niedziela, 21 maja 2017

Prezydenta też poznaje się po tym jak kończy....

          Nowy Prezydent Republiki Francuskiej Emmanuel Macron zaprzysiężony, nowy francuski rząd pod przewodnictwem członka Republikanów Eduard'a Philippe także. Pierwsze działania o wymiarze symbolicznym również za nami: pierwsza wizyta zagraniczna - Niemcy, pierwsza wizyta poza Europą - Mali. Zresztą tych symboli na początek kadencji jest znacznie więcej, jak choćby konstrukcja rządu: autentyczny parytet między kobietami i mężczyznami: 11 : 11 - jedyna taka sytuacja w Europie. Jednocześnie jednak i rząd i prezydent cieszą się niezmiernie niskim, bo nie przekracającym 40% poparciem społecznym.
O ile w polityce zagranicznej, priorytety nowego prezydenta wydają się być oczywiste i tylko niektórych (zwłaszcza Polaków) mogą nie tylko zaskakiwać, ale mogą się okazać dla nich w konsekwencji dolegliwe (koncepcja Europy wielu prędkości, reformy finansowej Wspólnoty), o tyle priorytety w polityce krajowej są nie tyle mgliste, co otwartą pozostaje kwestia możliwości realizacji programu wyborczego E. Macron'a.
Wszystko zależy od wyników nadchodzących wyborów parlamentarnych we Francji (11 i 18 czerwca br.), od których zależy prawie wszystko. Celem nowego włodarza Pałacu Elizejskiego, jest budowa nowej większości prezydenckiej, na zasadach nie znanych Francji od czasów De Gaulle'a i z zastrzeżeniem, że E. Macron nie dysponuje zapleczem, charyzmą oraz poparciem analogicznym dla twórcy V Republiki.
Nowa większość prezydencka, musi być zbudowana w konflikcie z dotychczasowym francuskim systemem partyjnym, w opozycji wobec lewicy i tradycyjnej prawicy. Konsekwencją - już na etapie konstruowania rządu przejściowego - była konieczność oparcia go na kandydatach z  prawie wszystkich środowisk politycznych, wbrew ich własnemu obozowi politycznemu, dającym choćby teoretyczną rękojmię pozyskania społecznej akceptacji, a w konsekwencji głosów w elekcji parlamentarnej.
Czy strategia Prezydenta Macrona jest zasadna, możliwa do realizacji?
E. Macron nie miał i nie ma wyjścia. Akcentując ponadpartyjny charakter własnej kandydatury już na wczesnym etapie kampanii prezydenckiej, E. Macron nie tylko rzucił wyzwanie francuskiemu systemowi partyjnemu, ale niejako zawężył plan dyskursu i działania. Z drugiej strony, zepchnięte do głębokiej defensywy trdycyjne partie i ich aparat, doskonale wiedzą o jaką stawkę toczy się gra i z pewnością, bez walki nie oddadzą pola, nie godzą się na rolę marginesu francuskiej polityki.
Przegrana Prezydenta Macrona w wyborach parlamentarnych, oznaczać będzie poważne uszczuplenie pola działania prezydenta, ryzyko realizacji jego obietnic wyborczych, czego symbolem znana z francuskiej praktyki politycznej V Republiki koncepcja cohabitation: rządy prezydenta i większości parlamentarnej pochodzących z różnych, czasami wrogich obozów politycznych.
W ocenie perspektyw i prawdopodobieństwa sukcesu wyborczego obozu E. Macrona, należy w moim przekonaniu zachować umiar. Osobiście uważam, że rozbicie polityczne francuskiej sceny politycznej, dominacja ideologicznych podziałów i  - mimo sukcesu wyborczego w wyborach prezydenckich - niskie poparcie społeczne dla nowego prezydenta, upoważnia do formułowania wniosku o analogicznie niskim prawdopodobieństwie powstania większości prezydenckiej. Być może sytuację zmienią wyniki pierwszej tury wyborów parlamentarnych, po których - przy zakładanym bardzo wysokim poparciu Frontu Narodowego - dojdzie do aliansów i porozumień między tradycyjną prawicą i lewicą, celem ograniczenia wpływów politycznych partii Marine Le Pen. Na dziś perspektywy budowy nowej większości prezydenckiej, na nowych zasadach, wydają się być mało realne.
Mając powyższe na względzie, w powszechnej euforii towarzyszącej wyborowi Emmanuel'a Macron'a na Prezydenta Republiki, akceptując ten wybór i dobrze życząc nowego francuskiemu prezydentowi, bo zawsze dobrze życzę Francji i akceptuję werdykty demokracji, zachowam umiar w ocenie wagi tego wyboru. Wszak Prezydenta też poznaje się po tym jak kończy, a aktualny prezydent Republiki Francuskiej ledwie zaczął. Dla realizacji programu z którym wygrał wybory, niezbędna jest jako warunek sine qua non większość prezydencka. Poczekamy, zobaczymy. 
Dla Polski i Polaków, francuski werdykt w wyborach parlamentarnych niewiele zmieni. Orientacja na konieczność zmiany funkcjonowania Współnoty Europejskiej, stanowi we Francji przedmiot daleko posuniętego consensusu. U jego źródeł leży nie polski hydraulik, a polski polityk, który z rażącą niewdzięcznością wobec rozmiaru i znaczenia dla Polski europejskich funduszy strukturalnych, burzy jedność europejską. Niestety, to także pokłosie wrodzonego nam anarchizmu, a szerzej zatruwającego polskie życie publiczne od wieków romantyzmu i jego sztandarowych atrybutów.  
   

