poniedziałek, 28 listopada 2016

Prawybory we Francji - mega problemy w Europie

Rozstrzygnięta wczoraj we Francji, druga tura prawyborów prezydenckich na prawicy, w której Francois Fillon, zdecydowanie wygrał z Alain'em Juppe, będzie miała istotne znaczenie nie tylko dla Francji, ale i dla Europy.
Po pierwsze, wszystkie sondaże zdecydowanie potwierdzają, że przyszłoroczne wybory prezydenckie we Francji, nie będą tradycyjną dotąd dla V Republiki batalią między lewicą, a prawicą. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, będzie to w drugiej turze tychże wyborów pojedynek tradycyjnej prawicy, z prawicą narodową. W konsekwencji, francuska lewica z pewnością zmierzy się z determinizmem poparcia w drugiej turze właśnie Francois'a Fillon'a, celem niedopuszczenia do sprawowania władzy przez Marinę Le Pen z Frontu Narodowego.
Po drugie, trend który pojawił się w tegorocznych wyborach prezydenckich w USA i zwycięstwo D. Trumpa, wcale nie przekreśla - nawet w warunkach nadzwyczajnej mobilizacji elektoratu - scenariusza, w którym urząd prezydencki we Francji, przypadnie mimo wszystko przywódczyni Frontu Narodowego. 
Z europejskiej, w tym także z polskiej perspektywy, wczorajsze zwycięstwo F. Fillon'a, niesie za sobą poważne konsekwencje i wyzwania.
F. Fillon - konserwatysta i liberał, a nade wszystko pragmatyk, wzorujący się na Margaret Thatcher - jest zwolennikiem nie tylko poprawnych stosunków z Rosją, jest jednoznacznym zwolennikiem uznania aneksji Krymu przez Rosję. To poważne wyzwanie dla aktualnej aksjologii Wspólnoty Europejskiej. Jeżeli nowe tendencje w polityce francuskiej, zostaną wzmocnione dodatkowo przez werdykt wyborczy w Niemczech, to rychło może się okazać, że pryncypialna anty rosyjskość, preferowana przez polski rząd, może stać się dysfunkcjonalna i po prostu passe.
Fillon to także otwarty i jednoznaczny zwolennik odwrotu od tradycyjnych wartości dla francuskiej lewicy: obniżania wymiaru tygodnia pracy, sprzeciwu wobec wydłużania wieku emerytalnego, a szerzej apologetyki syndykalizmu. Jeżeli mimo to uda mu się pozyskać poparcie większości i wygrać wybory, będzie to wyraźny, jednoznaczny sygnał, że doktryna francuskich socjalistów straciła swój społeczny powab. Będzie to także nie lada wyzwania dla populistycznej prawicy w Europie, a zatem i PiS, która lansuje diametralnie odmienny punkt widzenia.
Prezydentura F. Fillon'a - zresztą analogicznie jak potencjalnie Marine Le Pen - oznacza z wysokim prawdopodobieństwem zmianę struktury i kierunku rozwoju jedności europejskiej. Na skutek zasadniczych różnic aksjologicznych między "Starą", a "Nową" Europą, spodziewanego wyjścia Wlk. Brytanii ze struktur U.E, przesądzona być się wydaje reforma kształtu Wspólnoty Europejskiej, powstanie Europy "dwóch prędkości", odejście od subsydiowania rozwoju biedniejszych krajów członkowskich, rozumianego jako eksport miejsc pracy i dobrobytu, w imię coraz otwarcie kontestowanej na Zachodzie zasady solidarności. To kolejne wyzwanie dla Polski o wręcz egzystencjalnym charakterze, wobec którego polskie władze zdają się być merytorycznie i praktycznie nie przygotowane, tkwiąc na straconej pozycji. 
W ocenie aktualnej rzeczywistości politycznej we Francji i wynikających z niej wniosków, można próbować bagatelizować sytuację, czego najlepszym dowodem odwoływanie się do słów Emila Ciorana (1911 - 1995) - Rumuna z urodzenia, a Francuza z wyboru, który w swojej książce "O Francji" (wyd. polskie Wyd. Aletheia. 2016) napisał: "[...] Francuzi wolą celnie ujętą nieprawdę, od prawdy źle sformułowanej [...]". Marne to jednak pocieszenie, zwłaszcza dla nie Francuzów. Europa wkracza w wielowymiarowy czas poszukiwań i eksperymentów.
W sensie politycznym, lewica walczy o przetrwanie, czego nie zapewnią jedynie kosmetyczne zmiany. Czas klasycznej lewicy i jej atrybutów, właśnie się kończy, konieczne są zasadnicze zmiany doktrynalne, uwzględniające rewolucyjne, epokowe zmiany socjologiczne oraz znalezienie satysfakcjonującej społecznie odpowiedzi na kluczowe wyzwania rozwojowe. Zarazem jednak wcale nie jest przesądzony triumf nacjonalizmów, które z jednej strony stają przed szansą przejęcia władzy, z drugiej zaś - odrzucając wyborczą demagogię - są świadome uwarunkowań i ograniczeń, grzesząc niejednokrotnie, niejako przy okazji, pychą i całkowitym zerwaniem z realiami, w imię absurdalnych założeń ideologicznych.
Szampan jest bez wątpienia atrybutem francuskim, ale jedynym miejscem gdzie z powodów politycznych można się nim dziś swobodnie delektować, konstatując przychylność losu, jest Rosja i Kreml. Dla Rosji, wczorajszy wynik prawyborów we Francji, to prawdziwy dar niebios i chichot historii, wpisujący się w trwały trend, po zdaje się korzystnym - z punktu widzenia rosyjskich interesów - werdykcie w wyborach prezydenckich w USA.
A my w Polsce? Dalej wierzmy w mesjanizm i polonocentryzm, dalej preferujmy mistycyzm, dalej ulegajmy narodowej fascynacji, prolongujmy roszczeniową postawę w Europie, marginalizujmy relacje z kluczowymi sąsiadami i sojusznikami europejskimi. Czas prawdziwej próby i egzaminu narodowego, jest już coraz bliższy. Otwartą pozostaje tylko kwestia czy będzie komu wystawić rachunek za obecną, wszechobecną, powalającą arogancję.

