niedziela, 10 listopada 2013

Święto Niepodległości - wstydliwe kwestie?

Przypadająca 11-go Listopada, kolejna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, stanie się z pewnością okazją do patetycznych wystąpień, odwołujących się zasadnie do znaczenia tej daty w naszych dziejach, do tradycji narodowej walki o odzyskanie suwerenności. Poza nieuchronnie stojącą przed nami moim zdaniem koniecznością redefinicji konotacji tego święta, z zachowaniem rzecz jasna jego charakteru [może ciężar przekazu należy na przykład przesunąć w kierunku aprecjacji solidarności narodowej i europejskiej, na bazie wspólnoty aksjologii?], ta historyczna w dziejach naszego narodu data, winna stać się także przyczynkiem do postawienia kontrowersyjnych problemów, bez względu na wymogi poprawności politycznej, budzących ciągle - mimo upływu czasu - wiele emocji. Celem nie jest szarganie narodowych świętości, a jedynie przywrócenie proporcji, obiektywizacja historyczna, zerwanie z uproszczonym pojmowaniem narodowej historii i jednowymiarowym przekazem, nie zawsze zgodnym z prawdą historyczną. 
Upadek I Rzeczpospolitej i utrata własnej państwowości na 123 lata, nie było zrządzeniem złego losu, to nie kwestia jedynie niekorzystnej międzynarodowej konstelacji, awersji ówczesnych sąsiadów Polski, a nade wszystko logiczna konsekwencja trwającego dziesieciolecia procesu degradacji państwowości polskiej, tolerowanej i inspirowanej przez ówczesne elity polityczne. I Rzeczpospolita musiała upaść, bo była krajem nieefektywnym politycznie i ekonomicznie, nie przystającym do rzeczywistości europejskiej i rysujących się nowych trendów. Nie była po prostu w stanie - w ówczesnej strukturze społeczno - ekonomicznej - sprostać wymogom i wyzwaniom czasu.
Dramatycznemu zacofaniu politycznemu i gospodarczemu, towarzyszyła archaiczna struktura społeczna, której wyróżnikiem pozostawał drastyczny podział klasowy, z utrzymaniem pańszczyzny, sprowadzający i ograniczający naród oraz demokrację do szlachty i arystokracji. W konsekwencji, dominujące liczebnie w strukturze społecznej chłopstwo i mieszczaństwo [odwołując się do tradycji francuskiej, osławiony Stan Trzeci], nie czuło żadnej więzi, a tym bardziej potrzeby identyfikacji z własną państwowością, czego dramatycznym potwierdzeniem bolesne fiasko kolejnych powstań narodowych. Pragmatyczne zachowanie tej cześci narodu było jak najbardziej racjonalne. Z jakich motywów miał walczyć i ginąć polski chłop, jeżeli walczył za pańską, szlachecką Polskę, która nie tylko nie gwarantowała mu wolności osobistej, nie zdejmowała z niego dotkliwych ciężarów, ale także nie zapewniała żadnych profitów, wpływajacych na poziom jego egzystencji?
Delikatność i parametry ówczesnego położenia, doskonale rozumieli jedynie polscy pozytywiści, przez dekady oskarżani o urąganie postawom patriotycznym, zdradę interesów narodowych, kolaborację, koniunkturalizm, uleganie zgniłemu kompromisowi z zaborcami. Tym czasem nikt lepiej jak oni nie rozumiał, że Polski bez daleko posuniętej modernizacji szeroko pojętych struktur, nie stać nie tylko na odzyskanie, ale i prolongowanie niepodległości.
W modernizacji porozbiorowej Polski, w sensie społeczno - ekonomicznym, istotnie pomogli... zaborcy, znosząc pańszczyznę, rozpoczynając proces indiustralizacji, przełamując w istocie historyczny, uświęcony prawem, tradycją i obyczajem, monopol społeczny szlachty i arystokracji. 
Pamiętać trzeba o masowej, wymuszonej, ale i dobrowolnej, polskiej emigracji, która nie tylko względnie trwałe zniekształciła strukturę społeczną, ale także niosła poważne konsekwencje dla przyszłej egzystencji narodu. 
Wbrew obiegowym opiniom, Polska odzyskała niepodległość przy istotnym wysiłku, ale nie głównie wysiłkiem Polaków, a nade wszystko na skutek rozpadu europejskiego ładu politycznego, na skutek I Wojny Światowej i Rewolucji Bolszewickiej oraz różnie motywowanej przychylności ówczesnych zwycięzców. To zresztą nie jest nic nadzwyczajnego, ani powód do wstydu. Prawie cała ówczesna Europa Środkowo - Wschodnia i Południowa, podlegała podobnym procesom, z jeszcze większym natężeniem na obszarach dawnych Austro - Węgier. 
Teraz czas na wnioski.
Święto Niepodległości winno być radosnym czasem, powodem do dumy, której musi towarzyszyć wszakże poważna, obiektywna refleksja przyczynowo - skutkowa o determinantach jej odzyskania, ale i wcześniejszej utraty.   
Święto to, winno prolongować na następne generacje przywiązanie do polskiej państwowości, świadomość tradycji narodowej, ale zarazem być przestrogą przed świadomymi i nieświadomymi zaniechaniami, prywatą, egoizmem elit. 
Rządzące dziś i w przyszłości Polską elity, winne pamiętać o genetycznym obciążeniu polską demokracją szlachecką i jej przywarami, dążyć do unikania rozbijania jedności społecznej, przeciwstawiać się kreowaniu nowych grup wykluczonych, zdecydowanie zapobiegać procesowi zawłaszczania państwa przez rządzące oligarchie, bez względu na ich partyjne barwy.
Pozostaje wreszcie dramatyczny problem najnowszej emigracji. To wstyd i prawdziwe wyzwanie dla demokratycznej Polski, to niepojęte, że miliony młodych, wykształconych Polaków, z przymusu ekonomicznego, zmuszonych jest szukać egzystencji za narodowymi granicami. 
11 Listopada w Polsce, winien być nie tylko Świętem Niepodległości, ale też pamiątką narodowej niedojrzałości i wyzwaniem do politycznej roztropności oraz odpowiedzialności.        