wtorek, 2 maja 2017

Co by było, gdyby Frontu nie było

Finałem obecnego tygodnia w polityce, w wymiarze europejskim, będzie druga tura wyborów prezydenckich we Francji. Dla jednych (zwolennicy E. Macron'a) formalność, dla drugich (sympatycy M. Le Pen) historyczna szansa, dla wielu (Ci, którzy pozostaną w domu, głównie zwolennicy tradycyjnej prawicy i takiej samej lewicy), traumatyczne przeżycie oraz dylemat i dramatyczny zawód.
Dyskusja o francuskich wyborach prezydenckich, a wkrótce i parlamentarnych, mimo ich złożoności i potencjalnych, wielopłaszczyznowych konsekwencji, nie powinna być wyłącznie sporem o podłożu motywowanym poprawnością polityczną i etykietyzacją.
Warto zastanowić się szerzej nie tylko nad skutkami zachowań politycznych, preferencji i wyborów Francuzów, ubolewać nad ich rzekomą niedojrzałością i analogicznym ekstremizmem, ale nade wszystko potrzebna jest refleksja, nad przyczynami masowego przepływu elektoratu oraz wzrostu poparcia ruchów radykalnych, nie tylko na prawicy.
Teza, że ekstremizm we Francji nie jest efemerydą, ale jest zjawiskiem względnie trwałym, już od Rewolucji Francuskiej, znajdującym zmienne poparcie społeczne, w zależności od rozwoju sytuacji społeczno - politycznej i koniunktury ekonomicznej (przykładem choćby Action Francaise, ligi, z Croix de Feu na czele, czy wreszcie klasyczne partie: Front Paysan H. Dorgeres'a, Faisceau G. Valois, powstała w 1936 roku Parti Populaire Francais Jacques'a Doriot'a. która dorównywała liczebnością FPK, mimo samoograniczenia bazy członkowskiej!!!, o etapie Rewolucji Narodowej: 1940 - 1944, której ucieleśnieniem Vichy, nie zapominając. Także po 1945 roku, ruchy radykalne zajmują widoczne miejsce na francuskiej scenie politycznej, czego sztandarowym potwierdzeniem posiadająca 51 osobową reprezentację parlamentarną po wyborach 1956 roku, w których uzyskała 11,5% głosów, Unia Obrony Handlowców i Rzemieślników - UDCA P. Poujade'a), jest bez wątpienia zasadna, ale nie może tłumaczyć ona i uzasadniać wszystkiego.
Nie mniej istotne od istnienia tradycyjnej pożywki dla ruchów radykalnych we Francji, jest dostrzeganie prawidłowości i tendencji oraz odpowiedź na pytanie co się stało, że Front Narodowy - partia, która jeszcze w 1981 roku z przyczyn formalnych (brak podpisów tzw. 500 wyborców kwalifikowanych) nie była w stanie wystawić kandydata w wyborach prezydenckich, od wyborów europejskich 1984 roku (uzyskuje w nich 10,95% głosów), jest trwałym elementem francuskiego krajobrazu politycznego.
To nie tylko efekt poważnego i rozległego kryzysu ekonomicznego, potęgowanego przez globalizację/mondializację oraz postępujące zmiany w stratyfikacji społecznej (zmierzch klasy robotnicze, niezależnie pracujących, na rzecz lawinowego wzrostu funkcjonariuszy biurokratycznego państwa, o zupełnie innej percepcji życia społecznego). Presja obcych kulturowo imigrantów i problemy kształtu Współnoty Europejskiej, to także powód ważki, ale nie rozstrzygający. Źródeł renesansu radykalizmu, nie wyczerpuje też kryzys tożsamości narodowej, zachwianie poczucia bezpieczeństwa u znacznej cześci Francuzów, wreszcie redukcja debaty politycznej przez tradycyjne partie, do wyboru określonego modelu rozwoju gospodarczego, z deprecjonowaniem problemów społecznych.
Wydaje się, że zwłaszcza trzy kwestie, są z oczywistych powodów przemilczane i pomijane w analizach dotyczących przyczyn aktualnej pozycji radykalizmu we Francji:

1. Wiarygodność i konsekwencja w poglądach Frontu Narodowego. Wystarczy choćby pobieżna analiza programu tej formacji aby wykazać, że jej fundamentem programowym od dekad jest tożsamość narodowa, rozumiana jednocześnie w kategoriach etnicznych i kulturowych. Analogicznie, trwałe miejsce w programie Frontu, ma dezyderat jednorodności społecznej i szeroko pojętej preferencji narodowej (la preference nationale), oczekiwanie respektowania tradycji, sanacji narodowej, uprzywilejowanej pozycji francuskiej rodziny. Równie fundamentalny jest sprzeciw wobec partiokracji (cztery główne, historyczne partie V Republiki: RPR, UDF, FPK i PS, określane były mianem "bandy czworga" - "la bande des quatres"). Front od zawsze opowiadał się w końcu za gaullistowską wizją Konfederacji Europejskiej, wbrew Traktatom z Maastricht, które "upokarzają Francję". F.N od zarania, pryncypialnie i stanowczo sprzeciwia się imigracji, "która nie jest szansą dla Francji, lecz Francja jest szansą dla imigrantów". Te dezyderaty programowe powstały w czasie, kiedy europejską polityką zawładnęła idea kreolizacji i wielokulturowości, przekonanie o globalizacji jako panaceum na wszystko.

2. Kwestia bazy społecznej i elektoralnej Frontu Narodowego, którą - wbrew obiegowym i tendencyjnym opiniom - nie stanowią wcale wyłącznie ci, którym się nie udało. Już w latach 80 - tych ubiegłego wieku, w bazie członkowskiej partii, widoczna była co prawda nadreprezentacja mężczyzn, ale aż ponad połowę członków partii stanowili dobrze wykształceni ludzie do 35 roku życia, a 32%, przedstawiciele wolnych zawodów i kadry kierownicze. Już wtedy było wiadomo, że Front Narodowy dysponuję najbardziej przyszłościową bazą członkowską ze wszystkich francuskich partii politycznych. Przedstawiciele tzw. głównego nurtu, zbagatelizowali te tendencje i charakterystyki. Analizy socjologiczne elektoratu Frontu także nie pozostawiają złudzeń: i w latach 80 -tych XX wieku i obecnie ma on charakter ponadklasowy, był i jest najbardziej pesymistyczny w ocenie perspektyw własnych i kraju, cechuje go wyraźny krytycyzm oraz rezerwa wobec Zjednoczonej Europy, integracji europejskiej, globalizacji. Te prawidłowości też zbagatelizowano.