  

  

środa, 12 października 2016

Dlaczego znowu nie lubimy Francji?

     Jednym z polskich paradoksów jest niewątpliwie fakt, że z jednej strony - jako społeczeństwo - deklarujemy in gremio i nie kryjemy fascynacji oraz zauroczenia Francją, z drugiej zaś - polskie elity rządzące - mają problem z relacjami z krajem galijskiego koguta, zachowując się jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany, by nie używać bardziej dosadnych określeń. Co gorsza, to swoiste faux pas, ma względnie trwały charakter, niezależnie od opcji formacji politycznych sprawujących władzę w Polsce. Tytułem przykładu, by poprzestać jedynie na najnowszej historii, różniliśmy się w ocenie konfliktu palestyńsko - izraelskiego, z oczywistych powodów w percepcji stanu wojennego w Polsce, konfliktu w Iraku (że przypomnę słynną naszą wpadkę ze znalezionymi rakietami francuskimi), Afganistanie, różnimy się w podejściu do kwestii aborcji, imigracji, polityki państwo - kościół.
Od strony francuskiej oczekujemy blankietowego wsparcia w sprawie kryzysu w stosunkach z Rosją, zrozumienia w kwestii uznania naszej uprzywilejowanej roli jako beneficjenta wsparcia E.U w naszym rozwoju i eliminacji zapóźnień strukturalnych. Zarazem jednak manifestujemy otwarcie naszą niezależność i niczym nie uzasadnione aspiracje mocarstwowe, przynajmniej w skali europejskiej, które chcemy realizować w opozycji, lub wbrew interesom Francji i Zjednoczonej Europy. Ostatni zgrzyt w sprawie kontraktu na śmigłowce Caracal jest potwierdzeniem, że mamy problem w definiowaniu naszych celów strategicznych, w percepcji światowego i europejskiego ładu, w realizacji starego i zasadnego powiedzenia: starych przyjaciół szanuj, nowych zdobywaj.
Sporo ryzykujemy.
Po pierwsze - i najmniej dolegliwe - narażamy na szwank naszą reputację, stając się partnerem nieprzewidywalnym, a to już krok od statusu partnera niegodnego zaufania. W kontekście naszych szumnie afirmowanych przez rządy Dobrej Zmiany aspiracji do statusu niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, zapominanie o światowej roli Francji - także jako stałego członka Rady Bezpieczeństwa z prawem veta - kraju tradycyjnie cieszącego się niezależnością i  życzliwością sporej części świata, zadrażnianie relacji z Francją, to brak instynktu samozachowawczego.
Po drugie, Francja akceptowała i póki co akceptuje wsparcie strukturalne dla Polski mimo świadomości, że buduje de facto w co najmniej sektorze rolno -spożywczym konkurenta, wiedząc, że wsparcie dla Polski, oznacza nader często eksport francuskich miejsc pracy do Polski, jest elementem prolongaty wielowymiarowego kryzysu w samej Francji.
Po trzecie - i chyba najważniejsze, a z punktu  widzenia strategicznych interesów Polski najgroźniejsze - hasło konieczności rewizji zasad funkcjonowania Wspólnoty Europejskiej, staje się we Francji priorytetem już nie tylko prawicy narodowej i Marine Le Pen, ale i tradycyjnej prawicy, której faworyt w najbliższych wyborach prezydenckich, a w konsekwencji najbardziej prawdopodobny przyszły Prezydent V Republiki - Alain Juppe, zapowiada publicznie konieczność ustalenia nowych granic europejskich i redefinicji zasad funkcjonowania Zjednoczonej Europy. Jeżeli dodamy do tego negatywne dla nas skutki wyjścia Wlk, Brytanii ze Wspólnoty, w wymiarze budżetowym: wielce prawdopodobnej konieczności rewizji budżetu Unii za dwa lata i spodziewanych cięć w funduszach strukturalnych, które dotkną Polskę najbardziej, konfliktowanie się z Francją - jednym z filarów Wspólnoty, utrata jej zaufania i przychylności, może okazać się brzemienne w skutkach.
Spór o Caracale, w wymiarze finansowym, to spór o 13,4 mld zł. Brak poparcia Francji, a minimum jej życzliwej neutralności, przy potencjalnej rewizji unijnego budżetu, będzie kosztował nas znacznie więcej. Czy warto? 
         

wtorek, 26 lipca 2016

Mord we francuskim Kościele - czyżby wracały upiory Wandei?

