sobota, 2 maja 2015

1 Maj bez lewicy - demokracja bez perspektyw?

Polskie media, zwłaszcza preferujące poprawność polityczną, z nieskrywaną satysfakcją informowały w dniu wczorajszym o rachitycznych obchodach Święta Pracy w Polsce, wpisując się w poetykę polskiej prawicy, wieszczącej zmierzch lewicy, czego przebieg obchodów 1 Maja ma być jednym z koronnych dowodów.
Podzielając negatywną ocenę strategii i zachowań politycznych Sojuszu Lewicy Demokratycznej, który już nie tylko z prędkością francuskiej TGV, ale nade wszystko japońskiej kolei magnetycznej [na marginesie, w kwietniu ustanowiła kolejny rekord prędkości: 590 km/h!!!], zmierza nieuchronnie nie tyle do dekadencji, co po prostu samobójstwa politycznego, niezależnie od trafności figur retorycznych, nie wolno jednak dokonywać nadinterpretacji, niezależnie od motywów.
Błędna od wielu miesięcy, w istocie autodestrukcyjna polityka SLD, cynizm liderów tej formacji, miałkość ideologiczną i niedojrzałość polityczno - programowa partii, nie oznacza bynajmniej zmierzchu lewicy w rozumieniu aksjologii i postaw politycznych, jest co najwyżej kresem obecnej formy organizacyjnej polskiej lewicy. 
Klasa robotnicza w klasycznym rozumieniu, z pewnością stała się - w sensie politycznym - archaizmem, nie oznacza to jednak bynajmniej zaniku kategorii "pracujących"!!. Wprost przeciwnie: i w Polsce i na świecie, negatywne konsekwencje globalizacji, skutkują między innymi daleko postępującą pauperyzacją szerokich rzesz społecznych i upowszechnieniu się statusu pracownika najemnego, do którego redukowana jest coraz większa liczba aktywnych zawodowo. Ewolucja ta, w połączeniu z nieznaną od wieków koncentracją kapitału i bogactwa z jednej, lawinowo rosnącymi różnicami społecznymi oraz coraz powszechniejszym strachem o życiowe i zawodowe perspektywy pracujących z drugiej strony, prowadzi nieuchronnie do antagonizmów i konfliktów społecznych, podważających pokój społeczny i jego fundamenty. 
Nie trzeba być zwolennikiem marksizmu, aby zauważyć ponadczasowy walor wielu analiz samego Karola Marksa, którego dorobek teoretyczny został po wielekroć świadomie wypaczony, a w efekcie przypadkowego w istocie triumfu leninizmu i żałosnego epizodu realnego socjalizmu, powszechnie ośmieszony. 
Niedowiarkom, zwolennikom tezy o zaniku lewicowości, warto przypomnieć to, co dzieje się współcześnie w "Starej Europie", pozornie sytej i stabilnej, niewątpliwie w sensie ekonomicznym najbardziej rozwiniętej, w aspekcie politycznym zaś coraz bardziej radykalizującej się. 
Nie wiem, czy 1 Maja stanie się w przyszłości bardziej dniem Św. Józefa Patrona Robotników [Święto to ustanowił w 1955 roku Pius XII], czy nadal obchodzone będzie przede wszystkim jako Święto Pracy, od 1890 roku, zgodnie z intencją II Międzynarodówki, prolongując dominującą dotychczas konotację  tego dnia. Mam też nadzieję, że nie wrócą już nigdy tradycje Narodowego Dnia Pracy hitlerowskich Niemiec. Troski powyższe te dla jednych i spekulacje dla drugich, bez względu na preferencje polityczne, nie mogą jednak przysłaniać oczywistego faktu: klasy społeczne co prawda zanikły, ale nie oznacza to homogeniczności w aspekcie stratyfikacji społecznej. Brak wielkoprzemysłowego robotnika, nie oznacza kresu lewicy i jej potencjalnej bazy społecznej, a co najwyżej daleko idące przeobrażenia lewej strony sceny politycznej. 
Dla polskiej i europejskiej prawicy, dekadencja lewicy jest pyrrusowym zwycięstwem, wynikającym nade wszystko z niedojrzałości współczesnych elit lewicowych, niż własnych zasług prawicy. W walce o społeczny rząd dusz, w sporze o granice integracji i artykulacji interesów społecznych, brak lewicowej alternatywy, narusza w istocie równowagę społeczną i polityczną, stanowiąc zagrożenie dla stabilności i trwałości systemu demokratycznego. Warto, abyśmy wszyscy o tym pamiętali, biernie lub czynnie uczestnicząc w walce politycznej. Brak instytucjonalnej, nowoczesnej lewicy, nie skutkuje bynajmniej pożądanym uproszczeniem, optymalizacją sceny politycznej, oznacza jeszcze więcej miejsca dla radykalizmów.
Czy taka ewolucja systemu politycznego leży w istocie w naszym obiektywnym interesie?  