3. Istotną rolę w rozwoju Frontu Narodowego odegrało zaplecze intelektualne, zwłaszcza skoncentrowane wokół Klubu pod Zegarem (Club de l'Horloge) oraz Stowarzyszenie GRECE (le Groupement de Recherche et d'Etudes pour Civilisation Europeenne - Stowarzyszenie Poszukiwań i Studiów nad Cywilizacją Europejską. Prace A. de Benoist, a nade wszystko kolejne publikacje książkowe Klubu pod Zegarem, ze słynnym manifestem programowym: "La politique du vivant", zrobiły wiele dla popularyzacji idei prawicy narodowej we francuskim społeczeństwie. To przedstawiciele w/w organizacji i inni reprezentanci tzw. "Nowej Filozofii" (B, - H. Levy, A. Glucksmann, Ch. Jambet, G. Lardeau), tworzą podstawy teoretycznego uzasadnienia doktryny prawicy narodowej (tytułem jedynie ilustracji, podstawowe zagrożenie widzą oni w zaniku europejskich wartości w życiu społecznym, za co winę ponoszą "współcześni barbarzyńcy": 1). technokraci, wykorzystujący państwo dla rzekomo najdoskonalszej formy zaspokajania potrzeb, 2). tzw. progresiści, ulegający fetyszowi lewicowych dogmatów, które w istocie niszczą tradycję, 3). pedagodzy amnezji, odpowiedzialni za proces kształcenia społecznego, w którym nacisk kładziony jest na prolongatę elementów technokratycznego ładu społecznego, a nie na edukowanie pełnoprawnych dziedziców dorobku europejskiej tradycji). W tym czasie, prawomyślne europejskie elity i poprawne polityczne media, tkwią w okowach skądinąd słusznego marksistowskiego założenia, że byt kształtuje świadomość, co zmieniają dopiero negatywne efekty globalizacji i dolegliwe skutki kryzysu ekonomicznego pierwszej dekady XXI wieku, na które zarówno klasyczna prawica, jak i lewica (socjaldemokracja), nie potrafią wypracować dotąd skutecznego remedium.

Reasumując, aktualna pozycja Frontu Narodowego we Francji, to efekt wielu czynników, ewoluujących w czasie, wobec których tradycyjne partie polityczne długo pozostawały obojętne, głuche i nieme, a nawet zanik tej obojętności - mniejsza czy z przekonania, czy jedynie pragmatyczny - nie przynosi odczuwalnej zmiany w egzystencji milionów Francuzów, autentycznie zatroskanych kształtem jutra. W konsekwencji, elektorat Frontu Narodowego, którego liczebność w I turze wyborów prezydenckich 2017 roku przekroczyła 7,6 mln!!!, zasługuje nie na ostentacyjny ostracyzm, ośmieszanie, dezawuowanie, nie powinien być też powodem bagatelizowania, Jest wyzwaniem, wymaga wpierw zrozumienia, a następnie skonstruowania racjonalnej, akceptowalnej w społecznym consensusie oferty programowej, skierowanej dla tego elektoratu także.
Nawiązując zaś do tytułu, dobrze że Front Narodowy egzystuje we Francji, zmuszając tym samym klasyczne formacje polityczne do jakościowej konkurencji. Dobrze, że zwolennicy Frontu mogą organizować się w legalnej, konstytucyjnej partii. Alternatywą może być tylko wzrost społecznej apatii i agresji zarazem, która musiałaby znaleźć swoje ujście, najpewniej na ulicy. Osobiście wolę, aby Front był integratorem i płaszczyną artykulacji tych dążeń i wartości.
Niech zwycięża demokracja, a nie prymitywna poprawność polityczna, wszak póki co nikt nic lepszego nie wymyślił.      



czwartek, 6 kwietnia 2017

23 kwietnia 2017 r - Grand Derbi w Hiszpanii i we Francji?