Dzisiejszy mord w normandzkim Saint - Etienne - du - Rouvay, którego ofiarą padł 84 letni ksiądz odprowadzający Mszę Św., staruszek, któremu islamski bandyta po prostu poderżnął nożem gardło, jest znacznie czymś więcej niż bestialstwem ekstremistów islamskich.
Po pierwsze, jest złamaniem niepisanej zasady, że nie atakuje się miejsc kultu, co jest tyle odrażające, co niepokojące w świetle następstw i preferowanych metod walki przez wrogów naszej cywilizacji. Morderstwo księdza w czasie obrzędów liturgicznych, jest drwieniem z kultury Zachodu, jest wyzwaniem i prowokowaniem, które musi budzić pryncypialny sprzeciw wszystkich Europejczyków, nawet niewierzących.
Po drugie, jest kulturowym bestialstwem nie przystającym do obyczajów i realiów Zachodu, jest upodleniem idei człowieczeństwa, stanowi regres aksjologiczny Zachodu.
Po trzecie, jest symbolicznym wyzwaniem dla dekadenckiej, konsumpcyjnej, pogrążonej w kryzysie i coraz większym chaosie Europie, cierpiącej na deficyt wspólnej aksjologii i skutecznego przywództwa. Jest wyzwaniem, które nie może pozostać bez odpowiedzi.
Po czwarte, jest moim zdaniem mistyczno - symbolicznym krzykiem o przebudzenie, o podjęcie działań korygujących. Miejscem mordu jest mająca na dziś status kraju misyjnego, zwana najstarszą córką Kościoła Francja ( choć niezasadnie - starsza jest Armenia, o czym już kiedyś pisałem na tym blogu). Francja - Ojczyzna Wielkiej Rewolucji, wielu prądów ideowych i kulturowych, a zarazem kraj pierwszego, nowożytnego ludobójstwa na wiernej Kościołowi Wandei. Być może to spokojne dotąd normandzkie miasteczko, ma stać się przyczynkiem do obudzenia sumień Europejczyków? Może jest istotnym przesłaniem, że kontynuacja bezczynności wobec radykalizmu islamskiego skończyć może się tragicznie, że koszty społeczne mogą zwielokrotniać ofiarę mieszkańców Wandei, poniesioną w imię obrony i prolongaty tradycyjnej aksjologii?
Po piąte, mając na względzie fakt, że - wychodząc na przeciw zasadnym wyzwaniom do tolerancji i równouprawnienia religii, ekumenizmu, z zamiarem budowania pomostów między wyznawcami różnych wyznań, gmina w której dokonano zbrodni przekazała teren pod budowę meczetu - co i tak nie uchroniło miejscowych chrześcijan od bestialstwa radykałów islamskich, należy poważnie rozważyć, czy tak rozumiana tolerancja nie jest formą kapitulacji, a w konsekwencji, czy należy prolongować takie podejście. Czy zasadnym jest w Europie tolerowanie budowania meczetów, stających się nie tylko źródłem propagandy obcych nam wartości, ale i moderowania i potęgowania nienawiści do Europejczyków?     
Składając hołd francuskim ofiarom, łącząc się w żałobie z Francuzami, przyłączam się do tych, którzy wbrew zasadom uwielbianej i preferowanej w Europie poprawności politycznej, od dawna jasno artykułują swoje preferencje: dosyć dla agresji obcej nam cywilizacji, przyjmującej odbiegającą zasadniczo od kanonu demokracji postać barbarzyństwa. Czas położyć kres de facto pobłażliwości dla zachowań ekstremistów islamskich, nadużywających europejskiej gościnności i instytucji demokracji. Czas na mieszczące się w granicach państwa prawa działania, z deportacjami włącznie. Prawo do życia w socjalnej Europie, wśród nas jest przywilejem, nasza gościnność jest naszym prawem, nie obowiązkiem. Kto nie chce szanować naszej tradycji i aksjologii, nie widzi zasadności partycypacji w kosztach utrzymania naszych instytucji i warunków egzystencji, nie musi żyć wśród nas. Kto nadużywa naszej gościnności, może i powinien być stanowczo poproszony o wyjazd. Kto atakuje nasze kanony i instytucje, kto oczekuje wyłącznie praw i poszanowania odrębności, bez społecznej akceptacji dla wspólnoty Europejczyków, kto zagraża bezpieczeństwu nas i przyszłości naszych dzieci, może i powinien być - z poszanowaniem praw człowieka i procedur demokratycznych - deportowany do kraju swego pochodzenia.  
Inna postawa wobec zagrożeń islamskiego fundamentalizmu w Europie, nie jest jedynie zaniechaniem i formułą defetyzmu, jest śmiertelnym, strategicznym zagrożeniem dla naszej przyszłości. Nasi wrogowie nie pozostawiają nam wyboru. Nasza bezczynność i pobłażliwość, nasza tolerancja, traktowana jest przez nich jako przejaw słabości, interpretowana jako postawa strachu i zachęta do dalszych agresywnych działań. Na takie zachowanie nie może być naszego przyzwolenia.         

