poniedziałek, 31 grudnia 2018

Od "żółtej koszulki", po autobus z napisem: "koniec wyścigu"?

     Dzisiejszy Sylwester - oby dla wszystkich i wszędzie radosny - kończy czas świąteczo - noworocznej kanikuły. Zewsząd płyną życzenia, wszędzie słuchać podsumowania....
W przepełnionym konsumpcjonizmem świecie Zachodu, powszechne jest uniwersalne życzenie, aby nadchodzący rok był lepszy od poprzedniego, oparte na przekonaniu, że istotą ewolucji, która jest naszym udziałem, jest wszechobecny postęp, we wszystkich dziedzinach, w życiu jednostek i grup społecznych.
We Francji - jak niegdyś budzacy się ruch protestu wobec socjalistycznego etatyzmu, w państwach realnego socjalizmu - powstały ad hoc, dzięki mediom elektronicznym, ruch "żółtych kamizelek", budzi stosunkowo małe zainteresowanie, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Traktowany jest jakże często jako efemeryda, anarchizujący ruch niezadowolonych, luźny związek tych, którym się w życiu nie udało. A szkoda, bo moim zdaniem ten nowy ruch, symbolizuje coś od dawna nie widzianego w "starych" demokracjach. Uważam "żółte kamizelki" za symbol kryzysu zglobalizowanej gospodarki, rozwiniętych społeczeństw, które nie są w stanie - póki co - sformułować i skutecznie zbudować strategii, a potem wdrożyć programu, odpowiadających na potrzeby współczesnego świata, w którym postępowi naukowo - technicznemu, zdolnościom kapitałowym do implementacji jego wyników, nie towarzyszy społeczna rozwaga i szerokie horyzonty decydentów, świadomość kierunku, w którym razem idziemy. Jesteśmy u progu masowej eksplozji sztucznej inteligencji, nie potrafimy jednak zarazem powiedzieć większości pracowników najemnych co z nimi, zarysować ich przyszłości, zdefiniować w którą stronę zmierzamy. Równocześnie, ze strony wielkiego kapitału, brak odwagi do zakomunikowania ludziom, że względny okres prosperity na Zachodzie, to już pieśń przeszłości, że czas na wyrzeczenia i ograniczenia, świadome i wymuszane presją rozwojową innych.
Francuski ruch " zółtych koszulek" to ledwie przyczółek, prekursor tego, co czeka nas wszystkich, głównie w Europie. Już przyszły rok wyborczy, pokaże a przede wszystkim potwierdzi, przewidywaną i zapowiadaną od dawna, radykalną zmianę nastrojów społecznych, z preferencją dla tych, którzy jeszcze nie rządzili, którzy zapowiadają większą troskę o problemy i przyszłość przeciętnego człowieka. Odrębnym pytaniem jest kwestia realności tej alternatywy.
W Polsce, w której dominuje etos mitu doganiania Zachodu we wszystkich płaszczyznach, nie ma co prawda na dziś formacji "żółtych kamizelek", ale nie sposób wykluczyć, że powstanie silnych ruchów kontestujących obecny porządek społeczny, to tylko kwestia czasu. Priorytety i aksjologia mogą być co prawda przejściowo nieco inne, ale stan nastrojów społecznych w Polsce, jest wcale nie istotnie lepszy jak we Francji. Brak szeroko pojętej stabilności i perspektyw, katastrofalny brak zaufania do państwa i jego instytucji, rozdarcie ideowe, powszechne przekonanie o niskiej jakości elit politycznych, to także niestety nasza codzienność. Stan ten jest na razie tonowany i rozbrajany propagandowymi fajerwerkami, których kruche fundamenty tworzą: polski mesjanizm i koncepcja predestynacji. My ciągle wierzymy, że sojusz z USA