          Wieczorem 23 kwietnia, uwaga piłkarskiego świata skupi się na madryckim Estadio Santiago Bernabeu, na którym Real Madryt, podejmował będzie w wielkich piłkarskich derbach Hiszpanii, Dumę Katalonii - FC Barcelonę.  Co prawda po Grand Derbi pozostanie jeszcze 5 kolejek do końca rozgrywek, ale wynik madrycko - katalońskiej konfrontacji, ma duże znaczenie nie tylko w walce o Mistrzostwo Hiszpanii. El Clasico poza wymiarem czysto sportowym (dotąd w rozgrywkach ligowych obie drużyny spotkały się 173 razy, a bilans tych spotkań jest więcej niż symboliczny: 72 zwycięstwa Barcelony, 72 wiktorie Realu i 33 remisy), ma także wymiar kulturowy: to starcie dwóch aksjologii, zderzenie dwóch tradycji, dwóch sposobów percepcji rzeczywistości.
Zanim kibice zasiądą wygodnie w fotelach, Francja stanie się areną innej wielkiej batalii: 23 kwietnia, to także dzień pierwszej tury wyborów Prezydenta Republiki, wydarzenia o kluczowym znaczeniu nie tylko dla Francji. Sondaże we Francji od dawna potwierdzają trwałą tendencję zmiany preferencji wyborczych Francuzów, skutkiem czego nadchodzące wybory prezydenckie nad Sekwaną, staną się z pewnością cezurą końcową charakterystycznego dla V Republiki, bipolarnego kształtu systemu partyjnego, podziału na lewicę i prawicę. Wspomniane badania opinii publicznej, a zwłaszcza przebieg ostatniej, wtorkowej (4 kwietnia), debaty telewizyjnej kluczowych, 11 - tu kandydatów, pokazują coś znacznie bardziej istotnego, stanowią zapowiedź nowej jakości na francuskiej scenie politycznej: dekompozycję i marginalizację obozu politycznego tradycyjnej prawicy i lewicy. Wcale nie hipotetyczna jest opcja, że do drugiej tury wyborów prezydenckich przejdą: reprezentantka prawicy narodowej Marine Le Pen - co nie jest żadnym zaskoczeniem - i - co może stać się sensacją - Jean Luc Melenchon: lewicowy radykał i quazi etatysta. daleki od głównego nurtu Partii Socjalistycznej. Taki obrót sprawy, taka obsada personalna II tury wyborów, przy jednocześnie niskiej frekwencji, faworyzowałaby reprezentantkę Frontu Narodowego, w wyścigu o Pałac Elizejski.
Niezależnie od ostatecznych zachowań wyborczych w elekcji prezydenckiej we Francji, jej następstwem będą zmiany jakościowe, o nader ważkich konsekwencjach:
   - koniec bipolaryzacji we francuskim życiu politycznym, to koniec tradycyjnej prawicy i lewicy w kraju galijskiego koguta, w aspekcie ideowo - doktrynalnym i organizacyjnym. Będzie to zwłaszcza dolegliwe dla francuskiej lewicy, przez dekady trwania V Republiki, czyniącej z jedności absolut i postrzegającej ową jedność - dodajmy w pełni zasadnie - jako źródło swoich sukcesów i siły politycznej. Byłoby to też swoiste dopełnienie sprawiedliwości dziejowej, PS bowiem skanibalizowała swego czasu bazę społeczną Francuskiej Partii Komunistycznej. Kluczowym pytaniem w takim scenariuszu, jest kwestia politycznej, ideowej i organizacyjnej spuścizny francuskiej lewicy, bo istnienie lewicowej bazy społecznej we Francji jest i pozostanie faktem niezaprzeczalnym;   
   - jeżeli dekompozycję lewicy i prawicy zwielokrotniłyby spodziewany wybory parlamentarne we Francji, nastanie czas odbudowy francuskiego systemu partyjnego. Pytaniem otwartym pozostaje kwestia według jakiego modelu i w jakim kształcie, chyba że francuski elektorat - hołdując pragmatyzmowi i zachowując racjonalną powściągliwość - wybierze znaną z najnowszej historii V Republiki opcję na cohabitation (współzamieszkiwanie), nieco egzotycznego Prezydenta, ze stabilną, tradycyjną większością rządową, ograniczając tym samym w konsekwencji wielowymiarowe ryzyka.
    - wybór między M. Le Pen, a J.-L. Melenchon, to niezależnie od zwycięscy, nowa jakość europejska. Wśród wielu różnic między tymi kandydatami i obozami politycznymi które uosabiają, istnieje fundamentalny consensus między nimi, co do negatywnej oceny obecnego kształtu Wspólnoty Europejskiej, determinizmu zasadniczych zmian ustrojowych i hierarchii wartości. Kandydaci ci, a precyzyjnie ich potencjalne zwycięstwo, oznacza zarazem poważne problemy dla integracji europejskiej i obecnych głównych beneficjentów hojności Unii; nade wszystko Polski. 
W hiszpańskim Grand Derbi, jestem zdeklarowanych od ponad czterech dekad fanem FC Barcelony, wszak stanowi ona "więcej niż klub". We francuskiej batalii wyborczej, liczba niewiadomych, versus społeczny determinizm i orientacja na zmiany, każe zachować powściągliwość w rekomendacjach. Za komentarz niech posłuży przykład z najnowszej historii Niemiec: pamiętam europejski lament i polską histerię, kiedy na drodze konstruktywnego votum nieufności, koalicję socjaldemokratyczno - liberalną (SPD-FDP) z kanclerzem H. Schmidtem, zastępowała koalicja chadecko-liberalna (CDU/CSU-FDP) kanclerza H. Kohla (1982 rok). Miało być radykalnie, z demonami przeszłości, było pragmatycznie i racjonalnie. Miało być źle dla wszystkich, wyszło dobrze dla większości, w tym zwłaszcza dla Polski. Spokojnie. Francja, to dojrzała demokracja, racjonalnych ludzi, świadomych swojej wartości, ale i roli oraz miejsca w świecie i wynikających z tego faktu powinności.              