Niezależny? Od kogo i do kiedy?

      Francuskie Zgromadzenie Narodowe, staje się areną nowego, nie notowanego dotąd w tej skali zjawiska: liczby posłów niezależnych. Niższa izba francuskiego parlamentu, liczy dziś już 25-ciu deputowanych o takim statusie, co - biorąc pod uwagę liczebność całego Zgromadzenia (577 członków) - stanowi ponad 4% wszystkich posłów.
Analogiczne zjawisko - choć w nieco mniejszej skali - zauważalne jest także w polskim Sejmie (póki co 6-ciu posłów niezależnych na 460 parlamentarzystów, tj. 1,3% wszystkich deputowanych).
Status "poseł niezrzeszony", zarówno w Polsce, jak i we Francji, jest nad wyraz pojemny, będąc odzwierciedleniem szerokiego spectrum przyczyn, obejmując swoim zasięgiem wszystkie tradycyjne opcje polityczne: od prawicy narodowej, po skrajną lewicę. Jest dowodem nie tylko tarć wewnętrznych w łonie ugrupowań partyjnych, instytucjonalnej niewydolności systemu politycznego, ale nade wszystko niskiej skuteczności elit politycznej i analogicznej zdolności do realizacji akceptowanych przez elektorat w procesie wyborczym obietnic. Poza mniej lub bardziej zasadną i społecznie akceptowaną zmianą preferencji politycznych piastujących mandaty parlamentarne, jest także przyczynkiem do podważania zaufania do samej demokracji.
Z drugiej strony, kształt i wymogi ordynacji wyborczych powodują oraz determinują prosty fakt: trudno być politykiem w rozwiniętych, a tym bardziej stabilnych politycznie demokracjach, poza strukturami partyjnymi, co w powiązaniu z kosztami uprawiania polityki zdeterminowanej przez klasyczne procesy marketingowe, stanowi istotną barierę i cezurę wejścia do polityki. W konsekwencji, zasadne jest pytanie, czy status "posła niezależnego", nie jest faktycznym nadużyciem, czy przypadkiem osoba uzyskująca mandat z partyjnej listy, ma prawo do wypowiedzenia posłuszeństwa partii, która ją nominowała, czy wreszcie odejście z klubu parlamentarnego partii nominującej/frakcji parlamentarnej, nie powinno oznaczać z automatu obligatoryjnej konieczności rezygnacji z mandatu, zwłaszcza w systemach nie jednomandatowych. Skoro w procedowaniu parlamentarnym obowiązuje absolut dyscypliny partyjnej, czy jej naruszanie nie powinno zwyczajowo oznaczać konieczności rezygnacji z mandatu? Jeżeli przyjąć obowiązującą wykładnię, że z momentem zaprzysiężenia, parlamentarzysta staje się depozytariuszem nieokreślonej woli narodu, a nie wyborców swojego okręgu wyborczego i nie jest związany z nimi formułą kontraktu wyborczego, czy może jednocześnie zachowywać suwerenność w zakresie decyzji dotyczących swojego statusu i przynależności partyjnej?
Osobiście uważam, że zarówno we francuskim, jak i polskim systemie politycznym, w odniesieniu do niższych izb parlamentu, niezależność parlamentarzysty jest sprawą iluzoryczną i mocno naciąganą, stanowiąc raczej koncepcję marketingową, niż realny byt polityczny. Poza pytaniem o polityczną odpowiedzialność, która - z wyboru partii politycznych - sprowadzona jest de facto wyłącznie do potencjalnej weryfikacji negatywnej w toku kolejnych wyborów, pozostają kwestie tak istotne jak: możliwość skutecznego wykonywania mandatu posła poza parlamentarną frakcją partyjną, pozostających w dyspozycji "niezależnych" zasobów i infrastruktury do efektywnej pracy parlamentarnej. Status posła niezależnego jest prawie zawsze efemerydą, której kres wyznaczają następne elekcje. Ich nieuchronność stymuluje wzajemne procesy miłosierdzia i pojednania, między partiami i parlamentarzystami, zwłaszcza o dużej wartości marketingowej, którą nie zawsze należy utożsamiać z analogiczną merytoryczną, bądź - jako alternatywa - charakterystyczna polityka transferów politycznych, sprowadzająca się do czasami egzotycznych zmian barw politycznych przez posłów. Prolongata kariery parlamentarnej jest determinizmem zawodowych polityków, którzy - także z powodów egzystencjalnych - nie mogą sobie pozwolić na bycie poza polityką, bez uszczerbku dla swojej pozycji społecznej, statusu i poziomu życia. W konsekwencji cierpi demokracja i jej beneficjenci, czyli my wszyscy: obywatele i podatnicy.            
  



