie gwarantuje już wyborczych sukcesów i matematycznej przewagi nad prawicą.
        

sobota, 8 lutego 2014

Europosłowie - szczytne hasła, partykularne interesy i korzyści.

Kiedy słyszę i czytam o zmasowanych atakach poprawnych politycznie mediów i rządzacych partiokracji, na formacje polityczne nowej prawicy europejskiej - nie tylko w Polsce, ale w bez mała całej demokratycznej Europie - których jednym z wyróżników jest sceptyczny stosunek do obecnej formuły Jedności Europy, zwłaszcza w aspekcie aksjologii i kształtu instytucji, bez zbędnej pryncypialności, staram się pragmatycznie ważyć argumenty i stanowiska stron. Czytając jednak o swoistej kaście partiokracji: deputowanych do Parlamentu Europejskiego, ich wyczynach, przywilejach, a czasami wręcz prywacie wiem, że w stosunku do bizantyjskiej elity politycznej Europy, nowa prawica ma absolutną rację.
Analiza przywilejów posłów do P.E, przytoczona ostatnio przez "Gazetę Wyborczą" [wydanie z 5.02.2014, materiał pod tytułem: "Jak żyć z Euroapanaży", s. 12 i 13], nie pozostawia cienia wątpliwości, że w tym aspekcie, już dawno przekroczyliśmy nie tylko granice zdrowego rozsądku, ale i absurdu, a część Europosłów granice przywoitości, rubikon odpowiedzialności, umiaru i dobrego smaku.
Tytułem przypomnienia: pensja netto Europosła - 6200 Euro miesiecznie, nieopodatkowana dieta za każdy dzień [dla jej otrzymania wystarcza podpisanie listy obecności - 306 Euro], 4000 Euro nieopodatkowane na wykonywanie mandatu, 6 miesięczna odprawa za jedną kadencję, 1300 Euro emerytury, już po jednej kadencji, niezależnie od świadczenia krajowego i ocean przywilejów [jak choćby 2 przeloty w obie strony raz, w tygodniu, w klasie biznes]. Dochody miesięczne Europosła mogą sięgać 70 000 zł!!!
Wszystko to ma miejsce w czasie, w którym elity rządzące mówią o konieczności oszczędności, zaciskania pasa, obligują do świadomego samoograniczania się Europejczyków, wobec wyzwań i skomplikowanego charakteru kryzysu, w imię wspólnej przyszłości i sprawiedliwości społecznej.  
Zastanawiam się dlaczego biedna Polska, nakazująca pracobiorcom płacić podatek od prawie wszystkiego, mimo braku formalnych przeciwskazań, nie nakłada podatku krajowego na posłów do Parlamentu Europejskiego, wedle naszej skali podatkowej, fundując wybrańcom dodatkowe bonusy.
Najbardziej jednak co budzi moje prawdziwe uczucie odrazy, to oczywisty, widoczny gołym okiem dysonans, między wartościami deklarowanymi publicznie przez Europosłów i ich akuszerów na mocy ordynacji wyborczej: partie polityczne, a ryczącą rzeczywistością, z jawnym brakiem szacunku nie tylko wobec obywateli i prawa [tytułem przykładu, choćby popisy drogowe niektórych posłów], ale po prostu elementarnymi zasadami uczciwości i sprawiedliwości społecznej. Co istotne, niezależnie od formalnych podziałów politycznych, swoista relatywizacja prawa, zasad i obyczajów, w imię partykularnych interesów, ma jak widać powszechnie charakter ponad partyjnego consensusu, porozumienia pod podziałami partyjnymi.
Zbliżająca się kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego, to dobra okazja, aby zapytać kandydatów i wysuwające ich formacje polityczne, o stosunek do zasygnalizowanych kwestii, o program działań zmierzający do eliminacji tych patologii. Nade wszystko jednak, to czas na społeczne otrzeźwienie, na odrzucenie dyktatu partiokracji i ich wybrańców, żyjących ponad stan, z woli demokratycznej wyborców, obok nich. Może czas na głębokie wietrzenie w polskiej i europejskiej polityce, a po nim zasadnicze zmiany formalno - prawne, aby wspólny europejski dom i jego instytucje służyły rzeczywiście nam wszystkim, a nie tylko unijnej biurokracji? Skoro Parlament Europejski w trosce o naszą egzystencję i zdrowie, parametryzuje prawie wszystko - czasami z pogwałceniem praw nauki i zdrowego rozsądku [niech klasyfikacja marchewki i specyfikacja banana oraz kurnika, służy za ilustrację tego zjawiska]- może nadszedł czas, aby zaczął proces zmian jakościowych w Europie od siebie? Może należy domagać się, aby rozwarstwienie społeczne z tytułu nadmiernej, niczym nie uzasadnionej racjonalnie dysproporcji w dochodach, deputowani do Parlamentu Europejskiego zaczęli od swojego podwórka? To byłby i będzie prawdziwy sprawdzian solidarności społecznej, obywatelskiej dojrzałości, bez względu na partyjne barwy i marketingowe zabiegi decydentów politycznych.   
Pomóżmy Europosłom, zwłaszcza tym zasiedziałym już w "szklanych domach" rutyniarzom, wrócić do prozy życia, do normalności, wrócić do domu. Pozbawmy ich wygody, przywilejów, nadmiernego dostatku, drogą aktu wyborczego. Czas najwyższy, aby hasło Europy równych szans, nie było propagandowym listkiem figowym dla beneficjentów obecnego kształtu instytucjonalnego Europy!!!