niedziela, 17 stycznia 2016

Europę Polak musi kochać, choć nie bezkrytycznie.

         Sprokurowany i sprowokowany przez rządy Prawa i Sprawiedliwości spór z Unią Europejską, nie jest wyłącznie kwestią stosunku do demokratycznego państwa prawa i jego instytucji. To znacznie bardziej fundamentalny problem relacji, między demokracją liberalną, której ucieleśnieniem w Europie U.E, a coraz powszechniejszymi, odśrodkowymi tendencjami nacjonalistycznymi, dopuszczającymi nie tylko prymat polityki nad prawem, ale i akceptującymi rządy autorytarne w mozaice lokalnych mutacji i plasujące je - ze względu na rzekomą wyższą skuteczność i przywoływane doświadczenia historyczne - nad demokracją. 
Prawo i Sprawiedliwość, decydując się na promowanie polskiej odrębności, dołącza do coraz liczniejszego grona sceptyków i przeciwników intensyfikacji procesów budowy jedności europejskiej z tą różnicą, że formacje narodowe "Starej Europy" promując nacjonalizm, de facto i de iure, bronią swojego dotychczasowego modelu funkcjonowania państwa i poziomu życia obywateli - dodajmy wysokiego, istotnie odbiegającego od poziomu życia przeciętnego Polaka w Polsce. Europejscy sceptycy, a i w coraz większej mierze ma skutek kryzysu i braku perspektyw, szerokie grono Europejczyków ze "Starej, sytej Europy", traktują solidarność europejską i integrację, jako wyrównywanie szans ich kosztem, jako zwoisty eksport miejsc pracy i dobrobytu, do krajów członkowskich, o niższych kosztach płacy i poziomie życia. Paradoks polega na tym, że Prawo i Sprawiedliwość, zgłasza narodowe aspiracje i ich pochodne na arenie europejskiej bezrefleksyjnie, bez analizy naszego potencjału, w sytuacji, w której z uwagi na poziom zapóżnienia cywilizacyjnego i rozwojowego Polski, każdy polski rząd, w najlepiej pojętym narodowym interesie, winien plasować się w awangardzie tych państw i rządów, które dążą do podniesienia na wyższy poziom integracji europejskiej. Polską racją stanu, jest rozwój integracji europejskiej, której jesteśmy głównymi beneficjentami. Nigdy w przeszłości i z dużym prawdopodobieństwem, graniczącym z pewnością nigdy w przyszłości, nie otrzymamy już takich środków pomocowych jak te, które przyznała nam hojnie Unia Europejska (otwartą kwestią jest sprawa efektywności wykorzystania tychże środków).
PiS w sprawie europejskiej prezentuje najbardziej szkodliwe dla nas samych cechy polskiego charakteru naradowego: niczym nie uzasadnioną wiarę w polski mesjanizm, pozbawione podstaw przekonanie o własnym prymacie i wielkości, ortodoksyjny katolicyzm i genetyczną antyniemieckość. Ten melanż, nie tylko skłóci nas z Europą i jej liderami oraz naszymi niektórymi sąsiadami, z którymi pozostajemy w bardziej niż oczywistych relacjach przyczynowo - skutkowych i sprzężeniach zwrotnych. Aksjologia PiS-u w sprawach międzynarodowych, czyni nas krajem nieprzewidywalnym, a w rezultacie podważa zaufanie do państwa polskiego.
Dążenie do potrzebnej i zasadnej optymalizacji zasad funkcjonowania Wspólnoty, kytyczny stosunek do biurokracji brukselskiej i kosztów funkcjonowania instytucji U.E, jest zupełnie czym innym niż polityczne i doktrynalne awanturnictwo.
Globalizacja przyznała nam póki co rolę "Chin Europy". Dzięki niskim kosztom pracy, do Polski alokowano z innych krajów europejskich wiele całych branż przemysłowych (jak choćby produkcja stolarki PCV). Jak wyglądałby jednak polski rynek pracy, gdyby nie nasze członkostwo w Unii?
Immanentna Wspólnej Europie, swoboda przepływu ludzi i kapitału, wygenerowała co prawda sięgającą 3 mln, najnowszą polską emigrację, ludzi najczęściej młodych, najbardziej wykształconych, najbardziej zaradnych. To niepowetowana strata, także w wymiarze demograficznym. Co jednak owym milionom miałaby do zaproponowania Polska bez członkostwa w Unii Europejskiej?
W jakim miejscu wreszcie byłaby polska wieś, gdyby nie Wspólna Polityka Rolna, a w wymiarze jednostkowym dopłaty bezpośrednie?
Nie jesteśmy, nie byliśmy i nigdy niestety nie będziemy, z wielu powodów Szwajacarią, zatem myślenie o jej pozycji i niezależności jest fałszem i ułudą. Nie stać nas także na bytowanie między Rosją, a Unią.  Egzotyczne koncepcje mocarstwa regionalnego, między blokami, to nie wizjonerstwo, to niebezpieczna nieodpowiedzialność.
Wiedziałem - czemu dawałem wyraz niejednokrotnie i na tym blogu, że rządy Prawa i Sprawiedliwości - będą stanowić swoisty czyściec dla nas wszystkich. Nie sądziłem jednak, że wbrew zapowiedziom, rządy te będą czasem rewanżyzmu, odwetu, strategicznej głupoty. PiS miał unikalną szansę społecznie i politycznie uzasadnionej korekty polskiej rzeczywistości. Może z tej szansy jeszcze skorzystać pod warunkiem, że nie będzie szukał wrogów tam, gdzie ich nie ma, sam konsolidował opozycję wobec siebie, nie będzie dezorganizował, anarchizował i relatywizował zasad demokracji. Unia Europejska i jej instytucje, to ostatnie miejsce, w którym PiS powinien chceć się wyróżniać wedle własnych standardów.
Obecna polityka polskiego rządu wobec Unii Europejskiej nosi wszelkie znamiona rażącej niewdzięczności. Mam nadzieję, że nie doprowadzi ona - analogicznie do rozwiązań polskiego ustawodawstwa cywilnego - do możliwości odwołania darowizny, w warunkach wystąpienia rażącej niewdzięczności. Moglibyśmy stracić ponad 100 mld Euro wsparcia, w bieżącej perspektywie unijnego finansowania, co byłoby katastrofą dla polskiego budżetu, dla naszej przyszłości, której skutki przekraczają dalece jedną kadencję sejmową.
W stosunku PiS do Wspólnoty Europejskiej, potrzebne jest opamiętanie.
Trzeba też niezmiennie przypominać i pamiętać, że rządy PiS-u są wynikiem werdyktu wyborczego, a ten rezultatem politycznej niedopowiedzialności, arogancji i głupoty Platformy Obywatelskiej, rządzącej w koalicji z PSL, przez dwie kadencje w Polsce i awanturnictwa politycznego oraz niedojrzałości SLD, któremu PiS zawdzięcza większość sejmową, a w konsekwencji władzę.