sobota, 9 listopada 2013

Arogancja czy głupota władzy, czyli Bogowie zejdźcie z Olimpu!!

Kiedy ponad trzy dekady temu, jeszcze będąc uczniem liceum, byłem po raz pierwszy dłużej we Francji, fascynacji krajem i kulturą, sklepami pełnymi towarów i salonami samochodowymi, gdzie "od ręki" można było kupić samochód, a kolorowe materiały reklamowe otrzymać za darmo i sprzedać w Polsce po powrocie kolekcjonerom, towarzyszyło niezmiennie łamanie stereotypów o kapitaliźmie i demokracji.
Dziś w wielu dziedzinach nastąpiła prawie całkowita konwergencja, polska ulica niczym nie różni się od francuskiej, oferta rodzimego sklepu - zwłaszcza sieciowego - od swego francuskiego odpowiednika, a wiele elementów infrastruktury [jak choćby stacje benzynowe], wygląda w Warszawie znacznie lepiej, niż w Paryżu.
Jest jednak dziedzina, obszar życia społecznego, gdzie dystans dzielący nas od Francji uległ znacznemu powiększeniu.
Wracając do mojego szkolnego wyjazdu do Francji, najbardziej co mnie wówczas uderzyło, to relacje między obywatelem, a władzą. Mer miasta, które nas gościło, przyjeżdżał do nas na rowerze sportowym i w sportowym przyodziewku, pytając o wrażenia, potrzeby, opinie. Nie budziło to konsternacji naszych francuskich gospodarzy, którzy traktowali takie zachowanie jako naturalne, nie wymuszone okolicznościami i potrzebami poprawności politycznej [gwoli jasności, mer spotykał się z nami w garniturze także, jeżeli wymagały tego okoliczności].
Dziś, kiedy burmistrz mojego miasta nie widzi nic niestosownego w tym, że nie odpowiada na kierowaną do niego korespondencję, nie reaguje od dwóch lat na zgłaszane nieprawidłowości, kiedy polscy posłowie reprezentanci narodu z wyboru, jak mantra powtarzają, że "oni" wiedzą lepiej [choćby w kontekście kolejnych propozycji referendalnych], kiedy Premier rządu mojego kraju, nie uznaje za stosowne udzielenie poważnej odpowiedzi na istotne z punktu widzenia obywateli kwestie [tytułem przykładu, plany w zakresie tzw. rekonstrukcji rządu], nie widzi powodu do reakcji na kolejne rewelacje medialne dotyczące jego obozu politycznego [afera wyborcza na Dolnym Śląsku, najnowsza afera prywatyzacyjna na Górnym Śląsku etc.], zastanawiam się co sie stało z naszą, polską klasą polityczną. Czy to, co się dziś dzieje w polskiej polityce, to przejaw arogancji, impertynecji, czy raczej rezygnacji, dowód na to, że rządzący mają świadomość nieuchronności przegranej w kolejnych wyborach, zatem koncentrują dziś swoją uwagę już bardziej na sobie?
Ilekroć miałem przyjemność i zaszczyt kontaktować się z francuskimi politykami wszystkich szczebli, od urzędującego Prezydenta Republiki poczynając, tylekroć zawsze spotykała mnie nadzwyczajna przychylność, merytoryczna reakcja, pomoc na moje potrzeby, odpowiedż na moje wystąpienia, niekiedy przekraczająca wręcz in plus, moje oczekiwania. Nie wyobrażam sobie, aby francuski polityk, zwłaszcza wysokiego szczebla, pozwolił sobie na deprecjację stanowiska obywateli, wykraczającą poza ramy normalnego dyskursu politycznego, nawet najbardziej polemicznego i emocjonalnego.
W Polsce władza może "obrazić się" na obywatela, odmawiać Mu w istocie podmiotowości. Coraz częściej też spotykam się z opinią, że prywata i arogancja elit poprzedniego systemu, była niczym w porównaniu z tym, co oferuje na w tym zakresie demokratyczna, wolna Polska. To dramatyczna sytuacja.
Polska partiokracja nie może jak widać przyswoić sobie oczywistej prawdy, że państwo polskie to coś więcej, niż rządząca aktualnie partiokracja, że horyzont interesu narodowego, sięga dalej, niż kadencja organów wybieralnych. Poczuciu wszechmocy i zawłaszczenia państwa przez jednych, towarzyszy zarazem poczucie alienacji i rezygnacji u innych, czego konsekwencją narastający kryzys demokracji, niewiara w demokratyczne instytucje, tęsknota i sentyment za silną, sprawiedliwą, niekoniecznie demokratyczną władzą. Budzą się stare demony. Traci obywatelska aktywność. Stąd już tylko krok w kierunku radykalizmów.
Mam nadzieję, że radykalne działania korygujące podejmą polscy wyborcy. Jestem przekonany, że nadszedł czas merytorycznego wietrzenia instytucji wybieralnych, w aspekcie ich obsady personalnej. Kiedy doświadczenie staje się rutyną, a kontakt z wyborcą jedynie marketingowym chwytem miast rzetelną próbą poznania oczekiwań i preferencji, czas na interwencję suwerena. Czas na oddelegowanie wielu naszych dotychczasowych reprezentantów do innej odpowiedzialnej pracy, optymalnie o rynkowym, konkurencyjnym charakterze. Wierzę, że polskie społeczeństwo obywatelskie podejmie racjonalne decyzje, kierując się rozsądkiem, a nie  emocjami, wykazując odporność na zaklęcia, działanie elementów identyfikacji wizualnej, nieszczere uściski rąk i usmiechy kandydatów, w trakcie nadchodzących kampanii wyborczych. Polskie oligarchie partyjne muszą doświadczyć, że nie jesteśmy mięsem armatnim.