      

sobota, 25 czerwca 2016

Brytyjski brexit, polskie seppuku

   Szeroko komentowane wyniki brytyjskiego referendum w sprawie dalszej przynależności Zjednoczonego Królestwa do Wspólnoty Europejskiej, będącego wydarzeniem poważnym, o istotnych potencjalnie konsekwencjach, ale zarazem przewidywalnym, bo od dawna zapowiadanym, jest tyle zasadne, co nachalnie jednostronne.
Obywatele Wielkiej Brytanii - tradycyjnie czuli na punkcie swojej suwerenności i szeroko pojętej odrębności, od dawna przywiązani do własnej waluty - Funta brytyjskiego, którego nie zamierzali porzucić na rzecz wspólnej waluty - dali wyraz temu, co preferuje wielu Europejczyków.
Brexit nie jest jednak z pewnością końcem świata, wydarzeniem epokowym, jest co najwyższej istotną cezurą w najnowszych dziejach Europy. Potwierdza wyraźnie i jednoznacznie że:

1. Forsowany model jedności europejskiej, nie znajdujący od dawna consensusu, jest dziś coraz powszechniej kontestowany społecznie;
2. Historia Europy, to historia państw i narodów, szerokie spectrum zróżnicowania rozwoju społeczno - politycznego, ekonomicznego i aksjologii, a w konsekwencji, na obecnym etapie rozwoju historycznego, niemożliwa jest na Starym Kontynencie budowa zrębów jedolitej panstwowości;
3. Źródeł porażki projektu jedności europejskiej w obecnym kształcie, należy szukać także w egoiźmie elit politycznych, synekurach brukselskich, wolnych od obciążeń podatkowych i rozpasaniu biurokracji brukselskiej, której dążenie do centralizacji i regulacji wszystkiego (vide krzywizna banana i definicja warzyw oraz owoców), nie racjonalne, dysfunkcjonalne i po prostu głupie, spotyka się z coraz szerszym frontem społecznej odmowy i obstrukcji;
4.  Porażka idei jedności europejskiej, to także efekt priorytetu przyznanego neoliberalizmowi i globalizacji. Wielu obywateli "Starej Unii" nie rozumie i nie akceptuje sytuacji, w której chronicznemu kryzysowi ekonomicznemu w ich krajach, towarzyszy jednocześnie realizowana w imię solidarności, szeroka polityka subsydiowania rozwoju nowych krajów członkowskich, sprowadzająca się w efekcie końcowym do eksportu miejsc pracy i spadku poziomu życia, w krajach donatorów wspomnianej pomocy;
5. Jedyną formą budowy jedności europejskiej na dziś, to powrót do gaullistowskiej idei "Europy Ojczyzn": konfederacji suwerennych państw, powiązanych wspólną aksjologią, polityką obronną, na bazie daleko posuniętej integracji ekonomicznej, z poszanowaniem zarazem idei państwa narodowego;
6. Decyzja obywateli Wlk. Brytanii, oznacza jednocześnie powrót do korzeni, do prymatu niemiecko - francuskiego tandemu w Europie, który - wraz ze strategicznym, wielopłaszczyznowym sojuszem z USA - leżał u podstaw europejskiego cudu gospodarczego po II Wojnie Światowej. Tym większa odpowiedzialność Niemców i Francuzów, za wyprowadzenie Europy z jej obecnej zapaści; 
7. Dezintegracja Europy traktatów i unifikacji, od dawna tliła się coraz większym płomieniem, detonatorem okazała się jednak niezrozumiała i w istocie nieodpowiedzialna polityka Niemiec, w kwestii najnowszej imigracji. Szerokie otwarcie granic Europy dla obcej kulturowo imigracji, kosztownej społecznie i ekonomicznie, a równocześnie stanowiącej niejednokrotnie źródło śmiertelnego zagrożenia terroryzmem, to kropla, która przelała czarę goryczy nie tylko eurosceptyków, ale i przeciętnych, nie zaangażowanych dotąd politycznie Europejczyków.