czwartek, 16 kwietnia 2015

Francja i Polska: rytualne samobójstwo lewicy?

 "Le Monde" [wydanie z 10.04 2015 r.], przynosi interesujący i skłaniający do przemyśleń wywiad z Jean'em - Cloude Pacito i Philippe Jourdon'em, pod prowokującym tytułem: "La gauche actuelle est thermidorienne et cynique" ["Lewica współczesna jest thermidoriańska i cyniczna"]. Jego lektura - niezależnie od preferencji i sympatii politycznych - musi prowokować.
Zdaniem autorów, podwaliny współczesnej lewicy francuskiej i jej oblicza ideowego, stworzyły wydarzenia polityczne we Francji, mające miejsce w okresie między obaleniem M. Robespierre'a, symbolu rewolucyjnego terroru, ale zarazem i egalitaryzmu oraz pryncypialności wobec patologii korupcji [9 thermidor tj. 27 lipiec 1794 roku], a zamachem stanu Napoleona I [18 brumaire'a tj. 9 listopada 1799 roku]. Koalicja przeciwko Robespierrowi, mająca zdecydowanie anty jakobiński charakter, byłą w istocie - w aspekcie ideologicznym - egzotycznym sojuszem od lewa do prawa, cementowanym aliansem "nieczystych rąk", będącym synonimem zbiorowości polityków skorumpowanych. Z czasów thermidoriańskich, francuskiej lewicy pozostał daleki ode deklarowanej awangardowości i ideowości cynizm. Obalając Robespierre'a lewica, kierująca się pragmatyzmem, po raz pierwszy zdradziła afirmowane publicznie ideały.
Zarzutów wobec francuskiej lewicy w omawianym wywiadzie jest znacznie więcej, co - zachowując z jednej strony krytyczny umiar, z drugiej zaś otwartość na podnoszoną argumentację oraz szacunek do ogromnego dorobku ideowego, politycznego i zróżnicowania organizacyjnego francuskiej lewicy - w naturalny sposób rzuca co najmniej cień na mit zaangażowanej społecznie, walczącej pryncypialnie o prawa jednostek i społeczną sprawiedliwość lewicy we Francji. Zwłaszcza zarzut cynizmu ma  w istocie charakter broni masowego rażenia, może spotęgować i tak już rosnące dystansowanie się nawet żelaznego elektoratu, od swojej politycznej emanacji: Partii Socjalistycznej. Współczesna Francja, jest niestety mimo wcześniejszych nadziei, wyraźnym dowodem i potwierdzeniem swoistego uwiądu doktrynalno - programowego lewicy, która unikając odważnych decyzji, grzęźnie coraz bardziej na mieliźnie pozornej nowoczesności, oznaczającej w istocie bezwarunkową kapitulację nie tylko przed globalizacją i kapitałem, ale nade wszystko przed żądaniami szeroko pojętych mniejszości, ze skrywaną - pod pozorem laickości i walki o ideały Republiki - pogardą dla tradycyjnych europejskich wartości.
Krajobraz polityczny Francji ulega wyraźnemu przebiegunowaniu, z jednoznaczną, przyjmującą niestety trwały charakter, deprecjacją politycznego znaczenia lewicy.
Niezależnie od francuskich przemyśleń i doświadczeń, naturalne są analogie do polskiej rzeczywistości, w kontekście genezy, miejsca i roli lewicy w życiu politycznym. 
Dramatycznie spadające poparcie społeczne lewicy w Polsce, kolejne nieudane eksperymenty polityczno - organizacyjne w jej łonie, jej dekompozycja połączona z marginalizacją, wyraźne zmiany w aksjologii, każą i pozwalają zapytać  o domniemane skłonności polskiej lewicy do masochizmu politycznego. Kampania prezydencka zaś, wyniki sondaży poparcia wyborczego kandydatów  i ostatnie rewelacje prasowe w tym względzie, pozwalają w sposób otwarty postawić pytanie o granice poczytalności politycznej elit lewicy i cynizmu polskiej lewicy. 
Czy liderzy formacji lewicowych z rozmysłem prowadzą swoje ugrupowania do samobójstwa i politycznego unicestwienia? Czy żądza partycypacji w sprawowaniu władzy oraz strach przed polityczną odpowiedzialnością, leżące u podstaw prezentowanych postaw i wyborów, to przejaw obłędu, dążenie do rytualnego samobójstwa, czy jednak namacalny dowód cynizmu i instrument realizacji partykularnych, by nie rzec osobistych interesów liderów?
Co by nie powiedzieć, sytuacja jest dramatyczna, z punktu widzenia reprezentacji interesów lewicowego elektoratu, z punktu widzenia obecności formacji lewicowych w  życiu politycznym, w aspekcie reprezentatywności polskiego parlamentaryzmu.
Czy współczesna lewica musi umierać obojętna na los swojego żelaznego elektoratu, zapatrzona w atrybuty władzy, skłonna do każdego kompromisu, niezależnie od społecznych i politycznych kosztów? Kto i co może przerwać ten chocholi taniec nieodpowiedzialności?                
                                          