11 Listopada dla Francuza i Polaka

Święto 11 Listopada, choć obchodzone równolegle w Polsce i we Francji, ma absolutnie odmienną konotację w Polsce i  we Francji.
We Francji, obchodzone jako Dzień Zwycięstwa [Fete de la Victoire], upamiętnia bohaterską Wielką Wojnę 1914 - 1918 [dla Francuzów ta wojna, a nie II Wojna Światowa, była i jest wielka], powód do dumy, ale zarazem i rozpaczy wielu Francuzów [zginęło 1 397 mln obywateli, z populacji liczącej ogółem 39 milionów obywateli]. W tej krwawej wojnie, pełnej heroicznych wysiłków i danin, tkwiło źródło francuskiej potęgi okresu miedzywojennego, ale zarazem i francuskiego, często nie rozumianego, zwłaszcza w Polsce, pacyfizmu. To święto, którego symbolem jest nekropolia Verdun, mimo pojednania francusko - niemieckiego, jest też bez wątpienia okolicznością, której w sensie materialnym najwięcej poświęcono we Francji, o czym świadczą monumentalne cmentarze i pomniki, w prawie każdej francuskiej gminie. Francuskie zwycięstwo i pozycja międzynarodowa, w kontekście tego co stało się dwadzieścia lat póżniej: przegranej w kampanii z czerwca 1940 roku, kolaboracji [której korzeni, także można doszukiwać się w Wielkiej Wojnie]  i Ruchu Wolnych Francuzów de Gaulle'a, ratującego honor Francji, upoważnia jednak do kilku wniosków ogólniejszej natury:
Po pierwsze, radość ze zwycięstwa, stworzenie zdawało się efektywnego mechanizmu ładu światowego, w postaci Traktatu Wersalskiego i Ligi Narodów, okazało się zabiegiem mało efektywnym wobec wyzwań wynikających z imperializmu i rewanżyzmu hitlerowskich Niemiec. W tym sensie, 11 Listopada we Francji, to czas swoistego mementa i przestrogi, że wiara w traktaty, musi być podparta należytą, własną siłą polityczno - ekonomiczną i militarną, niezależnie od systemu sojuszy miedzynarodowych.
Po drugie, 11 Listopada, to bodaj ostatnie zwycięstwo starej, nacjonalistycznej [w sensie patriotycznym, w tym kontekście nacjonalizm nie ma konotacji pejoratywnej!!] Francji. Współcześnie, święto to coraz bardziej traktowane jest jako dzień przyjażni niemiecko - francuskiej, odgrywając ogromną rolę w edukacji obywatelskiej obu narodów i budowania porozumienia, niż okazją do manifestowania triumfalizmu. Na marginesie, czy w Polsce można sobie wyobrazić dziś taką ewolucję i takie zbliżenie - także w sensie symbolicznym - w stosunkach polsko - rosyjskich?  
Po trzecie wreszcie, historyczne zwycięstwo, nie może być powodem do swoistego zamrożenia, stagnacji obowiązujących doktryn i koncepcji polityczno - militarnych. Doświadczenia i sukcesy wojny pozycyjnej, stając się na dwie dekady kanonem francuskiej strategii, niechęć do szeroko pojętej modernizacji, stały się zarazem jedną z przyczyn francuskiej klęski w 1940 roku.
Po czwarte, dzieje Francji pierwszej połowy XX wieku, to przykład dramatycznych zmian w panteonie narodowych bohaterów, to dowód, że ślepe posłuszeństwo, żle pojęty lojalizm [dla przypomnienia, Marszałek Petain przejmował władzę 10 lipca 1940 roku stając na czele Państwa Francuskiego w pełni legalnie, uzyskując prerogatywy od demokratycznie sprawujących swój mandat władz], nie uwzględniający kontekstu historycznego i aksjologii, może być źródłem dramatycznych wydarzeń i wyborów.    
Polskie Święto Niepodległości, upamiętniające odzyskanie niepodległości po 123 latach niewoli, najważniejsze święto narodowe, obchodzone oficjalnie od 1937 roku [z przerwą w latach 1939 - 1989], jest powodem do satysfakcji i dumy, ale zarazem wymaga przyznania, że odrodzenie państwowości nastąpiło raczej na skutek nadzwyczajnie korzystego zbiegu okoliczności na arenie miedzynarodowej, niż własnego wysiłku [jestem świadom obrazobórczego charakteru tych słów]. Polacy w swej masie nigdy nie zrezygowali i nie pogodzili się z brakiem państwowości, ale zarówno dwa wielkie powstańcze zrywy narodowe 1830 i 1863 roku, jak i koncepcje odbudowy państwowości w oparciu o jednego z zaborców, nie przynosiły i nie przyniosłyby upragnionego rezultatu, gdyby nie I Wojna Światowa i Rewolucja Bolszewicka w Rosji, wreszcie gdyby nie przychylność wielkich mocarstw do idei restytucji państwa polskiego. W tym sensie, francuskie zwycięstwo w Wielkiej Wojnie, walnie przyczyniło się do odbudowy polskiej państwowości, zresztą i w Wersalu oraz w okresie wcielania w życie postanowień Konferencji, Francuzi, w dobrze pojętym własnym interesie, byli najlepszymi ambasadorami polskiego interesu narodowego.
Dla mnie poza patetycznym uniesieniem i dumą, 11 Listopada ma także wymiar święta jedności narodowej i warto moim zdaniem zabiegać o taką jego współczesną percepcję. Zachowania Polaków w czasie walki o powrót Polski na mapę świata, są zaprzeczeniem naszych dzisiejszych standardów. Bodaj tylko wtedy w tej skali, Polacy działali razem w dobrej wierze, niezależnie od ostrych, nieskrywanych wewnętrznych antagonizów politycznych, czego symbolem zasadniczy konflikt Piłsudski - Dmowski. Tylko wtedy, kierując się dobrem nadrzędnym, nie etykietowano się, nie "grzebano" w życiorysach, słusznie stawiając cele strategiczne nad partykularyzmami. Czy 11 Listopada współcześnie nie powinien być okazją do powrotu do tych fundamentalnych, ponadczasowych wartości?                  