wtorek, 14 marca 2017

Europa AD 2017- Kto z kim, przeciwko komu i po co?

    Niestabilna, globalna sytuacja polityczna w świecie, rok wyborczy w Europie, który z pewnością potwierdzi zmianę preferencji wyborczych Europejczyków, wreszcie wywołany globalizacją, masową imigracją i różnicami interesów narodowych, kryzys zasadności, kształtu i kierunku integracji europejskiej, to podstawowe parametry aktualnego położenia społeczno - politycznego Starego Kontynentu.
W dyskusjach o tych problemach, w gorączkowym, by nie powiedzieć rozpaczliwym poszukiwaniu rozwiązań i remediów - jak w każdej uczciwej dyskusji - potrzebna jest daleko posunięta merytoryczność argumentacji, z jednoczesnym unikaniem demagogii, która jest zdecydowanie złym doradcą i narzędziem, choć przejściowo może przynieść profity jej zwolennikom.
Elity polityczne Europy, egzystujące dostatnio i wygodnie w klimatyzowanych, przysłowiowych "szklanych domach", nierzadko wielogeneracyjnych (dziadkowie - dzieci - wnuki), utrzymujące się jakże często z wielopokoleniowego przywiązania zawodowego - dodajmy intratnego - do rozmaitych instytucji europejskich, nie są zdolne do realnej oceny sytuacji, stanu nastrojów społecznych, popełniając przy tym kardynalny błąd strategiczny, polegający na myleniu przyczyn ze skutkami. Ten fetysz w diagnozie, niesie za sobą poważne, wielowymiarowe konsekwencje. Nieopodatkowany, sowicie wynagradzany funkcjonariusz - pracownik Unii, z przywilejami emerytalnymi i wieloma innymi benefitami, nie rozumie klasycznego pracownika najemnego, poddawanego wszechobecnej presji optymalizacji kosztowej, z niepewną sytuacją zatrudnienia i mglistymi perspektywami życiowymi oraz emerytalnymi, pozbawionego jakichkolwiek przywilejów.
Europejczycy w swej masie nie kwestionują zasadności jedności europejskiej, rozumianej jako wspólny rynek i swoboda poruszania się, a nawet wspólna waluta, czy tożsamość wartości. Kwestionują wszechobecną i niezrozumiałą standaryzację, rozdętą biurokrację europejską, nadmiar regulacji. Dodatkowo, mieszkańcy "Starej" Unii, kontestują niesymetryczność korzyści między "Starą", a "Nową" Unią, traktując zaangażowanie w wyrównywanie zapóźnień cywilizacyjnych, zwłaszcza na  wsch. i płd. Europy, jako element eksportu miejsc pracy i warunków życia, bez ekwiwalentności tej wymiany, realizowane nie w interesie państw narodowych, a nawet nie interesów europejskich, ale w imię ponadnarodowego, bezimiennego kapitału, kierującego się wyłącznie krótkoterminową maksymalizacją zysku, bez względu na koszty i konsekwencje społeczne. Wreszcie dla wielu, labilna aksjologicznie Unia, faworyzująca wyraźnie interes szeroko pojętych mniejszości, kosztem większości, kosztem tradycji narodowych, jest nie tylko już nie zrozumiała, jest nade wszystko nieakceptowalna.
Europejczycy boją się utraty poziomu życia, bo poczucie osobistego bezpieczeństwa już stracili na skutek presji imigrantów, utraty pewności jutra - wartości głęboko zakorzenionych na Starym Kontynencie. Wreszcie przeciętni, europejscy pracobiorcy, nie podzielają hierarchii wartości europejskich elit. To rozdarcie, potęgowane coraz większym znaczeniem socjologicznym, a w konsekwencji wyborczym europejskiej klasy urzędniczej - beneficjentów państw i Wspólnoty, destabilizuje i anarchizuje, burzy dotychczasowy ład społeczny w Europie.