Osobiście nie uważam za zasadne dramatyzowanie nad Brexitem. Nawet zapowiadany rozpad Zjednoczonego Królestwa, nie będzie końcem świata, przywołując choćby dzieje Imperium Rzymskiego, Otomańskiego, a nawet ZSRR, czy Monarchii Austro - Wegierskiej. Więcej, uważam nawet, że decyzja ta może znaleźć rychło naśladowców w Europie. Dziś kluczowa rola przypada politycznym elitom Europy. Jeżeli rozumieją istotę zachodzących zjawisk i nie deprecjonują wagi wyzwań, muszą natychmiast wdrożyć istotne działania korygujące: słuchać preferencji Europejczyków, zerwać z biurokratyzowaniem i ujednolicaniem wszystkiego. Z pewnością konieczne jest jednoczesne, gruntowne zredyfiniowanie priorytetów.
W całym zamieszaniu szokuje mnie zachowanie polskich władz. Nie rozstrząsając zasadności poglądu, że istotną rolę w demontażu Jedności Europejskiej odegrały nowe kraje Unii, w tym zwłaszcza Polska, nie wypada, aby właśnie Polska - będąca w istocie głównym beneficjentem polityki jedności, solidarności i wyrównywania szans, dryfowała na pozycje eurosceptyczne. To przejaw rażącej nieodpowiedzialności i niewdzięczności. Nie wypada też - z analogicznych powodów - aby kraj nie posiadający także wspólnej waluty - aspirował do roli moderatora najważniejszych procesów europejskich. Będące naszą narodową przywarą przekonanie o naszej kluczowej roli w świecie, wynikające ze szkodliwego romantyzmu i jego pochodnej: mesjanizmu oraz ortodoksyjnego katolicyzmu, znowu prowadzi nas - drogą całkowitego rozbratu z rzeczywistością - na manowce, narażając przy okazji na śmieszność. Wyzwania polskich rządzących do rewizji traktatów, do zmiany podstaw funkcjonowania Unii, brzmią tyle dziecinnie, co nieodpowiedzialnie i samobójczo. Ciekawe jakie stanowisko zajmą polskie władze, jeżeli pojawi się na przykład na porządku dziennym kwestia rewizji zasad finansowania Wspólnoty, skutkiem czego utracimy - przyznane w innych okolicznościach - wsparcie rozwojowe? Co zrobimy, jeżeli wymogiem pełnoprawnego uczestnictwa w nowej formule jedności Europy, będzie przyjęcie wspólnej waluty, względnie zasadnicza rewizja dotychczasowej wspólnej polityki rolnej? Co zrobimy - mając na względzie, że nasz aktualny status gospodarczy, nie wynika bynajmniej z innowacyjności gospodarki, a nade wszystko z przewagi kosztowej, której kluczowym czynnikiem jest polityka niskich płac, jako żródła przewagi konkurencyjnej - gdy Wspólnota ujednolici warunki gospodarowania (jednolity system podatkowy, jednolita minimalna płaca), likwidując arbitralnie polskie przewagi?
Wielka Brytania opuszczając Unię zachowuje swój potencjał: światową walutę, status mocarstwa we wszystkich wymiarach, globalne wpływy, uprzywilejowane relacje z USA. Aspiracje mocarstwowe Polski - dodajmy od razu groteskowe - jeżeli będą kontynuowane w tej formie, tak komunikowane europejskiej opinii publicznej, skończą się fatalnie. 
Zaangażowanie Polski w porządkowanie europejskiego domu jest potrzebne i racjonalne, przystoi także - po wyjściu Wlk. Brytanii - piątej gospodarce Wspólnoty. Myśląc kategoriami dobra wspólnego, a zarazem dbając o dobrze pojęty interes narodowy, nie narażajmy się na śmieszność. Realna ocena sytuacji - przywołując przykład orkiestry symfonicznej - z pewnością daje nam miejsce  wśród wirtuozów, nie aspirujmy jednak do roli dyrygenta, ani pierwszych skrzypiec.                 