ma charakter obustronnie blankietowy, że naszym przeznaczeniem są rzeczy wielkie. Ten rok okrasiły zresztą jeszcze dodatkowo obchody 100 lecia restytucji polskiej państwowości, które wzmocniły polską wiarę w nasze szczególne przeznaczenie i przekonanie, że wszystko zawdzieczamy sobie, szeroko eksponowane nasze miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, wreszcie światowa konferencja klimatyczna w Katowicach. Władze polityczne ulegając w istocie leninowskiej zasadzie prymatu polityki nad ekonomiką, dla doraźnych korzyści politycznych, tak prowadzą sprawy publiczne, że sformułowanie związek przyczynowo - skutkowy, w pozytywnym znaczeniu tego terminu traci sens, a ryzyko destabilizacji ekonomicznej, prawdopodobne bardziej niż kiedykolwiek w Polsce, po 1989 roku. Za współczesną formę zgubnego i anachronicznego partyjniactwa, za brak myślenia i działania w kategoriach polskiej racji stanu, zapłacimy z pewnością szybciej, czy póżniej niestety wszyscy.....
We Francji i w Polsce, wyraźne odczuwalne jest społeczne zapotrzebowanie na ożywczy powiew nowych idei, oby demokratycznych i pokojowych. Aż nadto wyczuwalne jest oczekiwanie na stabilność, normalność, przewidywalność, a także ład i porządek. Widać także wyraźnie kryzys idei i brak autentycznych liderów, mających poparcie społeczne, ale także posiadających znacznie coś więcej: społeczny autorytet i charyzmę. Jak pokazuje przykład Francji, generacyjna wymiana elit, to niestety stanowczo za mało, biorąc pod uwagę uwarunkowania i wyzwania. Istnieje wyraźny sentyment do tego co nowe i resentyment, do tego, co zapewni spokój i ład, w rozumieniu bezpieczeństwa oraz przewidywalność.    
Jestem z pokolenia, dla którego żółta koszulka budzi pozytywne skojarzenia, jest synonimem sukcesów kolarskich Ryszarda Szurkowskiego, czasów, w których Wyścig Pokoju budził powszechne emocje i zainteresowanie. Znam także konotację towarzyszącego wyścigom kolarskim autobusu z napisem: "koniec wyścigu", którego pasażerami byli kolarscy maruderzy. Czekam zatem na tych, na ruch, formację polityczną, którego liderzy i partycypanci, udźwigną ciężar noszenia żółtej koszulki, będą autentycznymi liderami, nie tylko na jeden etap, ale na cały wyścig. Tęsknię za tymi, którzy wiedzą jak unikać autobusu dla maruderów.
Europa, świat Zachodu, potrzebują ożywczej idei, zrozumiałej i szeroko akceptowalnej, rozpisanej na praktyczne działania osadzone w czasie, podlegające stałemu społecznemu monitoringowi i mechanizmom korygującym. Potrzebujemy świadomosci i pewności, że wyłaniane w demokratycznym trybie elity polityczne, mają kompetencje i moralne kwalifikacje, są zdolne do przewodzenia i moderowania, a zarazem budowania szerokich koalicji społecznych, dla urzeczywistnienia nieuchronnych, częstokroć kosztownych społecznie zmian.  
Przygotowując się do Nowego Roku, życzę nam wszystkim, abyśmy w zdrowiu i szczęściu - ono jest także niezbędne - doczekali liderów, będących zasadnie zasłużonymi depozytariuszami żółtych koszulek, którzy oszczędzą nam roli pasażerów autobusu z napisem "koniec wyścigu", aspirantów do roli maruderów. Czekam na przewidywalną przyszłość, deklarując zarazem gotowość osobistej partycypacji, wszak bez niej nie ma mowy o sukcesie, w każdym wymiarze.        
            