sobota, 2 stycznia 2016

2016 rok: w poszukiwaniu równowagi i/czy bezpieczeństwa?

      Nowy, 2016 Rok, z pewnością nie będzie należał do łatwych, nie tylko dlatego, że jest rokiem przestępnym - co wedle niektórych - z góry determinuje wystąpienie w jego trakcie nadzwyczajnych zdarzeń.
Nowy Rok, będzie zapewne kolejną próbą gorączkowego szukania rozwiązań i koncepcji dalszego funkcjonowania społeczeństw europejskich, zdezorientowanych, zagubionych, poddanych presji poprawności politycznej z jednej strony, z drugiej zaś zdesperowanych troską o stabilność i ezgystencjalne jutro, rozpaczliwie szukających wyjścia i nadziei. Czy próbą skuteczną?
Bez konieczności wpisywania się w oficjalny dyskurs polityczny, z dystansem do obowiązującej w Europie retoryki, a zarazem zgodnie z powszechnymi odczucami, bez zbędnego patosu, ale jednak w zgodzie z faktami, trzeba podzielić pogląd, że sprawy światowe, europejskie, w tym polskie, nie mają się najlepiej. 
Bez względu na stosunek do kwestii najnowszej, islamskiej emigracji, trudno nie zgodzić się z poglądem, że musi stać się ona przyczynkiem do przemyślenia strategii europejskiej wobec przybyszów z zewnątrz, zwłaszcza imigracji obcej kulturowo. Względy humanitarne, zwykła ludzka przyzwoitość, prawa człowieka, to trwałe wartości w kanonie kultury i aksjologii europejskiej, z drugiej jednak strony, są granice szeroko pojętej wydolności i sprawności europejskiej i nadchodzi nieuchronnie moment - jeżeli już nie został zlekceważony - kiedy Europa musi powiedzieć obcym dosyć. Jest to tym istotniejsze, że najnowsza fala wędrówki ludów, burzy i tak kruchy, europejski ład społeczny, uruchamia mechanizmy społecznej radykalizacji i braku akceptacji wobec tych przybyszów, którzy egzystują w Europie od lat, o kwestii wzrostu zagrożenia zamachami terrorystycznymi, a w konsekwencji narastającym lawionowo braku bezpieczeństwa w Europie - czego koronnym przykładem, gościnne wobec imigrantów Niemcy - nie wspominając.
Kluczową przyczyną powyższych problemów, jest nie tylko utrzymująca się dekoniunktura ekonomiczna w Europie, brak miejsc pracy, a jakże często także perspektyw, dla rdzennych mieszkańców Starego Kontynentu. Fundamentalnym problem jest zdaje się fakt, że przedstawiciele najnowszej imigracji chcą żyć  Europie, a niekoniecznie pracować, chcą dostatnio egzystować, korzystając z hojności europejskich systemów zabezpieczenia społecznego, bez oczekiwanego, niezbędnego, własnego wkładu w finansowanie tych systemów. Nie mniej istotną kwestią jest okoliczność, że owa emigracja chce zdecydowanie zachować odrębność kulturową, nie zakłada asymilacji i integracji z kulturą kraju przyjmującego. To będzie rodziło coraz większe napięcia i konflikty. Wreszcie elementem rozstrzygającym jest presja demograficzna imigrantów na stare społeczeństwa europejskie, wynikająca z odmiennej kultury, ale także z zimnej kalkulacji. Imigranci wiedzą, że w Europie dzietność jest premiowana, czego nie dostrzegają niestety sami Europejczycy, skutkiem czego zagrożenie dramatyczną zmianą w perspektywie dekady - dwóch, struktury społecznej i demograficznej Europy.
Najnowsza imigracja do Europy, stanowi wyzwanie w wielu wymiarach, przyczyni się także niewątpliwie do względnie trwałej zmiany nastrojów i preferencji politycznych, czego pierwszymi negatywnymi beneficjentami będą zdaje się nieuchronnie Francja i Niemcy. 
Z polskiej perspektywy, w tym kontekście, trzeba pamiętać o trwającym i dalekim od rozstrzygnięć konflikcie ukraińskim, który skutkować może w każdej chwili masową imigracją Ukraińców, z którą przyszłoby nam się zmierzyć w pierwszej kolejności. Czy Europa wykaże wtedy wobec Polski solidarność, czy też podzielimy los Grecji i Włoch, zmagających się z negatywami lawiny imigranckiej?