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

2050 rok: naukowe fanaberie, czy przestroga dla naszych dzieci i wnuków?

Świąteczne [4.04.2015] wydanie "Gazety Wyborczej", pozwoliło czytelnikom na zapoznanie się z treścią znakomitego, inspirującego wywiadu historyka Yuval'a Noah'a Harari, z noblistą Danielem Kahnemanem, pod jakże znamiennym tytułem: "Z iPadem w nowe średniowiecze. Nadciągają zbędni ludzie". 
Zasadnicza teza artykułu, sprowadza się do szeroko uargumentowanego stwierdzenia, o negatywnym sprzężeniu zwrotnym, relacjach przyczynowo - skutkowych, między stanem technologii, a rozwojem społecznym. Ponieważ rozwój technologii znacząco wyprzedza rozwój społeczeństwa i modyfikacje zasad jego funkcjonowania, wszechobecny i wszechogarniający kryzys jest nieuchronny oraz stanowi logiczną konsekwencję prymatu techniki nad człowiekiem. Ale nie diagnoza jest najważniejsza, a zapowiadane, wieszczone przez dyskutantów społeczne skutki: w połowie bieżącego stulecia, pojawi się armia zbędnych ludzi.
Nośny propagandowo absolut jakości życia - analogicznie do globalizacji - formułowany jest współcześnie nie w imię interesów społecznych, a jedynie odzwierciedla partykularne interesy zamożnej mniejszości. Klasycznym przykładem kierunku zmian jest - zdaniem dyskutantów - ewolucja roli i znaczenie medycyny, która jeszcze w XX wieku nastawiona na leczenie chorych i zachowanie życia, była egalitarna, a obecnie nastawiona na podnoszenie jakości życia, staje się coraz bardziej elitarna, a w konsekwencji mniej dostępna.
Jeżeli postępującemu rozwarstwieniu społecznemu, istotnie towarzyszyć będzie zjawisko masowego wykluczenia szerokich, spauperyzowanych  mas społecznych, to konflikt społeczny, by nie nazywać zagrożeń rewolucją, jest bardziej niż oczywisty.
Bez względu na stosunek do treści przywoływanego wywiadu i zawartej w nim argumentacji, rosnąca niepewność w życiu społecznym, jest nie tylko powszechnie odczuwalna, ale i w pełni naturalna. Czy jednak jest to determinowana okolicznościami nieuchronność, czy tylko patologia rozwojowa, z możliwością działań korygujących? 
Ostatnie stulecie, to narastające tempo zmian społecznych, związane ze wzrostem zamożności, poziomu życia, edukacji, ewolucją w obszarze etyczno - moralnym. Ostatnie dekady jednak, to wyraźne przyśpieszenie, na skutek przede wszystkim globalizacji, różnic społecznych, którym towarzyszy daleko idąca relatywizacja i zubożenie uważanej dotąd za ostoję demokracji klasy średniej, wykazującej jednoznaczne cechy nie tylko dezintegracji, ale nade wszystko zaniku.
Gdyby spełniły się założenia o masowej marginalizacji społecznej ludzi w skali globalnej, konsekwencje mogą być niewyobrażalne, choćby z uwagi na fakt zagrożenia podstaw egzystencji większości ludzkości. Potencjalny ruch nowych Luddystów, z pewnością nie będzie stanowił realnej alternatywy, a zasiłki dla bezrobotnych, nie będą formą nowego rodzaju opium na społeczne bóle i napięcia.
Był już w historii człowiek, który budując diagnozę życia społecznego i poszukując remedium, wskazywał na rewolucję, która - w jego założeniach - miała wybuchnąć w najbogatszych, najbardziej rozwiniętych krajach. Realny socjalizm sprymitywizował i ośmieszył Karola Marksa w wielu obszarach. Czyżby jednak dopiero przyszłość miała potwierdzić trafność diagnoz i recept na rozwój autora "Kapitału"? A jeżeli nie on, jeżeli nie rewolucja, która potencjalnie od nowa ureguluje wszystko, nie bez znaczących, niewyobrażalnych kosztów społecznych, to co będzie antidotum na wyzwanie cywilizacyjne w rozwoju społecznym: marginalizację człowieczeństwa na skutek spodziewanej koncentracji zamożności w rękach nielicznej mniejszości oraz prymatu technologii i techniki nad człowiekiem?      
     

      

sobota, 4 kwietnia 2015

Laickość Republiki wymaga cenzury wobec chrześcijaństwa?