poniedziałek, 3 grudnia 2018

"[...] Francuzi są bardziej świadomi wymagań współczesnego świata, niż ich rządzący [...]". Naprawdę?


       Protesty społeczne we Francji, w ostatnich dniach, to znacznie coś więcej niż tylko chuligańskie wybryki wandali - nie wiadomo zresztą, czy conajmniej w części nie prowokowane - do których chciałyby je sprowadzić poprawnie polityczne media. Odcinając się rzecz jasna stanowczo od towarzyszących niestety protestom burd i zniszczeń, konfrontacji z siłami porządkowymi, trzeba na wspomniane protesty patrzeć szerzej, widząc nade wszystko kontekst społeczny i polityczny.
Urzędujący Prezydent Republiki Francuskiej E. Macron, w swojej książce "Revolution" (Wyd. XO., Paris 2016, wydanie polskie: "Rewolucja",wyd. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018), będącej w istocie manifestem programowym prezydenta, zawarł wiele tyle ciekawych, co kontrowersyjnych tez, weryfikowanych także przez obecne wydarzenia.
Między innymi, zdaniem E. Macron'a, we współczesnej Francji, a szerzej w rozwiniętym świecie, nie ma miejsca dla klas ludowych (les classes populaires), na skutek postępującej transformacji społecznej, globalizacji i rewolucji technologicznej. Hipoteza to swego czasu modna, odważna , ale raczej życzeniowa, niż wynikająca z realnej oceny sytuacji społeczno - politycznej., zasługuje na rozważenie. Zmierzch klasy robotniczej w klasycznym, marksistowskim rozumieniu, nie oznacza bowiem bynajmniej kryzysu kategorii "pracownicy najemni". Pracowników najemnych jest zdaje się coraz więcej, choć są oni faktycznie wewnętrznie poważnie zróżnicowani, w aspekcie poziomu życia, wykształcenia, perspektyw. Gdyby jednak nawet przyjąć, że E. Macron miał i ma rację, to kto w sensie socjologicznym, protestuje we współczesnej Francji, jeżeli nie pracownicy najemni? Klasa średnia, imigranci, rzemieślnicy, przedstawiciele wolnych zawodów?
Moim zdaniem, protestują po prostu niezadowoleni, niezależnie od przynależności do grup społeczno - zawodowych, rodowodu, religii, preferencji politycznych i innych kryteriów etykietyzacji. Niezadowoleni ze stanu spraw publicznych, z braku perspektyw, zawiedzeni przez elity polityczne, oszukiwani ciągłą prolongatą nadziei i oczekiwań. Na dziś niezadowoleni nie są zorganizowani, a w konsekwencji, nie stanowią dla władzy partnera do rozmów, stąd zresztą takie usilne próby zawłaszczenia tego protestu przez polityków wielu opcji.
Ostatnie wydarzenia potwierdzają też dobitnie, że nadmiar obietnic wyborczych, zwłaszcza nierealnych nie tylko szkodzi, ale zarazem stanowi poważne zagrożenie dla demokracji. Budząc bezpodstawne nadzieje, może czasowo - niczym opium - uśmierzać ból, ale jednocześnie zwielokrotnia prowdopodobieństwo wybuchu niezadowolenia społecznego, wykraczające poza ramy społeczeństwa obywatelskiego. Protesty we Francji, to także dowód na rozmijanie się percepcji i aksjologii elit, z analogicznymi społeczeństwa, zwłaszcza tej jego mniej zaradnej, czy odnoszącej mniejsze życiowe, a może zawodowe sukcesy części.
W przywoływanej już książce E. Macron'a, znależć można także odpowiedzi, recepty, swoiste remedium, na protest "żółtych kamizelek", bo nie nazywałbym tego jeszcze rewolucją. Tytułem przykładu:

1). "[...] Na tę transformację nie możemy odpowiedzieć przy pomocy tych samych ludzi i tych samych idei, wyobrażając sobie, że można wykonać krok wstecz, myśląc, że wystarczy naprawić lub dostosować nasze struktury [...]";

2). "[...] Wszyscy musimy wyjść poza nasze przyzwyczajenia [...]"

I jeszcze jedno: celny moim zdaniem tytuł mojego dzisiejszego posta, przywołany cytat, też pochodzi z książki "Rewolucja". Czyżby to były w istocie prorocze słowa? Jeżeli tak, to jakie wnioski z obecnych wydarzeń wyciągną francuskie elity? A może nie tylko francuskie?

          

niedziela, 25 listopada 2018

"Żółte kamizelki" pokazują czerwoną kartkę?

     Francja, jest w ostatnich dniach areną gwałtownych protestów społecznych, w związku z rządowymi planami podniesienia akcyzy na paliwa, od stycznia 2019 roku (akcyza na benzynę ma wzrosnąć o 15%, na ON o 23%), co w oczywisty sposób przeniesie się na cenę końcową paliwa na stacjach benzynowych (dodajmy już i tak koszmarnie drogiego, olej napędowy we Francji podrożał w ciągu ostatnich 12 miesięcy o 23%, przekraczając ostatnio cenę 1,50 Euro za litr). Plany te co zrozumiałe, spotkały się z protestami kierowców, którzy na czas protestów ubierają obowiązkowe we Francji na wyposażeniu samochodu żółte kamizelki, stąd taka konotacja uczestników akcji.
Rzecz jasna wystąpienia społeczne przyjęły gwałtowną formę, co uruchomiło natychmiast proces etykietyzacji protestów, które rzekomo sprowokowała prawica narodowa (Front Narodowy Marine Le Pen).
Niezależnie od prawdziwych intencji rządzących, którzy podwyżki uzasadniają kwestią dbałości o środowisko naturalne, przedstawiając je jako instrument walki o zmiany preferencji w tym zakresie, zwłaszcza z użytkownikami silników diesla. Nie rozstrzygając, kto politycznie jest moderatorem obecnej fali niepokojów, a kto ich beneficjentem, decydentom i komentatorom umyka się zdaje istota problemu.
Na dziś Francuz  - ale zawężanie tego problemu do granic narodowych, wydaje się być błędne - po raz kolejny daje wyraz swojej frustracji kierunkiem zmian i brakiem szeroko pojętych, życiowych perspektyw.
Triumf globalizacji/mondializacji, oznacza zarazem koniec społeczeństwa jakie dotąd znaliśmy, z jego aksjologią, atrybutami. Do niedawna, pracownik najemny sądził, że rząd narodowy jest władny czynić wszystko, a polityczna lewica, zapewni kontrolę nad interesami pracowników najemnych. Etatyzacja wszystkiego co możliwe z jednej strony, z drugiej zaś pragmatyzm polityczny lewicy, jej udział w szeroko pojętych fruktach etatyzacji, na tle nieuchronności globalizacji  i osadzony w jej realiach spowodował, że europejski pracownik najemny stracił obiektywnego reprezentanta, czując się coraz cześciej mięsem armatnim, na wojnie wyborczej politycznych elit. Skoro tak, skoro dotychczasowa polityczna organizacja i reprezentacja/emanacja tej grupy społecznej stała się dysfunkcjonalną (miarą tego gasnące poparcie dla tradycyjnej lewicy w "Starej Europie"), rolę animatora, organizatora i wyraziciela interesów pracowników najemnych, przejmują formacje skrajne, lub dochodzi do mniej czy bardziej udanych prób samoorganizacji, czego dowodem aktywność i cele "żółtych kamizelek".
Europa Zachodnia, a szerzej europejska demokracja, stają dziś przed determinizmem utrzymania poziomu życia obywateli, co z wielu powodów (choćby wydłużenia długości życia, kosztów procedur medycznych, mitu państwa dobrobytu, wzrostów kosztów bezpieczeństwa etc.), wymaga coraz większych nakładów, czytaj obciążeń podatkowych, w celu wygenerowania środków na obiektywnie coraz droższe państwo. Z drugiej zaś strony, powszechne i skądinąd zrozumiałe jest społeczne oczekiwanie status quo w aspekcie poziomu i jakości życia, wyrażane w czasie drastycznego spadku konkurencyjności europejskiej gospodarki, na tle współczesnych liderów kosztowych (głównie, choć nie tylko Chin). Prawie każdy Europejczyk chce dziś kupować tanio, co oznacza przenoszenie aktywności gospodarczej do wspomnianych liderów kosztowych, co leży zresztą w interesie zorientowanego wyłącznie na zysk wielkiego kapitału, spotykając się z jego blankietową aprobatą, a jednocześnie prawie każdy wspomniany Europejczyk, oczekuje zachowania własnej siły nabywczej oraz przywilejów, zwłaszcza o socjalnym charakterze. Co istotne, narodowe państwo, dysponuje coraz bardziej iluzorycznymi atrybutami, pozwalającymi na działania korygujące w przedmiotowej sprawie.
Rozwiązanie tej kwadratury koła, obiecuje każda nowa, aspirująca siła polityczna, w każdej elekcji, na etapie zabiegania o wyborcze poparcie. Po wyborcza rzeczywistość, stan finansów publicznych, a czasami po prostu rachunek powoduje, że obietnice stają się iluzją, a w konsekwencji pojawia się dramatycznie rażąca kwestia wiarygodności władzy politycznej, która - jakże często - składa obietnice bez pokrycia, co jedynie nakręca społeczną frustrację. Rozwiązaniem byłoby z pewnością samoograniczenie obietnic, tylko że bez nich nie da się wygrać wyborów i, a najlepiej jednocześnie, ograniczenie kosztownych przywilejów, to jednak z kolei stanowiłoby uderzenie w bazę wyborczą i skończyłoby się z pewnością elekcyjną klęską.
Co zatem robić?
Edukować, uświadamiać społeczeństwo i mniej obiecywać, recepta zdaje się prosta, tylko kto to zrobi? Ci, którzy z polityki żyją, dla których polityka jest zawodem? Wątpię. A jakie będzie stanowisko marketingowców, rozbudowujących coraz to nowe, coraz częściej nikomu nie potrzebne i całkowicie nieprzydatne potrzeby? Czy jako społeczeństwo możemy egzystować świadomie i szczęśliwie? Czy jesteśmy gotowi na świadome samoograniczenie?    
     
    
   

piątek, 23 listopada 2018

Segolene Royal - czyżby królewski powrót?