W Polsce stajemy przed równie ważkimi wyzwaniami w wymiarze wewnętrznym. Nieodpowiedzialne, egoistyczne rządy Platformy Europejskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, doprowadziły do czegoś znacznie więcej niż immanentnej demokracji zmiany władzy. Doprowadziły do pełzającej rewolucji, w odniesieniu do życia publicznego i instytucji demokratycznego państwa, z przejawami niestety radykalizmu i rewanżyzmu politycznego. Zwycięzcy wyborów w Polsce - wbrew zapowiedziom z kampanii wyborczych - pałają wobec starych i nowych przeciwników politycznych coraz większą żądzą odwetu. Niczym nie uzasadnione burzenie instytucji demokratycznym, nocne stanowienie prawa, ze szkodą dla autorytetu państwa, a i jakości samego prawa, spotyka się z coraz większym zażenowaniem Polaków, do niedawna także blankietowych zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, czego jaskrawym przykładem postawa prof. J. Staniszkis. Jakiś czas temu pozwoliłem sobie wyrazić pogląd, że PiS - jeżeli wykaże strategiczną dojrzałość i polityczną odpowiedzialność - ma szanse sprawnie i skutecznie rządzić, zgodnie z interesem społecznym, nastawieniem ludzi zmęczonych patologiami rządów Platformy. Niestety, PiS nie tylko powrócił do starej retoryki, doprowadził do politycznego powrotu wydawało się zabalsamowanych, poddanych trwałej hibernacji niektórych liderów, wbrew zapowiedziom z kampanii wyborczej. Sadzę zresztą, że to  nie koniec powrotów w obecnej partii władzy, a i pozorna bierność głównego lidera, może być tylko funkcją czasu, skuteczności i wskazań barometru nastrojów społecznych. PiS zapominając, że dysponuje mandatem co najwyżej 1/3 elektoratu, drogą instrumentalizacji prawa, próbuje dokonać de facto zmiany ustroju państwa bez zmiany konstytucji, okraszając zmiany dodatkowo wzrostem fiskalizmu i ograniczeniem praw obywatelskich. Jeżeli jeszcze okaże się, że zapowiadane wsparcie społeczne zmian, których symbolem miesięczny dodatek 500 zł na każde dziecko, ulegnie dalszym deformacjom, w stosunku do pierwotnej wyborczej jego wersji, poziom niezadowolenia w Polsce przekroczy stany alarmowe i akceptowalne, naturalny stan napięcia w okresie przesileń politycznych. Powracam zatem do tezy, że rządy PiS-u, będące czyścem społecznym, sprokurowanym przez nieudolność Platformy Obywatelskiej i wzmocnionym przez nieodpowiedzialność polityczną SLD, doprowadzą w nadchodzącym roku do poważnym niepokojów społecznych, oby w granicach prawa. Jestem też przekonany, że bez zmiany podejścia ze strony PiS, polityka ta doprowadzi do przedterminowych wyborów parlamentarnych w Polsce, wymuszonych przez ulicę, jeżeli wcześniej nie nastąpi dekompozycja obozu PiS, dokonana pod presją okoliczności i w perspektywie możliwości nowych sojuszy. Zmiana przywództwa politycznego w PO, sprzyjać będzie powstaniu nowego obozu politycznego, przynajmniej w Sejmie, którego filary mogą tworzyć Platforma, Nowoczesna, PSL i część obozu rządowego, zintegrowana wobec J. Gowina. W tych scenariuszach tylko lewicy żal, która utknęła - zdaje się na długo - na mieliznach niewydolności strategicznej, doktrynalno - programowej i personalnej. Swoisty narcyzm i bezradność lewicowych elit, nie będą co prawda trwały wiecznie, ale niestety mogą jeszcze potrwać jakiś czas, którego cezurę czasową stanowi wyobrażnia i odpowiedzialność.
Składając zatem na wszystkim noworoczne życzenia, w wymiarze politycznych oczekiwań, prymat w 2016 roku przyznaję szeroko pojętemu bezpieczeństwu, nawet średnioterminowemu. Do pożądanej i oczekiwanej przez wielu równowagi, droga bowiem jeszcze daleka i wyboista, jeżeli w ogóle nadzieja na jej wytyczenie i stworzenie, ma w aktualnych uwarunkowaniach racjonalne podstawy. Stawiajmy zatem na pragmatyczne bezpieczeństwo, jeżeli równowaga nie jest póki co osiągalna i  możliwa.     