piątek, 25 października 2013

Wojna futbolowa we Francji?

Francuska federacja piłkarska UCPF, zrzeszająca profesjonalne kluby piłkarskie potwierdziła, że w dniach 29.10. - 2.11.2013 roku, odbędzie się we Francji, zapowiadany strajk klubów piłkarskich pierwszej i drugiej ligi, w proteście przeciwko planom dodatkowych obciążeń fiskalnych, wprowadzanych od nowego roku przez francuski rząd. Strajk ten, skutkujący miedzy innymi odwołaniem wszelkich rozgrywek, przyjęty został przez aklamację przez wszystkie, czołowe kluby francuskie.
Rządzący Francją socjaliści, zdecydowali się na wprowadzenie od 2014 roku 75% podatku od dochodów przekraczajacych 1 mln Euro rocznie. Dotąd spotkało się to ze zdecydowanym sprzeciwem części elit kulturalnych i gospodarczych, co zaskutkowało między innymi decyzjami o emigracji lub przeniesieniu siedziby firm do innych krajów. Teraz do protestu przystępuje środowisko piłkarskie.
Decyzja francuskiego rządu, obliczona na dodatkowe wpływy podatkowe, ale będąca także spełnieniem społecznych, nieco demagogicznych i populistycznych oczekiwań większego egalitaryzmu i solidarności w pokrywaniu kosztów wszechobecnego kryzysu gospodarczego i fiskalnego, formułowanych przez elektorat lewicy, od początku wydaje się być co najwyżej pyrrusowym zwycięstem obozu rządowego. Wpływy podatkowe wcale nie muszą być większe, a ruchy migracyjne ludzi i kapitału, mogą Francji przynieść więcej szkody, niż realnego pożytku. Świadczą o tym choćby francuskie doświadczenia nacjonalizacyjne z początku lat 80 - tych ubiegłego wieku, pośpiesznie korygowane po dwóch latach od ich implementacji. Takie niestety wydają się jednak być realne skutki prymatu polityki nad ekonomiką dla jednych, ideologicznej pryncypialności nad zdrowym rozsądkiem dla innych.
Francuska piłka nożna, na skutek między innymi zagranicznych inwestycji w kluby piłkarskie, zgłasza zasadne aspiracje do odegrania większej niż dotąd roli na piłkarskiej mapie Europy, zdominowanej na dziś przez kluby hiszpańskie, niemieckie, włoskie i angielskie. Wprowadzenie tak rygorystycznej skali opodatkowania powoduje, że francuskie marzenia i sny o potędze w piłce nożnej, stają się nierealne. W piłkarskim świecie, trudno znależć czołowych piłkarzy zarabiających mniej niż 1 mln Euro kwartalnie [o liderach, zarabiających powyżej 1 mln Euro miesięcznie nie wspominając].
Co zatem czeka francuska piłkę nożną? 
Po piewsze, niewątpliwie kombinacje i szukanie "optymalizacji podatkowej", aby zatrzymać największe gwiazdy, występujące we francuskim futbolu klubowym, co może także skutkować rozwojem "szarej strefy" w gospodarce.
Po drugie, poważne jest ryzyko odpływu gwiazd do innych, bardziej liberalnych systemów podatkowych.
Po trzecie wreszcie, na faworyta francuskich rozgrywek wyrasta.... AS Monaco, nie podlegające jurysdykcji francuskiej.
Po czwarte, możliwość odpływu inwestycji zagranicznych ulokowanych we francuskich klubach, najczęściej przez najlepszych, najbardziej hojnych inwestorów arabskich, ze wszystkimi tego, negatywnymi skutkami.  
Otwartym jest pytanie, czy francuscy socjaliści dobrze skwantyfikowali wszystkie ryzyka i konsekwencje swoich planów i nowinek prawnych. Czy demagogiczna w istocie, motywowana nie do końca jak się zdaje racjonalną pryncypialnością ideologiczną krucjata przeciwko najlepiej zarabiającym, leży rzeczywiście w dobrze pojętym interesie francuskiego budżetu i państwa oraz ich beneficjentów. 
Świat znał dotąd jedną wojnę futbolową, z czerwca 1969 roku, na tle meczu eliminacyjnego do Mistrzostw Świata w piłce nożnej, która zakończyła się otwartym konfliktem zbrojnym między Salwadorem, a Hondurasem. Czy polityka francuskich socjalistów doprowadzi do poważnych niepokojów i konfliktów społecznych we Francji, rzecz jasna nie o militarnym charakterze?
Moim zdaniem, strategicznie francuscy socjaliści na konflikcie z francuskimi klubami sportowymi i ich kibicami wyłącznie stracą, w wymiarze finansowym, reputacyjnym, ale i politycznym oraz socjologicznym [preferencje polityczne i wyborcze]. Stanowisko socjalistów w tej sprawie - zresztą kolejnej po kwestii legalizacji małżeństw tej samej płci, z przyznaniem im praw adopcji dzieci - jest w istocie prezentem politycznym dla francuskiej prawicy.
Szkoda, że francuscy socjaliści zapomnieli też o tym, o czym dobrze wiedzieli już starożytni: naród potrzebuje nie tylko chleba, ale i igrzysk.        

czwartek, 24 października 2013

Afera podsłuchowa: kryzys zaufania, kryzys wartości, czy pragmatyczna walka o partykularne interesy?