niedziela, 19 czerwca 2016

Widma krążące nad Europą, czyli przyszłość naszych dzieci i wnuków

          Powszechna apologetyka i bezkrytyczny aplauz społeczeństwa informatycznego, będące konsekwencją potwierdzenia zasadności istnienia koncepcji tofflerowskiej "Trzeciej fali" (przypomnijmy: pierwsza fala, to rewolucja agrarna, druga: rewolucja przemysłowa, trzecia, nam współczesna: rewolucja informacyjna) - czego jesteśmy obecnie czynnymi świadkami - to coś znacznie więcej niż zachwyt nad prymatem internetu w życiu społecznym. Nowoczesne technologie komunikacji, są tyle narzędziem szeroko pojętej optymalizacji, co nowej formuły społecznego zniewolenia oraz burzenia dotychczasowego ładu społecznego, dodajmy burzenia nie zawsze zasadnego i pożądanego. 
Nie jestem w żadnej mierze zwolennikiem nowego ruchu neoluddystów, którzy kontestują zdobycze współczesnej nauki i techniki, ale stopień naszego uzależnienia od cywilizacji informatycznej, musi co najmniej budzić nasz, wspólny niepokój, powinien skłaniać do szeroko pojętej refleksji i gorączkowego poszukiwania antidotum.
Dzięki zdobyczom techniki, można dziś monitorować wszystko i wszystkich, przenoszenie realnej ekonomii do internetu jest z pewnością zabiegiem nieuchronnym, ale czy uniwersalnym, a nade wszystko potrzebnym i wartościowym?
Na dziś prawie wszystko możemy już kupić i załatwić w internecie, przedsiębiorstwa oparte na nowej technologii rosną w siłę, a ich wyceny skłaniają wielu do polityki naśladowania. Powstaje jednak zasadnicze pytanie: jak już wszystko przeniesiemy do internetu, co będą robić setki milionów ludzi w najbardziej uprzemysłowionych krajach świata, o najwyższym poziomie zamożności (o miliardach w krajach Trzeciego Świata nie wspominam, bo dla tych globalizacja - za sprawą między innymi teorii konwergencji - dedykuje długą, obliczoną na generacje, drogę unifikacji: od peryferyzacji, przez cedowanie "brudnej ekonomii", status zaplecza surowcowego i wytwórcy komponentów, lidera kosztowego, konsumenta/importera wysokich technologii i kapitału, po nowe, wcale nie równoprawne miejsce w międzynarodowym podziale pracy).
Jeszcze do niedawna obowiązywała doktryna, w myśl której wszystkich pracobiorców wchłoną usługi. Z pewnością usługi będą się rozwijać, zwłaszcza w odniesieniu do szeroko pojętej geriatrii i opieki nad młodym pokoleniem. Problem w tym, że już dziś widać, że usługi na wchłoną całej nadwyżki siły robocznej, a nade wszystko, że spadająca siła nabywcza pracobiorców, na skutek prymatu polityki niskich płac (której medialnym uzasadnieniem jest dążenie do wzrostu konkurencyjności gospodarek Starego Świata) spowoduje, że atrakcyjność pracy w sektorze usług i zdolność tego sektora do generowania wartości dodanej będzie spadać. Jak długo żyć będzie pokolenie emerytów z pogranicza drugiej i trzeciej fali, z ich dochodem rozporządzalnym, istnieć będzie jednostkowa (rodzinna) i społeczna poduszka, mechanizm korygujący. Naturalne zejście ze sceny pokolenia dzisiejszych 50/60 latków, ostatecznie zamknie erę względnego dostatku dla współczesnych zamożnych społeczeństw. Kolejne pokolenia, z pewnością nie tylko zauważą zasadnicze nierówności społeczne, ale zmuszone zostaną z motywów nie tylko ambicjonalnych (poziom zycia), ale nade wszystko egzystencjalnych, do przeprowadzenia rewizji społecznego status quo.
Nie wiem kto będzie siła sprawczą tej rewizji, czy prekariat Guy Standinga, czy nastąpi renesans Teologii Wyzwolenia, a może prym zaczną wieść zwolennicy Austriackiej Szkoły Ekonomii, utożsamiani na dziś zwłaszcza z Hiszpanem Jesusem Huerta de Soto Ballester'em, być może wreszcie dojdą do głosu zwolennicy zdyskredytowanego przez realny socjalizm i komunizm marksizmu? Jedno jest pewne: bankructwo neoliberalizmu, którego jesteśmy świadkami i jego koszty społeczne, wszechwładza globalizacji, presja radykalnego islamu (wspomagana póki co na szczęście incydentalnie katolibanem - czego przykładem choćby Polska), coraz bardziej donośne, narodowe resentymenty, zwłaszcza w Europie, a z drugiej strony naturalna chęć do zachowania poziomu życia w społeczeństwach cywilizacji Zachodu, uruchomią nieuchronnie, mniej lub bardziej pokojowe ruchy rewindykacyjne, optujące za zasadniczymi zmianami jakościowymi, w organizacji życia społeczeństw.
Na przełomie 2047/2048 roku, przypadnie okrągła, dwusetletnia rocznica opublikowania dzieła dwóch Niemców, którzy w oparciu o naukową analizę, chcieli zmieniać świat: "Manifestu Komunistycznego" Karola Marka i Fryderyka Engelsa. Można pryncypialnie nie podzielać ich analiz i rekomendacji, można zohydzać ich dorobek, ale nawiązując do pierwszego zdania przywołanego Manifestu "[...] Widmo krąży po Europie - widmo komunizmu [...], warto zastanowić się nad przyszłością naszych dzieci i wnuków, przez perspektywę nieuchronności zasadniczych zmian systemu w którym żyjemy z jednej strony, z drugiej zaś, gorączkowego poszukiwania - oby pokojowej - drogi przemian. W społeczeństwach Zachodu budzi się odruch instynktu samozachowawczego, którego kierunek jest na dziś jeszcze nie znany, Nie wiemy, czy to będą rewolucyjne, czy ewolucyjne zmiany, czy - zwłaszcza w Europie - zwycięży idea dezintegracji, zacznie dominować protekcjonizm i nastąpi powrót do egoistycznego państwa narodowego, czy zdołamy oprzeć się radykalnemu islamowi, zachowując i prolongując własną tożsamość. Nieuchronne zmiany - choć jeszcze mgliste - nie są już jednak fatamorganą.        

           

czwartek, 2 czerwca 2016

Mecenat/protektorat/neokolonializm, czyli co Zachód może zrobić dla Afryki/Bliskiego Wschodu?