Dyrekcja Zakładów Komunikacji Miejskiej w Paryżu, zabroniła wywieszania w paryskim metrze plakatów reklamujących czerwcowe występy kwartetu "Les Petres" w Olimpii, z których dochód - jak zapowiadają organizatorzy koncertu - zostanie przekazany na pomoc chrześcijanom ze Wschodu. Powodem jest użycie w treści plakatu słowa "chrześcijaństwo", które - zdaniem przywołanej dyrekcji - jest pogwałceniem i uderzeniem w laickość Republiki.
Zadziwiająca to pryncypialność, która tylko z pozoru może być nośnym tematem programów kabaretowych i publikacji satyrycznych. 
Nie chodzi o absurdalność podejścia i wykładni. Istota sporu jest znacznie poważniejsza.
Działania te podejmowane są w czasie, w którym istotnemu ograniczeniu ulega nie tylko swoboda wyznania w Afryce, zagrożonej wojującym islamem, ale fizyczne bezpieczeństwo chrześcijan, w sensie dosłownym.
Każdy kto kiedykolwiek odwiedził Afrykę, uprzedzany jest o konieczności poszanowania zasad i obyczajów religijnych miejscowej ludności. Każda wycieczka do tego regionu, to - nawet w czasach minionego względnego spokoju - apele przewodników turystycznych o powściągliwość i unikanie manifestowania symboli chrześcijańskich. Rozumiem te oczekiwania. Zarazem jednak spodziewam się analogicznego poszanowania praw większości w Europie, przez islamską mniejszość.
Nie widzę najmniejszego powodu, do dyskryminowania w Europie chrześcijaństwa, mając zwłaszcza na względzie nasze antyczno - chrześcijańskie korzenie i znaczenie tej tradycji dla budowania tożsamości kulturowej Starego Kontynentu. Pozostańmy tolerancyjni i otwarci, ale nie pozwólmy zarazem na dominację aksjologii mniejszości.
Omawiana akcja w paryskim metrze, to nie dowód dbałości o pryncypia. To raczej przejaw nadinterpretacji, w duchu prymatu poprawności politycznej.
Ciekawe jak długo jeszcze Francja i Europa będą się cofać, będą się wyrzekać swojej tożsamości, kultury i historii. Co musi się jeszcze wydarzyć abyśmy wszyscy zrozumieli, że zasadna atencja do praw jednostki, prawo do indyferentności religijnej, laickości w życiu publicznym - trwałe zdobycze demokratycznej Europy, nie mogą oznaczać zgody na dominację religii obcych tradycji europejskiej? Wandea, na skutek dramatycznych wydarzeń z okresu Rewolucji Francuskiej, określana jest mianem "sumienia Francji". Czy Europa i Francja potrzebują nowej Wandei, gdzie ulokowane jest nasze sumienie? Gdzie - w sensie geograficznym i politycznym - nastąpi w Europie przebudzenie, zrozumienie, że współczesne nam czasy, to czas bezwzględnego starcia obcych aksjologii. Podzielam pogląd, o niezasadności eksportu wartości Zachodu, zarazem jednak oczekuję stanowczych działań wobec kulturowego barbarzyństwa, uwłaczającego człowieczeństwu, gdziekolwiek ono wystepuje.
W każdej dziedzinie, arystotelesowska zasada "złotego środka", jest optymalnym moim zdaniem podejściem i postawą, także do rozwiązywania kluczowych, kontrowersyjnych spraw społecznych. Zarządzającym paryskim metrem należy rekomendować większą powściągliwość i po prostu zdrowy rozsądek, w myśl starego powiedzenia, że "nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu".
Pikanterii sytuacji dodaje fakt, że do opisywanych zdarzeń dochodzi w okresie Świąt Wielkanocnych. Przypadek, prowokacja, czy po prostu głupota?


       

niedziela, 29 marca 2015

Racjonalni - radykalni - poprawni? Wolę normalnych...