Trwające od tygodni zamieszanie wokół zakresu i zasięgu inwiligacji amerykańskich służb specjalnych poza granicami USA, po aferze związanej z rewelacjami ujawnionymi przez amerykańskiego agenta Edwarda Snowdena, zostało wzmocnione dziś ujawnionymi podejrzeniami o podsłuchiwanie niemieckiej Kanclerz Federalnej Angeli Merkel. Jak informują europejskie media, zachodzi uzasadnione podejrzenie, że Europejczycy, a również czołowi politycy europejscy, byli także przedmiotem analogicznych, bezprecedensowych działań.
Jeżeli te podejrzenia się potwierdzą, zmierzamy niewątpliwie do ogromnego kryzysu zaufania w relacjach Stanów Zjednoczonych i Europy oraz poszczególnych rządów narodowych. Mam wrażenie, że nie wszyscy zdajemy sobie sprawę z konsekwencji potwierdzenia funkcjonowania procedur podsłuchowych.
Po pierwsze, beneficjentem tej sytuacji będą być może docelowo i w perspektywnie społeczeństwa obywatelskie i demokracja, ale na dziś jest to wyzwanie o dramatycznych skutkach. Symbol zachodniej demokracji, strażnik aksjologii politycznej Zachodu - USA, jeżeli - co warto raz jeszcze podkreślić potwierdzą się enuncjacje prasowe i podejrzenia - dopuścił się szpiegowania władz i obywateli najbliższych sojuszników politycznych i militarnych, ważnych partnerów gospodarczych. To cios w zaufanie i podstawy wzajemnych relacji oraz egzystencji.
Po drugie, to bezprecedensowe zachowanie, rozmija się w zasadniczy sposób z wzajemnymi deklaracjami intencji i tradycjami w relacjach atlantyckich.
Po trzecie, potencjalna, ujawniająca się takim działaniem arogancja władz amerykańskich, uderza w fundamenty relacji i stanowi zagrożenie dla przyszłości szeroko pojętej cywilizacji Zachodu, jest dowodem braku lojalności, który z lubością zostanie wykorzystany przez przeciwników politycznych Europy i USA w świecie, uderzając w reputację i zaufanie do Stanów Zjednoczonych i zachodniej demokracji.
Ta bolesna bulwersująca sprawa, ma jednak także pozytywne strony, stanie się z pewnością przyczynkiem do rewizji nastawienia Starego Kontynentu wobec USA.
Być może, Europa i jej państwa narodowe zrozumieją wreszcie, że czas na powrót do idei gaullizmu: budowy własnej pozycji politycznej i bezpieczeństwa w sojuszu z USA, ale zarazem w oparciu o własną samodzielność i suwerenność polityczno - militarną? Może nadszedł czas rewizji założenia wynikającego z poprawności politycznej i fascynacji Ameryką: blankietowego popierania wszelkich amerykańskich wyborów? Z pewnością jest tak, że to co jest dobre dla Ameryki, nie zawsze jest dobre dla Europy. Wuj Sam, nie zawsze ma i musi mieć rację. Może czas uświadomić sobie, że istnieje niewątpliwie katalog interesów zbieżnych, ale i równie obszerny zakres zdecydowanie rozbieżnych?
W tej nowej konstelacji, szczególna rola, przypada tradycyjnie Republice Federalnej Niemiec i Francji, państwom uważanym zasadnie za liderów Europy.
Z polskiej perspektywy, szkoda, że władze amerykańskie które - jak się zdaje wiedzą wszystko o wszystkim i wszystkich - nie zdecydują się na pomoc w rozwikłaniu Tragedii Smoleńskiej na rzecz polskiego, wiernego, sprawdzonego sojusznika. Wiedza Amerykanów na temat okoliczności naszej najnowszej tragedii narodowej, z pewnością miałaby kolosalne, decydujące znaczenie dla obiektywnego wyjaśnienia jej przyczyn, rzutujących na spójność i nastroje społeczne w Polsce.
Wybory amerykanskiej demokracji, są z pewnością przejawem dbałości o amerykańskie priorytety. Szkoda, że w skomplikowanej sytuacji międzynarodowej, zasadna i zrozumiała dbałość o interesy narodowe nie jest skorelowana z uniwersalną zasadą Hipokrastesa w medycynie: po pierwsze, nie szkodzić.
Mimo wszystko wierzę w demokrację, w jej ponadczasowe wartości i swoistą przewagę konkurencyjną. Wierzę także w europejsko - amerykańską przyjażń i wspólnotę interesów. Podziwiam USA. Zarazem jednak uważam, że nadszedł czas, aby odmrozić zasady gaullizmu w polityce międzynarodowej: bądźmy lojalnymi, przewidywalnymi sojusznikami, nade wszystko jednak pamiętajmy o własnych interesach, mając na względzie fakt, że musimy dbać o własny, europejski potencjał, zdolność do szeroko pojętej samodzielności.    

  
     

poniedziałek, 7 października 2013

Mondializacja inspiracją do odkurzenia spatynowanego marksizmu?