       Segolene Royal, to bez wątpienia jedna z ciekawszych postaci współczesnej, francuskiej sceny politycznej. Znakomicie wykształcona (absolwentka ekonomii na Uniwersytecie Nancy II, paryskiego Instytutu Nauk Politycznych, a wreszcie prestiżowej Ecole National d'Administration - promocja Voltaire 1980 r., razem między innymi z Dominique de Villepin - znawcą Napoleona, póżniejszym premierem i szefem francuskiego MSZ i ...Francois Holande, prywatnie wieloletnim partnerem, ojcem czwórki ich dzieci, a w latach 2012 - 2017 Prezydentem Republiki), posiadająca wielowątkowe doświadczenie polityczne (przez dziesięć lat, od 2004 do 2014 roku Prezydent Regionu Poitou Charentes, w latach 2014 - 2017 Minister Środowiska i Energii we francuskim rządzie), swego czasu jedna z czołowych postaci francuskiej Partii Socjalistycznej, z rekomendacji której kandydowała bez powodzenia, w wyborach prezydenckich 2007 roku.
S. Royal zna znakomicie smak sukcesu, ale i gorycz porażki oraz zdrady, zarówno w życiu prywatnym (choćby w relacjach z F. Hollande'm), jak i w działalności publicznej (przegrana w wyborach parlamentarnych 2012 roku, na skutek między innymi intryg partnerki życiowej ówczesnego Prezydenta Republiki - Valerie Trierweiler, które znalazły podatny grunt w kierownictwie P.S.).
Dziś, kiedy francuski system partyjny podlega erozji i istotnej dekompozycji, kiedy tradycyjne formacje polityczne i ich oferta programowa są coraz mniej atrakcyjnie, tracąc posłuch społeczny, w kontekście zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, liderzy tacy jak S. Royal, z taką marką i reputacją, stają się we Francji dobrem deficytowym. Zauważyło to nawet szefostwo Partii Socjalistycznej, które widziałoby Segolene Royal, jako lidera listy partyjnej w wyborach europejskich. Dla francuskich socjalistów, dla których nadchodząca elekcja może być prawdziwą cezura istnienia w obecnej formule, S. Royal może być przysłowiową "deską ratunku" przed ostateczną marginalizacją.
Co na to wszystko sama zainteresowana?
Po pierwsze, ogłosiła że nie jest zainteresowana firmowaniem P.S, w wyborach europejskich. Na dziś, dokonując rzetelnej analizy francuskiej sceny politycznej i źródeł ewolucji preferencji wyborczych Francuzów, S. Royal sonduje możliwość budowy nowej formacji politycznej, opartej na swoistym synkretyźmie rodzajowym, między szeroko pojętą lewicowością, a ekologią. Ta diagnoza może być słuszna, a tym bardziej skuteczna we współczesnej Francji, tkwiącej w politycznym klinczu, między bezideowym pragmatyzmem ugrupowania prezydenckiego Emmanuel'a Macron'a, a ideowym prymatem Frontu Narodowego i skrajnej lewicy.
Po drugie, wielu Francuzów szukając alternatywy politycznej, gotowych jest rozważyć projekt S. Royal, z uwagi na inne rozłożenie akcentów i inny język dyskursu politycznego (tytułem przykładu, jeden z ostatnich bon motów S. Royal: " seksizm i rasizm, żywią się tym samym obskurantyzmem").
Po trzecie, osobista droga życiowa i polityczna S. Royal, także jest elementem podnoszącym jej społeczną atrakcyjność dla potencjalnego elektoratu: wykształcona, dojrzała życiowo i doświadczona politycznie kobieta, matka czwórki dzieci, wielokrotnie zdradzona, a zarazem nie szukająca odwetu w życiu publicznym, zainteresowana działalnością dla dobra wspólnego, nie uwikłana w rozmaite afery.
Segolene Royal ogłosiła ostatnio, że ostateczną deczyzję co do swojej politycznej przyszłości podejmie w styczniu 2019 roku. Osobiście sądzę jednak, że  ten czas potrzebny jest nie na decyzję czy kandydować do Parlamentu Europejskiego i w jakiej potencjalnie formule, ale do sondowania poparcia społecznego dla nowego projektu polityczego, pod kątem przyszłych wyborów prezydenckich we Francji. Jeżeli potwierdzą się ekstrapolacje, w myśl których w znacznym uproszczeniu, lewicowo - ekologiczny pomysł S. Royal, cieszy się rosnącym społecznym poparciem, droga do Pałacu Elizejskiego stanie otworem. Wszak Francja nie miała jeszcze nigdy kobiety  - Prezydenta Republiki. Może czas na drugą, tym razem udaną próbę Segolene Royal?
Jakie wnioski z casusu Pani S. Royal można wyciągnąć dla nas, we współczesnej Polsce? Nawet w czasie plemiennej wojny politycznej, której nasz kraj jest obecnie areną, warto mieć kręgosłup, warto mieć zasady. Warto być wiernym i wiarygodnym, nie ulegać pokusie rewanżyzmu, kupczenia poparciem i mandatami, na dowolnych szczeblach władzy. Warto nie tracić zdolności patrzenia codziennie w lustro i oglądania własnego oblicza bez obrzydzenia. W życiu codziennym i w polityce.           

   

czwartek, 22 listopada 2018

Ferdinand Foch - refleksje nad polską biografią Marszałka.