We Francji dziś druga tura wyborów kantonalnych i departamentalnych. Niezależnie od ich wyniku, niezależnie od tego czy powiedzie się de facto rekomendowana przez UMP strategia izolacji Frontu Narodowego przez klasyczną prawicę, "stare" elity polityczne trwają w nerwowym szoku przed przyszłością. Charakteryzująca system polityczny V Republiki dwubiegunowość, staje się z wolna anachronizmem, odchodzi w przeszłość klasyczny system partyjny.
W Polsce kampania prezydencka nabiera tempa i rumienców, co nie znaczy bynajmniej, że zyskuje na merytorycznej jakości i społecznym zainteresowaniu.
Do niedawna stuprocentowi faworyci, z niepokojem obserwując gasnące sondaże, odwołują się zarazem do poczucia racjonalności wyborców. Racjonalność w ich rozumieniu, to milcząca akceptowalność społecznego i politycznego status quo, sprowadzająca się - bez etykietyzacji i inwektyw - do dominacji quazi liberalnej polityki Platformy Obywatelskiej, stygmatyzującej aktualny układ sił. Ich nadzieja, zawiera się w przekonaniu, o zbawiennym wpływie środków z U.E w jeszcze jednej perspektywie finansowej dla Polski, które - niczym opium - mają uśmieszyć społeczne napięcia. Także kryzys ukraiński stanowi dla nich szansę odwołania się do doświadczenia. To nic, że w Polsce już ludzie z doktoratami nie mogą znaleźć pracy, a liczni absolwenci boomu edukacyjnego ostatnich lat na poziomie wyższym, podejmą każdą pracę, za każdą płacę. Póki co jeszcze 66 letni murarze nie spadają z rusztowań,  a ich równolatkowie - kierowcy autobusów jeszcze nie sprowadzają powszechnego zagrożenia w ruchu drogowym, więc po co rozmawiać o zasadności zmian w systemie emerytalnym?  Obiecane - nie tylko przez Żeromskiego "szklane domy" - kończą się w Warszawie, a klasa rządząca skutecznie przeniosła obyczaje warszawskie na prowincję, w odniesieniu do zatrudnienia i zarządzania. Czy jednak dla całej elity Platformy Omnipotencji starczy w przyszłości miejsca w Brukseli - symbolu dostatniej oazy dla polityków zdyskredytowanych w kraju? Szczerze wątpię i mam nadzieję, że nie starczy.  
Główny oponent faworyta, zwany przez Platformę radykalnym, dźwigając brzemię partii pochodzenia, też nie będąc ideałem, próbuje chociaż ożywić dyskusję o tematy mające strategiczne znaczenie, nie tylko dla tej generacji, jak choćby kwestia Euro, jako narodowego środka płatniczego w Polsce. Niestety uderzenie poprawnych politycznie mediów, bijących w dzwony trwogi za sprawą przykładu Pani Premier, uzupełnione próbami dyskryminacji na bazie bankructw niektórych SKOK-ów, zmierza do dyskredytacji kandydata.