Wszyscy na Zachodzie zasadniczo wiemy czym charakteryzuje się globalizacja/mondializacja, jakie są jej skutki, kto jest głównym jej benificjentem, na czym polega nowy model światowego podziału pracy, będący jej konsekwencją. 
Wiemy, a przynajmniej instynktownie czujemy -  będąc choćby klientami sieci hipermarketów, czy innych sklepów sieciowych - że cena wielu oferowanych produktów, budowana jest przede wszystkim przez nadzwyczajnie niskie koszty pracy, w krajach o tzw. taniej sile roboczej, w których oferowane nam produkty są wytwarzane. Zjawisko to, określane z pozoru neutralnym pojęciem "alokacji miejsc pracy", oznacza w istocie nowoczesną formułę daleko posuniętego wyzysku wobec pracobiorców, w krajach wytwarzania tych dóbr.
Równocześnie, każdy z nas bez mała blankietowo, deklaruje się jako zwolennik zachodniego rozumienia katalogu praw człowieka, percepcji demokracji, społecznego dobrobytu, elementarnej sprawiedliwości społecznej i poziomu konsumpcji.
Pryncypialna dychotomia między wartościami przez nas deklarowanymi i uznawanymi, a wartościami tolerowanymi - kiedy występujemy jako  świadomy konsument, nabywca dóbr wytwarzanych w krajach o niskich kosztach pracy - jest powszechnie wyczuwalna, choć skrzętnie skrywana, w imię poprawności politycznej, utrzymanie własnego komfortu życia, powodując co najwyżej i to tylko u niektórych, przejściowy dyskomfort.           
W sobotnim [5.10.2013] dodatku do "Gazety Wyborczej" przeczytałem wstrząsający tekst Michała Kokota, pod tytułem  "500 dolarów za milczenie". Co najmniej jeden fragment tego artykułu zasługuje na zacytowanie i szersze upowszechnienie: "[...] Najtaniej jest w Bangladeszu i Kambodży.[...] Na koszuli, którą kupujesz za 69,95 zł, najwięcej zarabia sklep - 34,50 zł, 23 zł to zysk marki, której logo doszyła azjatycka szwaczka, za każdą koszulę dostająca 50 gr. Na końcu łancucha jest zbieracz bawełny, który zgarnia ledwie 5 gr. Fabryka dostaje za koszule 8 zł, a 3,45 zł kosztuje transport z Azji do Europy [...]. Warunki życia przeciętnej szwaczki: cztery osoby w pokoju o wielkości 9 m2, 1500 kalorii dziennie, miesięczna pensja - ok 60 Euro, praca od świtu do nocy [...]".
W Europie takie warunki pracy i płacy, gdyby występowały powszechnie, a nie incydentalnie, byłyby absolutnie nie do pomyślenia i zaakceptowania, stałyby się nieuchronie zarzewiem buntu społecznego.
Chwila refleksji nad tym jak urządzony jest współczesny świat, zmuszać winna nas nie tylko do konstatacji głębokiej, społecznej niesprawiedliwości, poczucia wstydu, a zarazem satysfakcji, że urodziliśmy sie i żyjemy w innym świecie. Musi także wywołać w każdym z nas dwa fundamentalne wnioski:
1. Wielkie migracje, których jesteśmy świadkami, są ryzykowną, czasami tragiczną [jak choćby wstrzasające, ostatnie wydarzenia wokół włoskiej Lampedusy], nieuchronną wyprawą do wielowymiarowego dobrobytu, normalności, podejmowaną przez zdesperowanych ludzi. Są też prawdopodobnie ledwie preludium tego co czeka nas w przyszłości.
2.  Świat stoi przed dramatycznym wyborem dualnej konwergencji: albo syty Zachód zdegraduje się stopniowo i ewolucyjnie do roli zbliżonej do położenia dzisiejszych "krajów taniej siły roboczej", co jest z pewnością nieakceptowalne społecznie na Starym Kontynencie, albo ten sam Zachód samoograniczając się nieco, świadomie stymulował będzie szeroko rozumiany awans cywilizacyjny tych obszarów, celem zmmniejszenia dysproporcji rozwojowych między bogatymi i biednymi. Działanie to, nie jest wcale formą pomocy humanitarnej, jest wyrazem strategicznej dbałości o dobrze pojęte własne interesy. Nie trzeba mieć zbyt bujnej zdolności do abstrakcyjnego myślenia, aby oczami wyobraźni zobaczyć sprzęt pływający, w którym płyną do Europy Hindusi, Pakistańczycy, mieszkańcy Bangladeszu dla przykładu i to jedynie na początek.....
Alternatywną dla świadomego, odpowiedzialnego zachowania Zachodu jest katastrofa humanitarna o niewyobrażalnych rozmiarach lub... powrót do najbardziej radykalnej formuły marksizmu, z przemocą rewolucyjną i buntem rewindykacyjnym biednych wobec bogatych, nawet relatywnie bogatych. W stosunku do "złotego okresu" wpływów marksizmu w przeszłości, wspólczesne jego mutacje mają jedną zasadniczą przewagę; dzięki mediom elektronicznym, świadomość klasowa z poczuciem krzywdy i wskazaniem jej źródeł włącznie, jest na wielu obszarach współczesnego świata znacząco wyższa niż nigdyś. Warto o tym pamiętać. To jest prawdziwe wyzwanie, nie tylko  dla Pierre'a, Peter'a, ale także Piotra.            
             

czwartek, 3 października 2013

"Obcy patriotyzm" współcześnie.