czwartek, 24 grudnia 2015

Boże Narodzenie - kilka refleksji

Święta Bożego Narodzenia są czasem radości i refleksji. Zwłaszcza we współczesnym świecie, we współczesnej Europie, muszą one dodatkowo skłaniać do głębokiego zastanowienia nad istotą naszego życia i parametrami świata, w których żyjemy.
Boże Narodzenie w zachodniej cywilizacji, od dawna nie ma już wyłącznie wymiaru religijnego, nie jest jedynie wyznaniem, manifestacją chrześcijańskiej wiary. Boże Narodzenie w świecie Zachodu, jest czymś znacznie bardziej istotnym, znacznie większym: jest zarazem, a może nawet przede wszystkim, publicznym wyznaniem przywiązania do naszej wielowiekowej hellenistyczno - rzymskiej tradycji, której chrześcijaństwo jest immanentnym, trwałym wyróżnikiem, bodaj jedynym na dziś spoiwem.
Każdy, kto miał okazję odwiedzić Ziemię Świętą - a mam przywilej należeć do tego grona - wie i pamięta doskonale słowa przewodników: zwiedzając Ziemię Świętą, trzeba być silnym wiarą, aby wiary nie stracić. Dodatkowo, dla Chrześcijan Zachodu, jest to wyjątkowa lekcja pokory wobec dominacji Prawosławia. Wycieczki te jednak tym bardziej ugruntowują w każdym z nas przekonanie o odmienności, przekonanie o przynależności do wielkiej społeczności, powstałej wokół chrześcijańskiej tradycji i aksjologii.
Boże Narodzenie w Europie, staje się okazją do zamanifestowania naszej więzi i wewnętrznej spoistości, consensusu ludzi cywilizacji Zachodu wobec tego, co dla nas ważne, istotne i nam najbliższe.
Dla mnie, Boże Narodzenie ma nade wszystko wynikający z polskiej specyfiki, rodzinny charakter. Pamiętam i do końca moich dni będę pamiętał o świątecznej atmosferze mojego domu rodzinnego, o nieżyjących już niestety moich rodzicach, którzy w czasach gospodarki niedoboru, w których świąteczne wiktuały były prawdziwym rarytasem, potrafili zorganizować święta radosne i dostatnie. Mam wrażenie, że tamta atmosfera, mimo współczesnej obfitości, innego poziomu naszego życia, już niestety nie wróci......
Niezależnie od religijnego wymiaru Świąt Bożego Narodzenia, wbrew wewnętrznemu zróżnicowaniu wynikającemu z poziomu naszej zamożności i zniuansowania lokalnych tradycji, przeżyjmy te radosne święta w rodzinnej atmosferze, pomni naszych kulturowych i cywilizacyjnych zobowiązań. Naszą powinnością wobec Tych, co odeszli, wobec tych pokoleń co przyjdą po nas, jest prolongowanie tradycji i kultury cywilizacji Zachodu - co istotne - w warunkach presji agresywnego islamu. Niezależnie zatem od tego, czy towarzyszy nam naturalne, czy sztuczne drzewko bożonarodzeniowe, czy towarzyszy nam magiczny, wigilijny polski wieczór, czy inna tradycja, czy kolacja wigilijna jest prosta i skromna, czy pełna przepychu, każdy z nas, podczas Świąt Bożego Narodzenia realizuje cywilizacyjną misję. Do świadomego, akuratnego, pełnego zaangażowania realizacji tej misji, gorąco wszystkich Państwa zachęcam!!!

wtorek, 15 grudnia 2015

Francja po wyborach regionalnych: wyniki mogą być mylące.