Lewica usiłuje się przebić z niezrozumiałą nawet dla własnego twardego elektoratu kandydaturą, inni kandydaci - może z wyłączeniem obywatelskiej inicjatywy P. Kukiza - stanowią ledwie tło dla kampanii wyborczej.
Temperatura kampanii wyborczej w Polsce nie odbiega od analogicznej we Francji. Zarówno wybory prezydenckie w Polsce, jak i departamentalne we Francji, są ledwie prologiem do prawdziwego starcia: jesienią tego roku wyborów parlamentarnych w Polsce i wyborów prezydenckich 2017 roku we Francji.  
Na łamach "Le Monde" [wydanie z 26.03.2015], wywiad z Frederic'iem Giraut, z Uniwersytetu w Genewie [" La toponymie, une vieille obsession de l'extreme droite"], odwołujący się do toponimii tj. działu - także nauki - zajmującego się nazwami miejsc, usiłuje jeżeli nie dyskredytować, to przynajmniej krytykować francuską prawicę narodową, za przywiązanie do symboli narodowych i niechęć do kulturowego kosmopolityzmu. Wywiad ten, to w istocie ciekawy i inspirujący przykład uniwersalnego, wszechobecnego starcia kulturowego w Europie, w której coraz częściej, patriotyzm oparty na wartościach narodowych, staje się przaśnością i zacofaniem, a przynajmniej jako taki lansowany jest przez poprawne politycznie media. 
W walce ideologicznej i politycznej, można stosować w istocie wszystkie figury retoryczne, z założeniem, że istnieje prawo retorsji strony atakowanej, w warunkach postulowanego, równego dostępu do mediów, będącego na dziś niestety iluzją. 
W demokracji decyduje głos większości, choć ta nie zawsze ma rację. Respektowanie jej werdyktu uchodzi za kanon, choć historia dostarcza wystarczająco dowodów [vide choćby Wolna Francja De Gaulle'a], że także mniejszość może skutecznie nieść, przy sprzyjających warunkach, światło prawdy i prawdziwego postępu.
W nasilającym się, europejskim sporze: racjonalni - radykalni - poprawni, stawiam na normalnych, pragmatycznych, uczciwych i zaangażowanych.
Potencjalny lokator Pałacu Prezydenckiego w Warszawie - dodajmy niezwykle drogi w utrzymaniu [utrzymanie urzędu Prezydenta RP, to ponad 165 mln zł rocznie - ścisła europejska czołówka!!], powinien moim zdaniem zainicjować zmiany systemu politycznego w Polsce: proces odejścia od obecnego niewydolnego, drogiego układu władzy, na rzecz systemu prezydenckiego, lub likwidacji tego ostatniego w obecnej formie. Po co nam bowiem dwa ośrodki władzy wykonawczej: skupione wokół Premiera i Prezydenta? Niestety o tym dezyderacie nie mówi nikt z kandydatów. A szkoda.....                 

poniedziałek, 9 marca 2015

Umierać z godnością czy/i żyć z godnością?