Generał Charles de Gaulle, w odniesieniu do komunizmu i jego wpływów w społeczeństwie francuskim po zakończeniu II Wojny Światowej, używał pojęcia "obcy patriotyzm". Jest faktem bezspornym, że Francuska Partia Komunistyczna, zasadnie nazywana "Partią Rozstrzelanych" [w latach Drugiej Wojny zginęło we Francji 75 tys. członków tej partii, przypomnijmy we Francji skażonej kalaboracją Vichy, Francji której Wolni Francuzi de Gaulle'a uratowali honor!!!], cieszyła się ogromnym poparciem społecznym [w wyborach parlamentarnych, w listopadzie 1946 roku uzyskała 27% głosów, stając się pierwszą partią polityczną Francji]. De Gaulle nie odmawiając francuskim komunistom historycznych zasług, swoistej francuskiej pryncypialności, wskazywał zarazem na obce kulturze i  tradycji francuskiej wzorce oraz standardy i cele polityczne tej formacji, tego ruchu politycznego.
We współczesnej Europie, też mamy do czynienia z pewnością ze zjawiskiem, które może być określane mianem "obcego patriotyzmu", jego konotacja zależna jest jednak niewątpliwie nie tylko od wyznawanej aksjologii, ale i stosunku do poprawności politycznej.
Dla wielu mediów, zwolenników etykietyzacji politycznej, ułatwiającej - na drodze stereotypów - walkę polityczną z przeciwnikami, kluczowym przejawem "obcego patriotyzmu" jest prawica narodowa, nazywana często "ekstremalną", "skrajną", "radykalną" z jednej strony, z drugiej zaś populizm i inne formy radykalnej lewicowości. Abstrahując od faktu, że ów radykalizm, zwłaszcza prawicowy, stale zyskuje na poparciu społecznym w Europie, czego dowodem choćby wybory parlamentarne w Austrii, z ostatniej niedzieli [Austriacka Partia Wolności - FPOe, uzyskała 22,4% głosów], od czasów Rewolucji Francuskiej, europejska scena polityczna, odnotowuje z różnym natężeniem - będącym konsekwencją sytuacji społeczno - politycznej - istnienie formacji politycznych, które rządząca wiekszość określa mianem "skrajnej prawicy", lub "radykalnej lewicy". Kto nie wierzy, kto nie przyjmuje do wiadomości, że prawica narodowa jest trwałym elementem europejskiego krajobrazu politycznego, dysponującym spójnym programem politycznym - który można co prawda różnie oceniać - temu polecam szeroką literaturę w tym zakresie [w Polsce choćby znakomitą pracę Jacka Bartyzela "Umierać, ale powoli" O monarchistycznej i katolickiej kontrrewolucji w krajach romańskich 1815 - 2000, Wyd. Arcana. Kraków]. W konsekwencji, moim zdaniem, w moim głębokim przekonaniu, prawica narodowa nie jest we współczesnej Europie przejawem "obcego patriotyzmu", jest trwale obecnym, legalnym, a dziś w przeważającej części także demokratycznym nurtem politycznym, odwołującym się do tradycyjnego katalogu wartości, obstającym przy prymacie interesów i wartości narodowych.