Zakończona w niedzielę [13.12.2015] II tura wyborów regionalnych we Francji, dzięki kampanii poprawnych politycznie mediów, nadzwyczajnej mobilizacji elektoratu, wysokiej frekwencji wyborczej, strategii Partii Socjalistycznej, która wycofując swoich kandydatów w części regionów, zawarła nieformalny alians z prawicą, stanowi sukces tradycyjnych partii politycznych. Front Narodowy, wokół którego stworzono "kordon sanitarny", na skutek także kształtu ordynacji wyborczej, nie zdołał przełożyć poparcia społecznego z I tury, na formalne uczestnictwo we władzy na poziomie regionów.
Przestrzegałbym jednak przed optymizmem tych, którzy uważają powyborczy krajobraz, za rzetelne odzwierciedlenie nastrojów i preferencji wyborczych Francuzów. Wbrew pozorom, tradycyjne francuskie partie polityczne nie mają powodów ani do zadowolenia, ani do optymizmu. Dlaczego?
Po pierwsze dlatego, że brak we Francji przesłanek do uznania że spada znaczenie przyczyn, których poziom poparcia społecznego dla Frontu Narodowego jest skutkiem. Kluczowe problemy społeczne pozostają nadal nie rozwiązane (odrębnym jest pytanie, czy jakakolwiek siła polityczna, nie tylko we Francji, ma panaceum na ich zmarginalizowanie), poziom bezrobocia pozostaje niezmiennie wysoki, poczucie społecznego bezpieczeństwa zachwiane, brak perspektyw powszechny, zagrożenie radykalizmem islamskim niekwestionowane. Ten stan rzeczy powoduje, ze założenie ich Front Narodowy jest w politycznym odwrocie, jest conajmniej przedwczesne i mało realistyczne.
Wynik wyborczy daje nadto F.N cenny oręż w walce o dalszy wzrost wpływów społecznych, o rząd dusz we Francji. Jest dowodem, ze Front jest izolowany, a w konsekwencji polityka "starych" partii odkształca preferencje polityczne Francuzów. Odwieczny argument Frontu: tylko my jesteśmy sekowani w ramach systemu politycznego, skazani na ostracyzm, tylko my dotąd nie rządziliśmy, nabiera nowego znaczenia. Jeżeli uwzględni się obiektywny fakt, że w I turze wyborów regionalnych, Front cieszył się poparciem społecznym sięgającym 42% - 45% oddanych głosów, co istotne, nie tylko w regionach biednych, o strukturalnym bezrobociu (np. północ kraju), ale i najbogatszych (południe Francji), to trudno przynajmniej części argumentacji Frontu odmówić zasadności.
W powszechnej, nie tylko we Francji, etykietyzacji i dominacji poprawności politycznej, pozycję polityczną Frontu usiłuje się także marginalizować stwierdzeniem, że wpływy wyborcze Frontu, pokrywają się z dawną geografią poparcia dla zmarginalizowanej dziś, Francuskiej Partii Komunistycznej. Jeżeli nawet te analizy są prawdziwe, to jakie mają one znaczenie w demokratycznym społeczeństwie? Czy głos wyborczy byłego członka czy zwolennika FPK, ma mniejszą wartość niż analogiczny głos zwolennika prawicy? Przecież to absurdalne!!!
Dla mnie wynik wyborczy Frontu oznacza jedynie tyle, że kształt francuskiej ordynacji defaworyzuje tego typu ugrupowania, o czym wiadomo od dawna. Front powiększył swoje poparcie i pozostaje kluczową siłą polityczną, z ogromnymi szansami w ważnych elekcjach, w niedalekiej przyszłości: prezydenckich i parlamentarnych.
Na dwie kwestie chciałbym zwrócić szczególną uwagę: 
1. Dla przeciętnego Francuza, bez względu na zróżnicowanie socjologiczne społeczeństwa francuskiego, sympatyzowanie z Frontem i jego aksjologią, przestaje być powodem do wstydu, wprost przeciwnie. Francuzi coraz powszechniej dokonują publicznego wyznania "politycznej wiary". Front na względnie trwale zadomowił się we francuskim krajobrazie politycznym. To wielki kapitał Frontu na przyszłość.
2. Liczba wyborców Frontu w zakończonych wyborach regionalnych osiągnęła 7 mln, zrównując się z oficjalną liczbą imigrantów we Francji. Te liczby mają wymiar symbolu. Można z niewielkim ryzykiem postawić tezę, że o przyszłości politycznej Francji zadecyduje problem imigracji. Im bardziej rosnąć będzie presja imigrantów, im silniej nadszarpnięte zostanie szeroko rozumiane pojęcie bezpieczeństwa przeciętnego Francuza, tym polityczne żniwo Frontu będzie bardziej obfite.
W konsekwencji, wynik wyborów regionalnych we Francji niczego nie rozstrzyga, a jedynie hibernuje poprawne polityczne media i środowiska oraz tradycyjne partie polityczne i ich elity. To przejściowe samozadowolenie, może stać się już w 2017 roku źródłem bolesnego przebudzenia i rozczarowania dla tych, którzy francuską rzeczywistość społeczno - polityczną widzą w krzywym zwierciadle.        
 
 

czwartek, 3 grudnia 2015

Giscard d'Estaing - wywiad który boli, a może skłoni do refleksji?