         Miałem okazję w tych dniach zapoznać się z treścią, pachnącej jeszcze farbą drukarską, polskiej biografii Marszałka Focha ("Ferdinand Foch. Marszałek Trzech Narodów". Lublin 2018), której autorem jest znany i uznany autorytet - emerytowany prof. UMCS w Lublinie, Wiesław Śladkowski, autor między innymi biografii Georges'a Clemenceau ("Stary Tygrys" Georges Clemenceau. Wyd. Łódzkie. 1988). Edycja książki, przypadająca na 100 lecie zakończenia Wielkiej Wojny 1914 - 1918, będącej dla Francuzów źródłem uzasadnionej dumy, a zarazem definiującej na generację stosunek tychże do wojny, a jednocześnie setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, musi w naturalny sposób skłaniać do szerszej refleksji.
Niewątpliwie postać Ferdinanda Focha należy zasadnie do spiżowych postaci historii Francji, ale historyczna rola Marszałka, zwłaszcza dla ukonstytuowania ładu europejskiego po I Wojnie Światowej, dalece wykracza poza granice kraju galijskiego koguta. Czytając przywołaną lekturę, warto mieć to wskazanie na uwadze, warto percepcję historii Europy widzieć szerzej, niż tylko biografia - skądinąd ciekawa i pouczająca - F. Focha.
Prowadząc dziś rocznicowe dyskusje i rozważania o źródłach oraz okolicznościach ponownego pojawienia się Polski na mapach politycznych w 1918 roku, podnosząc kwestie geniuszu Marszałka Piłsudskiego, heroizmu narodowego, odwołując się do polskiego mesjanizmu i predestynacji narodowej, warto nie tracić w percepcji znaczenia przychylności ówczesnych mocarstw, z Francją na czele, dla dzieła restytucji polskiej państwowości.
Czy młoda polska państwowość w 1918 roku ostałaby się, a II Reczypospolita miałaby szanse przetrwać, gdyby nie zaplecze przemysłowego Górnego Śląska - drugiego zagłębia przemysłowego ówczesnej Europy, o który toczyliśmy pryncypialny spór z Niemcami? Spór zresztą demokratycznie przegrany (dla przypomnienia, Polska przegrała Plebiscyt w marcu 1921 roku, 59,6% mieszkańców Górnego Śląska opowiedziała się za przynależnoscią państwową do Niemiec), którego losy odwrócili Górnoślązacy w III powstaniu Śląskim, dla którego francuska życzliwość, by nie powiedzieć przychylność, w postaci stanowiska francuskich wojsk rozjemczych stacjonujących w okresie Plebiscytu na Śląsku, miała kluczowy charakter?
Czy jedyne wygrane polskie powstanie: Powstanie Wielkopolskie 1918 roku, byłoby istotnie wygranym, a Wielkopolska trafiłaby w konsekwencji w granice odrodzonego państwa polskiego, stając się spichlerzem dla wygłodzonego kraju, gdyby nie wsparcie Francji i osobista interwencja Marszałka F. Focha, która udaremniła niemiecką interwencję zbrojną w zbuntowanej prowincji?
Czy polska państwowość ostałaby się w okresie krytycznej sytuacji na froncie wschodnim w wojnie z bolszewicką Rosją, bez dostaw francuskiej broni, w lipcu 1920 roku, bez ówczesnego fizycznego i wojskowego wsparcia Francji, przy transportach zaopatrzeniowych realizowanych przez Gdańsk (na rozkaz Marszałka Focha, francuska armia siłą przełamała blokadę portu gdańskiego i strajk dokerów gdańskich, a francuscy marynarze sami rozładowywali pomoc dla walczącej i głodującej Polski)?
Wierząc w narodowy geniusz, ufając w nasze narodowe przeznaczenie do rzeczy wielkich, warto abyśmy zarazem ponad generacyjnie, miedzy pokoleniowo, pamietali o tym, co zawdzięczamy mocarstwom, w okresie odbudowy państwa polskiego, przede wszystkim zaś Francji. Sprowadzanie wszystkiego do stwierdzenie, że taka polityka Francji, to efekt francuskiej racji stanu, francuskiego interesu narodowego, opartego wówczas na prymacie osłabiania Niemiec, jest zbyt daleko idącym uproszczeniem. Dla równowagi warto też pamiętać, że Wlk. Brytania i Włochy, z takiego samego interesu narodowego preferowały wówczas.... Niemcy.
Wracając do przywołanej książki, ma ona zdecydowanie walor porządkujący, co nie osłabia bynajmniej jej wartości poznawczej i edukacyjnej. Gdybym miał wskazać mankamenty, to istotnym jest w mojej ocenie brak bibliografii i przypisów odwołujących się do źródeł. Subiektywnie - choć mam świadomość suwerennego prawa autora do takiej narracji - brakuje mi też większej dozy emocji, przy wybranej popularno - naukowej formule wydawnictwa,  zwłaszcza w odniesieniu do relacjonowania historycznej wizyty Marszałka Focha, w maju 1923 roku, w Polsce, szczególnie zaś w odniesieniu do wizyty we Lwowie: 11 - go maja, podczas której po zakończeniu spotkania w auli Politechniki Lwowskiej, młodzież akademicka, spontanicznie wyprzęgła konie z powozu Marszałka i sama, za pomocą lin ciągnęła powóz ulicami Sapiehy i Kopernika pod lwowski ratusz, pośród wielotysięcznych tłumów. O tym epizodzie pamięta historia, ale autor o nim nie wspomina, a szkoda.
Niezależnie od powyższych krytycznych uwag, lekturę książki polecam z pełnym przekonaniem. Jeszcze bardziej rekomenduję zaś - zwłaszcza w tegoroczne, rocznicowe, listopadowe dni, chwilę refleksji nad tym co zawdzięczamy sobie, a co innym, zwłaszcza Francji.         