"Obcym patriotyzmem" nie jest też z pewnością nasilająca się aktualnie w Europie "niechęć do obcych", mająca wyraźne podłoże ekonomiczne i kulturowe, będąca konsekwencją ostatecznego bankructwa lansowanej przez dekady koncepcji "wielokulturowego społęczeństwa", czy też "kreolizacji Europy". Historia Starego Kontynentu, zna bardziej radykalne niż dziś przejawy wrogości wobec innych, obcych, w aspekcie rasy, religii, pochodzenia. 
Katalog postaw i zachowań, które niewątpliwie nie są dziś przejawem "obcego patriotyzmu" - mimo usilnych dążeń niektórych ośrodków opiniotwórczych i przedstawicieli niektórych formacji politycznych - można by budować jeszcze długo. Zasadnicze jest jednak inne pytanie: co zatem jest dziś, w Europie "obcym patriotyzmem"?
Wydaje się, że zwłaszcza dwa zjawiska zasługują na wyrażne nazwanie i pejoratywną ocenę: 1]. ortodoksyjna globalizacja, 2]. odpodmiotowienie społeczeństwa obywatelskiego, z jednoczesnym zawłaszczeniem przestrzeni publicznej przez oligarchie partyjne.
Globalizacja/mondializacja, lansowana długo jako zbawienna droga do powszechnego dobrobytu i wolności na drodze konwergencji, praktyczna metoda na wyrównywanie szans, otwarcie rynków, stała się w istocie instrumentem nowego ładu światowego, z pragmatycznym, skutecznym prymatem bezwzględnego kapitału międzynarodowego, teraz już niczym nie limitowanego, nie podlegającego społecznej kontroli, pozbawionego często zdolności do myślenia i postrzegania rzeczywistości w kategoriach dobra wspólnego, wartości społecznych, redukującego rzeczywistość do wymiaru wyniku finansowego - co istotne - nierzadko z pogwałceniem praw człowieka i fundamentalnego katalogu społeczeństw demokratycznych. Ortodoksyjna globalizacja, sprowadzająca dziś rolę pracobiorcy do "zbędnego kosztu", podejmująca decyzje o alokacji kapitału wyłącznie z perspektywy i motywów maksymalizacji zysku, bez względu na koszty społeczne i zagrożenia demokracji, to moim zdaniem w wymiarze międzynarodowym najbardziej grożny, prawdopodobnie potencjalnie najbardziej brzemienny w skutkach w przyszłości, przejaw "obcego patriotyzmu".
Nie mniej poważnym zagrożeniem, jest postępujące odpodmiotowienie społeczeństwa obywatelskiego, sprowadzanego - niezależnie od oficjalnych deklaracji - do roli mięsa wyborczego, z jednoczesnym całkowitym zawłaszczeniem państwa przez oligarchie partyjne. Zawłaszczenie państwa, to nowoczesna formuła uwłaszczenia klasy politycznej. Coraz trudniej już dziś uwłaszczyć się na majątku narodowym, można natomiast próbować dyskontować dla korzyści osobistych, bądź określonej grupy, choćby prerogatywy w zakresie stanowienia prawa. Jest to tym istotniejsze, że formuły demokratyczne w aktualnych warunkach, niosą za sobą realne zagrożenie cyklicznej wymiany elit politycznych, czego świadomość staje się często główną motywacją, motorem podejmowanych decyzji politycznych, w tym o legislacyjnym charakterze.
Mając powyższe na względzie, miejmy świadomość zagrożeń i  zdecydowanie brońmy się przed "obcymi patriotyzmami" XXI wieku: ortodoksyjnym globalizmem i nasilającym się odpodmiotowieniem społeczeństwa obywatelskiego.