W dzisiejszym wydaniu  [3.12.2015r.] Dziennika "Rzeczpospolita", ukazał się nader interesujący wywiad z byłym Prezydentem Republiki Francuskiej (1974 - 1981), członkiem Akademii Francuskiej, autorem bestsellerowych książek - Valery Giscard'em d"Estaing. 
Niezależnie od faktu, że VGE darzę osobistą estymą, z powodów o których mam nadzieję jeszcze kiedyś napiszę, wspomniany wywiad jest ciekawą, prowadzoną wbrew zasadom poprawności politycznej, analizą sytuacji w Europie i we Francji, z wątkami odnoszącymi się wprost do Polski.
Prezydent Giscard d'Estaing ocenia, że proces rozszerzenia Unii Europejskiej na Wschód został przeprowadzony zbyt szybko. U źródeł tego błędu leży nagły rozpad Związku Radzieckiego i pilna potrzeba budowy nowego ładu europejskiego, przeprowadzona zbyt pośpiesznie, niezbyt starannie, co uznać należy za zasadniczy błąd Unii.
Pośpieszne zjednoczenie nie uwzględniło zróżnicowania wewnętrznego państw, stopnia zapóźnień cywilizacyjnych i ekonomicznych niektórych nowych członków, a co najważniejsze, nie spowodowało zmian świadomościowych w elitach politycznych i społeczeństwach nowych krajów członkowskich. Zjednoczona Europa nie została potraktowana przez nowe kraje członkowskie jako nowa formuła polityczna, jako aksjologiczne zobowiązanie, ale nade wszystko jako szansa na odrobienie dystansu rozwojowego do "Starej Unii". "[...] Dla Europy Środkowej Unia jest głównym sposobem na wsparcie finansowe [...]", jest źródłem kapitału na pokonanie niedorozwoju i szeroko pojęty skok cywilizacyjny. Europa potrzebuje nie tylko wspólnej waluty, ale nade wszystko ujednolicenia mechanizmów polityczno - gospodarczych, od rozwiązań fiskalnych poczynając. Harmonizacja jest optymalnym terminem pozwalającym zdefiniować potrzebny i nieuchronny obszar zjednoczenia Europy.
Giscard obala przy tym mit, że zróżnicowanie poziomu rozwojowego między krajami Unii, uniemożliwia intensyfikację procesu harmonizacji, przywołując przykład USA, gdzie różnice między Kalifornią, a Alabama czy Luizjaną, są w jego opinii nie mniejsze, niż analogiczne między Niemcami, a Portugalią dla przykładu.  
Drogą do przyspieszenia budowy Zjednoczonej Europy ma być jej federalizacja i podział ne te kraje które chcą rzeczywistej unifikacji oraz te, które preferują istnienie na jej peryferiach. Alternatywą jest dekadencka Europa bezradności.
Były Prezydent V Republiki wykazuje też sceptycyzm w kwestii strategii Europy odnośnie rozwiązania kryzysu ukraińskiego. Europa w tym konflikcie jego zdaniem kieruje się fobiami, uproszczeniami i fałszywymi założeniami. W percepcji Giscarda d'Estaing, Ukraina musi być zorganizowana na wzór hiszpański, z silna autonomią regionów i rzecz najważniejsza: aspiracje ukraińskie do Unii Europejskiej są bezpodstawne: "[...] Ukraińcom trzeba powiedzieć uprzejmie, ale jasno, że do Unii Europejskiej nie wejdą. To wielki kraj, którego miejsce jest między Europą i Rosją, ale nie w Unii.[...] Ukraińcy nie są Europejczykami [...]".
Czytając wywiad z VGE, śledząc jego tok myślenia z polskiej perspektywy, bez emocji, ale też i bez zacietrzewienia, z daleka od podszytego zgubnym romantyzmem polonocentryzmu i mesjanizmu, warto co najmniej uwagi Giscarda przeanalizować. Czy aby nie jest to trafna diagnoza? Czy dla nas Polaków, beneficjentów rozszerzenia Europy, Unia jest wspólnotą wartości, z którą się identyfikujemy, czy raczej wyłącznie dostawcą kapitału i sprawcą swobody przemieszczania się? Czy polski, zgubny, przaśny nacjonalizm, nie leży w opozycji do aksjologii Wspólnoty? Jaki wreszcie jako Polacy mamy pomysł na wspólny europejski dom: to ma być skansen, czy prawdziwa jedność społeczno - polityczno - ekonomiczna? 
To fundamentalne pytania, nie tylko wynikające z konsekwencji bieżącej walki politycznej w Polsce. To kwestia narodowej, ponadczasowej strategii. Musimy bowiem pamiętać, że Unia to nie bezwolna krowa holenderka, to nowe ramy naszej wspólnej europejskiej egzystencji i przyszłości, zwłaszcza w tych trudnych czasach.             

sobota, 21 listopada 2015

Wojna z radykalnym islamem w Europie - kto głównym beneficjentem?