środa, 3 października 2018

Wracam i już będę

Po prawie 5 latach zawodowej obecności poza domem w Warszawie, szaleńczej pracy od świtu do nocy, spełniony, z sukcesami i nowymi przemyśleniami odnośnie aksjologii, biznesu i ludzi, obcowania z ludźmi małymi i wielkimi, także z pierwszych stron gazet, wracam zdaje się już na stałe w ukochane strony rodzinne, na Górny Śląsk do mojego Bujakowa i do preferowanej przeze mnie Wisły, którą traktuję niezmiennie jako docelowe moje miejsce na ziemi. Koniec ze statusem "słoika" w Warszawie, koniec z "wielką włóczęgą" (wszak wraz z poprzednimi okresami, byłem na zawodowym uchodźctwie ponad 9 lat!!!), dość godzin i dni spędzanych dwa razy w tygodniu na drodze Katowice - Warszawa. Tylko niebywałe zawodowe wyzwanie, realizowane tym razem już z rodziną u boku, mogłoby zmienić moje postanowienie o powrocie w rodzinne strony.
Ta jakościowa zmiana powoduje, że mogę też wrócić do swoich zainteresowań i zajęć poza biznesowych, że mogę ponownie odpowiedzialnie i systematycznie, dzielić się swoimi przemyśleniami, wyborami oraz preferencjami.
Bogatszy o nowe doświadczenia biznesowe, rozważam rozszerzenie swojej aktywności o nowe pola: zamierzam już nie tylko doradzać i odradzać przedsiębiorcom (a proszę wierzyć, że mam w tej sprawie sporo do powiedzenia), oferować usługi trenerskie i szkoleniowe, myślę też nad nowym, drugim blogiem, który poruszałby sprawy praktyczne, związane ze strategicznym zarządzaniem firmą, nie teoretycznie, nie książkowo, a praktycznie, szczerze do bólu, bez poprawności politycznej i taryfy ulgowej dla patologii i pseudo autorytetów.
Nie wykluczam, że - nawiązując do przywołanych doświadczeń - zacznę pisać nową książkę pod roboczym tytułem: "Czy biznes jest/musi być polityką, a polityka biznesem?"
Pierwszoplanową rolę w mojej blogerskiej aktywności będzie jednak nadal odgrywać - co zupełnie oczywiste - Francja i wszystko co francuskie, z którą nie straciłem rzecz jasna bliskiego kontaktu, w stosunku do której moje gorące uczucie bynajmniej nie osłabło. Wprost przeciwnie: Francja to mój bezwględny priorytet i faworyt.
Jeszcze tylko się trochę podreperuję zdrowotnie, bo ostatnie lata mocno nadszarpnęły moje zdrowie, a i metryka powoli daje o sobie znać i będę gotów. 
Zatem wracam i już będę systematycznie oraz odczuwalnie obecny. 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i do spotkania wkrótce!!! 
  

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Macronofobia - czyli polskie kompleksy