          Niekończąca się fala uchodźców ekonomicznych, kołatająca do bram Europy, to nie tylko forma nowej wędrówki ludów, to nade wszystko wyraz bezradności i fiaska aktualnej percepcji rzeczywistości oraz metod działania Zachodu.
Państwa i organizacje międzynarodowe cywilizacji zachodniej, traktujące demokrację liberalną i jej atrybuty, neoliberalizm gospodarczy, globalizację i teorię konwergencji systemowej jako uniwersalne metody budowy i rekonstrukcji świata, poniosły w Afryce i na Bliskim Wschodzie sromotną, druzgocącą klęskę.
Po euforii afrykańskiej/bliskowschodniej Wiosny Ludów, nie pozostał już nawet ślad, a jedynie wstydliwe wspomnienia nieuzasadnionej - jak się okazało - nadziei. Na Bliskim Wschodzie tyranię zastąpiła anarchia i wielowymiarowy chaos, których skutkiem cywilizacyjny regres tych obszarów, a także presja migracyjna. Sile destrukcji rewolucji, nie towarzyszyła analogiczna, konstruktywna moc i strategiczna zdolność lokalnych elit do consensusu, do stworzenia atrakcyjnej wizji przyszłości, zbudowania skutecznej przeciwwagi starego porządku, kreowania i wdrażania podstaw nowego porządku.
Dramatem Afryki i Bliskiego Wschodu są jednak nie tylko niestabilność polityczna, będąca pochodną nieudanych, całkowicie destrukcyjnych rewolucji, niski poziom życia mieszkańców i iluzoryczne ich osobiste bezpieczeństwo, rażące dysproporcje dochodów, ale także wcale nie incydentalne patologie elit władzy, które grzęzną w nepotyźmie, prywacie, korupcji, odchodzą od kanonu demokracji: demokratycznej legitymizacji władzy, na rzecz reżimów autorytarnych.
Problemy te, powiązane z kwestią zagrożenia ekstremizmem islamskim, bazującym na bez mała atawistycznej  wrogości do cywilizacji Zachodu i jej materialnego dorobku, czynią nad wyraz ponurymi perspektywy dla całego Zachodu, a przygnębiający obraz dopełnia swoisty izolacjonizm krajów ze światowymi aspiracjami (Chiny, Rosja), w przedmiotowej sprawie. W konsekwencji, świat Zachodu zostaje sam z wyzwaniem, które - nawiązując do tytułu znanego, symbolicznego wiersza Joseph'a Rudyard'a Kiping'a (1865 - 1936, sam utwór powstał w 1899 roku) - staje się ponownie "Brzemieniem Białego Człowieka" (tytuł oryginału: "The White Man's Burden").
Skoro stajemy przed determinizmem wielowymiarowego zaangażowania Zachodu w Afryce/na Bliskim Wschodzie, niosącego określone ryzyka i niemałe koszty, pozostaje kwestia organizacji i ram prawnych tego zaangażowania. Trudno bowiem podzielać opinię, że zaangażowanie to - będące w istocie formą troski i dbałości o żywotne, własne interesy Zachodu - winno przyjąć blankietowy charakter.
Wydaje się, ze w wielu parametrach, aktualna sytuacja na Bliskim Wschodzie/w Afryce, przypomina realia powojennych Niemiec. Jeżeli przyjąć i podzielać tę optykę, to i remedium powinno przyjąć analogiczny, jak w przypadku Niemiec kształt: militarne zaangażowanie Zachodu pod przywództwem USA, de facto czasowa, wojskowa okupacja, z równoczesną odbudową struktur społecznych, podstaw ustrojowych, gospodarki, w kierunku stopniowego odzyskiwania suwerenności przez kraje objęte chaosem, wedle ich modelu, niekoniecznie tożsamego z aksjologią Zachodu. To jednak zadanie i wyzwanie na dekady, wymagające consensusu cywilizacji zachodniej.
Słyszę słowa oburzenia poprawnych politycznie, idealistów i różnie motywowanych piewców status quo. W sprawie chodzi jednak o coś więcej niż semantykę, wrażenie artystyczne, wysublimowaną pryncypialność, odbiór międzynarodowej opinii publicznej, opinie uznanych autorytetów.
Podstawą sporu i inspiracją wyboru jest życie ludzkie: tych którzy giną w czeluści wód Morza Śródziemnego podczas prób przedostania się do Europy i samych Europejczyków, poddanych presji migracyjnego żywiołu. Czekanie na cud, jest nie tylko wyrazem braku realizmu i kapitulanctwa, będzie zaniechaniem, które uderzy w podstawy kruchego pokoju społecznego i stabilności politycznej w europejskiej części basenu M. Śródziemnego, będzie podważeniem podstaw egzystencji i przyszłości dwóch kontynentów. Uciekanie od rozwiązań systemowych, nawet niepopularnych i kontrowersyjnych dziś, izolacjonizm w tej sprawie, wszelkie zaniechania, doprowadzą w ostatecznym rozrachunku do dramatu w nie znanej od II Wojny Światowej skali.
Może więc jednak - niezależnie od etykietyzacji - warto skopiować i powtórzyć, w praktyce wariant niemiecki drogi od chaosu i niedostatku, do porządku i zamożności, na Bliskim Wschodzie i w Afryce?