        Krwawe zamachy radykalnych dzihadystów we Francji, zmieniły zasadniczo optykę europejskich elit, które ponad dwie dekady temu, po rozstrzygnięciu z sukcesem wielopłaszczyznowej rywalizacji z komunizmem, a w konsekwencji spadku atrakcyjności wielkich ideologii uznały, że konwergencja każdego systemu w kierunku gospodarki rynkowej, z uniwersalnym narzędziem sterująco - monitorującym, w postaci globalizacji, absolut praw człowieka, to ewolucyjna droga do utrzymania dobrobytu, do utrwalenia oraz zachowania pokoju społecznego. Od co najmniej 20-u lat, pojawiały się rysy na tym sielankowym scenariuszu, które jednak były bagatelizowane, w imię poprawności politycznej, mającej być źródłem stabilizacji i eliminacji społecznych napięć oraz antagonizmów. Dziś następuje bolesne, kosztowne przebudzenie.
Traktując zasadnie islam jako agresora w Europie, trzeba zarazem mieć odwagę wskazać na dodatkowe cechy, które niejako komplikują jednoznaczność ocen:
1. Tylko we Francji, żyje oficjalnie ponad 6 mln muzułmanów, których Republika przyjęła i tolerowała przez dekady, mimo świadomości historycznych doświadczeń, że pokojowa koegzystencja islamu z innymi wielkimi religiami jest niemożliwa, z nadzieją - jeśli nie na ożywczą multikulturowość - to przynajmniej na pokojowe współistnienie.
2. Francja, posiadając prawo wyboru, mogła wybrać lepszych imigrantów niż wybrała, na co zwraca uwagę choćby znany i uznany francuski historyk: prof. Alain Besanson. Dlaczego mogąc wybierać z pośród Polaków, Wietnamczyków, chrześcijan z Afryki, postawiła własnie na muzułmanów? 
2. Zamachów we Francji dokonali Francuzi, wyznawcy islamu, przeszkoleni na Bliskim Wschodzie, zawiadywani przez Belga o takim samym rodowodzie, członkowie lokalnych społeczności. Działając zatem z inspiracji zewnętrznej i w interesie zewnętrznym, dokonali zbrodni na własnym społeczeństwie. To ważna okoliczność.
3. Francja przez lata, angażując poważne, publiczne środki, rewitalizowała dzielnice i miasta, wspierała przyjazną polityką społeczną rodziny muzułmańskie z przekonaniem, że imigranci islamscy podejmą wysiłek asymilacji. Niestety bezskutecznie. Nadto aktywność demograficzna imigrantów i ich wewnętrzna hermetyczność, doprowadziła do powstania z wyboru imigrantów, zamkniętych społeczności muzułmańskich o charakterze gett. Równocześnie taka alokacja środków powodowała napięcia i niezadowolenie rodzimych obywateli, których frustracja rosła w miarę eskalacji kryzysu. Rodowici Europejczycy żyją w zasadnym przeświadczeniu, że owoce ich pracy, wykorzystywane są przez imigrantów rzadko kiedy zainteresowanych partycypowaniem w wysiłku budowy i utrzymania dobrobytu, drogą pozytywistycznych zachowań, a raczej wyłącznie zorientowanych na konsumowanie. Ta coraz bardziej wyrazista dychotomia, leży jednocześnie u źródeł rosnącego poparcia dla partii narodowych i populistycznych. 
4. Współistnienie aksjologii świata Zachodu i islamu jest iluzją, trwałą utopią, o niebezpiecznych konsekwencjach, zagrażających istnieniu świata demokratycznego. Pozorna tolerancyjność islamu, zmienia się w agresywną wrogość prawie zawsze, wraz ze zmianą proporcji w społeczeństwach i społecznościach między muzułmanami, a chrześcijanami (choć nie tylko, nie zapominajmy choćby o pryncypialnej wrogości muzułmanów wobec żydów).   
Mówiąc i przypominając to wszystko, czas na pytanie kto: dziś jest w skali globalnej głównym beneficjentem konfliktu z islamem w Europie?
Wbrew pozorom nie jedynie imigranci, ani nie opozycyjne na dziś, europejskie partie polityczne, odrzucające pryncypialnie politykę rezygnacji i ustępstw wobec wojującego islamu, krytykujące wielokulturowość, monadializację i poprawność polityczną, jako symbole kryzysu Europy narodowej, Europy chrześcijańsko - hellenistycznej tożsamości. Europejski konflikt z islamem, jest na rękę i przynosi korzyści na dziś, głównie agresywnej, imperialnej Rosji. Konieczność aliansowania się z Rosją, w odniesieniu do walki z islamskim terroryzmem, zmusza Zachód do szukania dróg porozumienia z imperium rosyjskim, pozwalając temu ostatniemu wyjść z obiektywnej, uzasadnionej międzynarodowej izolacji. Obawiam się, że głównym przegranym będzie w efekcie końcowym Ukraina, która - tak jak niegdyś Polska - może zostać złożona na ołtarzu historii, jako ofiara i koszt porozumienia oraz spokoju wielkich. Niestety. 
Nie wiem, czy rację ma profesor Alain Finkielkraut estymując, że wojna z islamem doprowadzi do dezintegracji narodowej wielu krajów europejskich, a w efekcie końcowym do powstania zatomizowanego społeczeństwa postnarodowego. To byłaby zabójcza opcja. Równie dobrze, agresywność i presja islamu, może zostać militarnie zneutralizowana, a ustawodawstwo europejskie może skutecznie stworzyć tamę islamizacji Starego Kontynentu. Pozostaje sprawa szeroko rozumianych kosztów. Obawiam się, że stająca na porządku dziennym konieczność politycznej amnezji  Europy z wyboru, z jej praktycznym przejawem: deprecjacją problemu Ukrainy w relacjach międzynarodowych, to najbardziej prawdopodobny scenariusz.         
    