      Rządzące aktualnie polską elity polityczne, korzystając ze wsparcia części mediów, wszczęły w ostatnich dniach swoistą nagonkę na urzędującego Prezydenta Republiki Francuskiej, traktując Jego działania i wypowiedzi, jako wymierzone w Polskę i nasz interes narodowy. Ważny jest jednak kontekst tego sporu, a jeszcze bardziej odpowiedź na pytanie: co jest skutkiem, a co przyczyną?
Nie ma żadnych wątpliwości, że objęcie urzędu przez Emmanuel'a Macron'a, przypada na ciężki czas, w tradycyjnie dobrych stosunkach polsko - francuskich, choć epizody napięć w relacjach wzajemnych - ograniczając się tylko do czasów III Rzeczpospolitej - wcale nie należały do rzadkości, że wspomnę słynną wypowiedź Prezydenta J. Chirac'a, z czasów interwencji w Iraku, że "[...] Polacy stracili dobrą okazję, aby siedzieć cicho [...]", czy jawne poparcie PO dla N. Sarkozy'ego, w poprzednich wyborach prezydenckich, połączone z analogicznie ostentacyjną niechęcią wobec F. Hollande'a. Relacji tych z pewnością nie buduje też nasze stanowisko w sprawie przetargu na wojskowe śmigłowce, skierowane jednoznacznie przeciwko francuskiemu interesowi.
Stwierdzenie, że polityka to gra interesów, to truizm, ale nie rozumienie tego w kategoriach sprzężenia zwrotnego, relacji przyczynowo - skutkowych, to brak elementarnych kwalifikacji do rządzenia. Na jakiej podstawie oczekujemy od Francji i jej Prezydenta blankietowego wsparcia naszych wszystkich, partykularnych interesów? 
Niewdzięczność wobec Europy za jej strukturalne wsparcie, manifestujemy już od dawna, wbrew oczywistym faktom zapominając, że Polska jest największym beneficjentem pomocy unijnej, że za unijne środki - a więc także podatki Francuzów - modernizujemy kraj, dokonując cywilizacyjnego skoku, nie tylko w aspekcie dopłat bezpośrednich w rolnictwie, budowy dróg, ale i elementarnej infrastruktury: kanalizacji.
Dzięki sięgającym miliardy Euro subsydiom europejskim, zmodernizowano polski przemysł bez względu na jego formę własności, zasadniczo poprawiając jego konkurencyjność. Pozycja rynkowa wielu branż (tytułem przykładu jedynie rolnictwo, stolarka otworowa, meblarstwo), to prawie wyłącznie efekt naszej bytności we Wspólnocie. "Stara Europa", w tym Francja, dokonała świadomego eksportu miejsc pracy do Polski, traktując go nie tylko w kategoriach czysto biznesowych, ale i tyle politycznego zobowiązania, co historycznej rekompensaty, nierzadko wbrew interesom wewnętrznym, płacąc za ten proceder wysoki rachunek polityczny.
Otwarto granice dla swobodnego przepływu siły roboczej, dzięki czemu zmalało polskie bezrobocie i presja na rodzimy rynek pracy, w najtrudniejszych latach. 
Co Polska dała w zamian, nie licząc chłonnego rynku zbytu? Ciasny nacjonalizm, mesjanizm i niczym nie uzasadnione przekonanie o predestynacji do odgrywania kluczowej roli w świecie, a ostatnio nieprzewidywalność i niebezpieczną roszczeniowość.
Przy takich parametrach, trudno się dziwić, że wspomniana "Stara Europa", sama borykająca się z wieloma problemami, z których imigracja to tylko wierzchołek góry lodowej, stawia publiczne pytania o zasadność dotychczasowej polityki, o realność założenia consensusu co do wspólnej aksjologii, prawdopodobieństwo postępu procesu integracji europejskiej. W konsekwencji powstają koncepcje nie tylko budowy "Europy wielu prędkości", ale i stawiane są absolutnie racjonalne pytanie o dalszą wspólną, europejską drogę.
To, że Prezydent E.Macron stawia publicznie trudne pytania - nie tylko zresztą trudne dla Polski - to że dokonuje oceny naszej polityki, to Jego niezbywalne prawo. To, że podnosi kwestię zrównania warunków życia i gospodarowania w Europie, czego wyrazem nie tylko koncepcja ujednolicenia płac, ale i warunków prowadzenia działalności gospodarczej i opodatkowania, na kontynencie na którym traktatowym celem Wspólnoty jest wspólna waluta, to jak najbardziej racjonalne zachowanie.
Naszym narodowym problemem jest od pokoleń pielęgnowanie szeroko pojętego romantyzmu, kosztem pragmatyzmu, naturalne tendencje do anarchizacji, daleko posunięty indywidualizm. Oczekujemy - głównie z uwagi na historię - specjalnego statusu i analogicznego traktowania, nie oferując w zamian nic, poza frazesami. Nie mamy zdolności budowania, poszukiwania consensusu, a szerzej znalezienia się we wspólnocie narodów i państw. To także przejaw naszych narodowych kompleksów.
W relacjach z Europa i Francją, zachowujemy się jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany, demagogicznie i często bezpodstawnie, prowokując naszych partnerów i dobroczyńców. Jak dla przykładu i na jakiej podstawie, polski minister spraw zagranicznych twierdzi, ze gospodarka francuska nie jest w stanie konkurować z gospodarką polską? Opamiętajmy się, zachowujmy proporcje, w percepcji świata i jego ocenie!!!
Polska - jak rzadko kiedy w swoich dziejach - korzysta obecnie z dekad prosperity, będących także efektem nader korzystnej konstelacji międzynarodowej i sojuszy. Ceńmy i pielęgnujmy ten stan!!!! 
Dance macabre (Taniec śmierci), jedna z bardziej popularnych alegorii, to zarazem tytuł poematu symfonicznego, autorstwa Charles'a Camille'a Saint - Saens'a (1835 - 1921), powstały w 1874 roku. We wspomnianym poemacie, szaleństwo przerywa pianie koguta o świcie. Co może przerwać dance macabre w polskiej polityce, w naszym stosunku do Europy, a w konsekwencji Francji?