Francuskie Zgromadzenie Narodowe, podejmuje jutro [10.03.2015] finalną debatę o zasadności prawa przewlekle chorych, do decydowania o końcu swojego życia. Prawo to określane potocznie prawem do eutanazji, jest kolejnym problemem rodzącym społeczne kontrowersje i podziały.
Co do zasady, z oczywistych względów prymatu życia nad śmiercią, wszystkie religie monoteistyczne i ich prominentni przedstawiciele we Francji - niezależnie od wyraźnych podziałów w innych sprawach - pozostając w pryncypialnej i zdecydowanej opozycji wobec tego prawa, akcentują fundamentalny co do zasady sprzeciw w ingerencję człowieka w przebieg naturalnego procesu życia: od narodzin do śmierci. 
Coraz większe jest jednak grono zwolenników, podzielających prawo jednostki do suwerennego decydowania o swoim losie, zwłaszcza w sytuacji nieuleczalnej choroby, rodzącej wyłącznie ból, rozpacz i cierpienie, bez perspektyw na normalne życie.
Materia sporu jest tyle kontrowersyjna, co trudna do jednoznacznego rozstrzygnięcia, a nadto rodzi uzasadnione podejrzenie co do prawdziwych intencji, potencjalnych nadużyć i mechanizmów kontroli. Czy człowiek złożony cierpieniem fizycznym i psychicznym, jest w stanie podejmować racjonalne, odpowiedzialne, świadome decyzje?
Nie podejmuję się rozstrzygać kto w tym sporze ma rację, także z perspektywy osobistych doświadczeń, zakończonej niepowodzeniem wielomiesięcznej walki z chorobą nowotworową i obłożną chorobą w mojej najbliższej rodzinie. Nie wiem jednak, czy tradycja Spartan winna być prolongowana w cywilizacji Zachodu, choć zarazem rozumiem i przyjmuję do wiadomości prymat prawa jednostki do decydowania o własnym życiu. Obawiam się także, że kwestia ta w naszym zmaterializowanym, pragmatycznym świecie, jest zarazem wyrazem... troski o optymalizację społecznych i publicznych zobowiązań, minimalizację kosztów służby zdrowia, opieki społecznej i geriatrycznej oraz paliatywnej nad ludźmi starszymi, zniedołężniałymi, obłożnie, nieuleczalnie i przewlekle chorymi.
O wiele bardziej interesuje mnie kwestia jak żyć i umierać z godnością, problematyka zobowiązań i obligacji rodziny, społeczności oraz państwa w tym względzie.
Wracając zaś do meritum sprawy, niezależnie od ostatecznych prawnych rozstrzygnięć we Francji, w Polsce interesowała by mnie zwłaszcza radykalna zmiana polityki Kościołów wobec choroby i śmierci. 
Duchowni, wykonując swoją posługę wobec poważnie chorych, winni ją moim zdaniem czynić całkowicie, literalnie bezpłatnie, ze świadomością, że nawet uświęcona lokalnym obyczajem ofiara w tym względzie, jest nierzadko powodem dodatkowych wyrzeczeń chorego i jego rodziny. I jeszcze jedno: akceptuję, że ślub, chrzest, Pierwsza Komunia/Konfirmacja, to czas radości i zobowiązań beneficjentów wobec lokalnej społeczności wyznaniowej. Jednak w obliczu śmierci, konieczności organizowania uroczystości pogrzebowych, role winne się odwrócić: ostatnia posługa, winna być posługą darmową, winna być hołdem złożonym przez lokalnego duchownego zmarłemu. Żałobie i łzom pogrążonej w smutku rodziny, często niepewnej co do tego co przyniesie jutro, nie powinien towarzyszyć szelest banknotów przekazywanych klerowi, jako ekwiwalent uczestnictwa duchownych w pogrzebie. Te pieniądze - dodajmy często spore pieniądze - powinny zostać przy rodzinie zmarłego, tam przydadzą się znacznie bardziej i zostaną znacząco bardziej efektywnie spożytkowane.        
 