sobota, 14 listopada 2015

Paryż - miasto symbol, bohaterska stolica, miejsce ostatniej przestrogi

    Haniebne zamachy fanatyków islamskich, w dniu wczorajszym w Paryżu, niezależnie od ostatecznej liczby ich ofiar (nie jest zresztą ważne, czy zginęło ostatecznie 127, 140 czy 200 ludzi; każda bezbronna ofiara jest nie do zaakceptowania), miały fizycznie miejsce we Francji, ich wymiar jednak i konsekwencje są daleko szersze.
Ostatecznie mam nadzieję bankrutuje i tak już upadła koncepcja społeczeństwa wielokulturowego, o kreolizacji nie wspominając. Europa - w co wierzę głęboko - zacznie w końcu rozumieć, że istnieją granice tolerancji i praw człowieka, przyjmie do wiążącej wiadomości, że wojujący islam jest wyzwaniem, z którym nie poradzimy sobie tolerancją, mediacją, kulturą, wyłącznie salą sądową. Potrzebna jest rozważna, ale zdecydowana odpowiedź militarna, potrzebny jest cywilizowany odwet.
Elity europejskie, których synonimem od dekad biurokracja europejska, formacje polityczne i media głównego nurtu, mają poważny problem. Tego co dzieje się obecnie w Europie, tego co stało się wczoraj w Paryżu, nie można nazwać incydentem. To kolejne ogniwo w łańcuchu islamskiej przemocy, której celem jest zastraszenie społeczeństw demokratycznych, neutralizacja społecznego oporu wobec islamizacji Europy. Ciekawe, czy podtrzyma swoją dotychczasową otwartość i przychylność wobec imigrantów Kanclerz Niemiec, wbrew zresztą woli większości społeczeństwa.....
Demokratyczny świat Zachodu, nie może porzucić swojej aksjologii. W tej oczywistej wojnie cywilizacji nie jesteśmy jeszcze przegrani. Dysponujemy wystarczającym potencjałem, mamy zasoby, przysługuje nam bezsprzecznie prawo do obrony.
Czas też już chyba ostatni - aby wbrew paraliżującej nas poprawności politycznej - głośno i wyraźnie postawić tamę islamizacji Starego Kontynentu, żądać zmiany polityki wobec wojującego islamu.
Absolut demokracji i praw jednostek, nie może oznaczać akceptacji jawnej agresji islamu w Europie. Prawo do azylu politycznego, a tym bardziej imigracji ekonomicznej, musi być zarazem jasnym, nieodwołalnym, zagrożonym sankcją zobowiązaniem potencjalnych beneficjentów, do blankietowego uznania i poszanowania praw kraju udzielającego gościny. Jeżeli ktoś chce mieszkać w Europie, musi szanować jej tradycje, obyczaje, aksjologię, tożsamość. Czas na publiczny sprzeciw wobec specjalnych praw dla mniejszości islamskiej w Europie. Dosyć budowy meczetów, zamkniętych dzielnic. Laicka Europa nie pozwalając - i słusznie - na status chrześcijaństwa jako religii państwowej, tym bardziej nie może akceptować islamizacji życia publicznego.
Zamachu dokonali bezwzględni islamiści, ale co najmniej dwuznaczną rolę spełniają europejskie elity polityczne w kwestii islamizacji. Korzystając z przywilejów i ochrony, powtarzając jak mantrę slogany o tolerancji, prawach człowieka, zapomniały o tym co myśli i czuje ulica, co sądzi zwykły obywatel, bagatelizowały jego osobiste bezpieczeństwo. Dopiero zamachy uruchamiają instynkt samozachowawczy elit, powstaje jednak pytanie na jak długo....     
I jeszcze jedno: Francja, która jest jakby soczewką, w której ogniskują się wszystkie problemy związane z imigracją i obcą tradycji europejskiej kulturą, po wielekroć pokazała niebywałą zdolność do integracji, siłę pokonywania przeciwieństw i przeciwności. Wierzę głęboko, że i tym razem Marianna pokaże swój determinizm, rozum i siłę. Powiedzieć dzisiaj: wszyscy jesteśmy Francuzami, solidaryzowanie się z krajem galijskiego koguta, to za mało. Czas na czyny. Jeżeli one nie nastąpią, jeżeli elitom politycznym Europy zabraknie pryncypialności i odwagi, dojdzie do eskalacji zamachów i konfliktów.
Francuskie, tradycyjne elity polityczne także mają nie lada dylemat i wyzwanie. To co się dzieje, jest spełnieniem proroctwa politycznego tych - w tym Frontu Narodowego - którzy twierdzą, że patriotyzm jest nacjonalizmem, a nacjonalizm nie jest wstydem. Tych, którzy wzywają do opamiętania, sprzeciwiają się obecnej polityce wobec globalizacji i imigracji, wobec aktualnej formy europejskiej integracji. Francja dojrzewa do zasadniczych zmian politycznych, których symbolem może być przyszła prezydentura Marine Le Pen, w aktualnych okolicznościach coraz bardziej prawdopodobna. Z pewnością problematyka bezpieczeństwa i imigracji, odegra kluczową rolę w nadchodzących, grudniowych wyborach regionalnych we Francji.
Czas na czyny w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Sprawę imigracji należy rozwiązać nie w Europie, budując obozy dla uchodźców ale na miejscu, likwidując Państwo Islamskie, jako przyczynę i generatora wspomnianych nieszczęść. Zachód dysponuje potencjałem, aby przywrócić właściwe relacje i zasady prawa międzynarodowego. W imię przyszłości naszych dzieci i wnuków, czas na działania.   
Francjo moja kochana, przyjmij moje kondolencje. Ty jesteś - jak zasadnie mawiał Generał de Gaulle - predystynowana do czynów wielkich. Wierzę, że staniesz się dla świata inspiracją i przykładem do naśladowania, jak skutecznie radzić sobie z islamskim ekstremizmem. Zaatakowana podstępnie, masz prawo do obrony. Jesteś i będziesz wielka, co udowodniłaś już niejednokrotnie w swojej bogatej i chlubnej historii. Jako zdeklarowany Frankofil jestem z Tobą, na dobre i na złe.