środa, 4 marca 2015

Co trzeci Francuzów to ekstremista, czy jednak patriota?

Najnowszy [1.03.2015] sondaż Odoxa dla "Le Parisien", nie pozostawia złudzeń i wpisuje się we względnie trwałą tendencję stanu preferencji politycznych i wyborczych we Francji, przed przypadającą na 22 marca br., I turą wyborów departamentalnych we Francji: Front Narodowy uzyska 33% głosów.
Dla poprawnej politycznie Europy, to prawdziwy szok i wyzwanie. Dla tradycyjnych elit politycznych Francji, dla większości ośrodków opiniotwórczych, kluczową kwestią jest odpowiedź na pytanie: czy co trzeci Francuz stał się ekstremistą, niedojrzałym, nie wyrobionym politycznie obywatelem, a może jednak jest korzystającym z dobrodziejstw demokracji patriotą?
Powszechnie podnoszone larum, wzywanie do obrony rzekomo zagrożonego republikańskiego charakteru kraju - skądinąd stanowiące nadużycie - budowane jest na bazie niezadowolenia rządzących elit, z estymowanego werdyktu wyborczego, co już samo w sobie jest kuriozum w demokracji i zasługuje na publiczne piętnowanie. Ale nie to jest najważniejsze.
O wiele istotniejsze jest to, że tradycyjna, francuska klasa polityczna, jej prominentni przedstawiciele, nie chcą zrozumieć, że preferencje wyborcze Francuzów, to efekt procesu, wielowymiarowych zmian - w tym aksjologicznych - rozłożonych w czasie, a nie nachalnego marketingu, czy zdarzeń nadzwyczajnych.
Przeciętny Francuz jest zmęczony, zażenowany, podważone zostało jego elementarne zaufanie do roli państwa i rządzących elit, na bazie obniżenia poziomu życia, siły nabywczej pracowników najemnych, braku poczucia bezpieczeństwa i strachu przed tym, co przyniesie jutro.
Francuzi zdaje się mają też dosyć blankietowej wiary w omnipotencję Zjednoczonej Europy. Rozpaczliwie szukają zarazem dróg wyjścia, a nade wszystko politycznej, społecznej i ekonomicznej nadziei.
Francuzi wreszcie, czują się coraz bardziej obco we własnym kraju, poddani presji imigrantów, nie zawsze podzielających aksjologię rodowitych Francuzów, dla których dodatkowo budżet państwa wykazuje nadmierną w ich ocenie wyrozumiałość i szczodrość, niewspółmierną do wkładu w generowanie PKB Francji.   
Histerycznym mediom, liderom tradycyjnych partii politycznych we Francji, nie pogodzonych z prawdopodobnym werdyktem wyborczym adwersarzom Frontu Narodowego, nie tylko we Francji, trzeba przypomnieć sentencję de Gaulle'a: "[...] żadna polityka nie ma wartości w oderwaniu od rzeczywistości [...]", w powiązaniu z inną, nie mniej dobitną: "[...] patriotyzm jest wtedy, gdy na pierwszym miejscu jest miłość do własnego narodu; nacjonalizm zaś wtedy, gdy na pierwszym miejscu jest nienawiść do innych narodów niż własny [...]".
Odpowiadając na tytułowe, prowokacyjne pytanie, w aktualnych warunkach, Francuzi pozostają patriotami, zmieniając - nie wiadomo na jak długo i jak trwale - preferencje wyborcze. To zachowania jak najbardziej racjonalne, uprawnione, a zarazem odpowiedzialne. Oddajmy Francuzom pełne, suwerenne prawo do stanowienia porządków we własnym kraju. Szanujmy ich podmiotowość, ich wybory, zwłaszcza uświęcone demokratycznymi procedurami.
A tak na marginesie... Francja winna być memento dla polskich elit politycznych, sytych, zapatrzonych w siebie, nierzadko wyalienowanych od rzeczywistych problemów społecznych. Instytucjonalizacja ruchu odmowy i protestu - także w Polsce -  jest więcej niż prawdopodobna. To tylko kwestia czasu. Zatem...