Rosnące w Europie nastroje apatii i kontestacji, stały się jednocześnie źródłem renesansu partii anty systemowych, renesansu, a nie powstania, bo formacje te były obecne w europejskim krajobrazie od zawsze. Wystarczy prześledzić losy flagowego ugrupowania: francuskiego Frontu Narodowego, aby zrozumieć, że nie jest to efemeryda, a trwały - choć cieszący się zmiennym poparciem - element europejskiej mozaiki politycznej. Każdy, kogo stać na minimum transparentności i obiektywizmu zauważy, że apologetyka wartości narodowych, sprzeciw wobec społeczeństwa wielokulturowego, wspólnej waluty, nadrzędności jurysdykcji europejskiej nad krajową, globalizacji, europejskiej biurokracji, to od ponad trzech dekad trwały element ideowo - programowy Frontu. Można nie podzielać tak prowadzonego i argumentowanego dyskursu, ale stabilność doktrynalna Frontu Narodowego jest faktem bezspornym.
Rozumiem pragmatykę i potrzeby bieżącej walki politycznej, ale w imię zwykłej uczciwości i elementarnej prawdy, warto zachować przyzwoitość w ocenach programu Frontu i jego zwolenników. Można być adwersarzem Frontu, ale nie wolno odmawiać sympatykom tego ugrupowania i jemu podobnych, prawa do istnienia tak długo, jak długo traktują kartkę wyborczą, jako jedyne źródło legitymizacji władzy. Jego zwolennikami, nie są ani pogrobowcy faszyzmu, ani społeczne relikty komunizmu. W bazie społecznej, a zwłaszcza w bazie członkowskiej, wcale nie widać nadreprezentacji bezrobotnych, słabo wykształconych, tych, którym się nie chce, albo tych, którym się nie udało. Oś integracji przebiega inaczej: zwolennicy Frontu to ci, którzy już nie wierzą tradycyjnym partiom, znużeni i zawiedzeni karuzelą reprezentantów tradycyjnych elit, szukający ratunku w totalnej wymianie klasy politycznej, z nadzieją na fundamentalne zmiany, w imię interesów większości. Inną kwestia jest pytanie, na ile realne i możliwe są do spełnienia te oczekiwania, w aktualnych uwarunkowaniach i parametrach funkcjonowania.
Wbrew woli i narracji poprawnych politycznie mediów, w opozycji do dominującej do niedawna neoliberalnej opcji w rządzeniu, Europejczycy próbują dokonać rekompozycji swojego narodowego i europejskiego domu. Nie muszą pytać o zgodę dotychczasowych elit, mają do tego suwerenne prawo. I jeszcze jedno: polonocentryzm nie jest uniwersalną zasadą percepcji europejskich spraw, a nasz urągający zdrowemu rozsądkowi, niczym nie uzasadniony mesjanizm i polski romantyzm polityczny, jest zdecydowanie złym doradcą. Polska roszczeniowa postawa w Europie, jest nie tylko rażącą niewdzięcznością, jest kardynalnym błędem, jest występowaniem przeciwko polskiej racji stanu, za którą przyjdzie nam drogo zapłacić. I nie chodzi wcale o casus wyboru Przewodniczącego Rady Europy, o stosunek do D. Tuska. Niestety, w Polsce zaczyna brać górę - jak mawiają niektórzy - wrodzona nam skłonność do anarchizowania i relatywizowania wszystkiego. Nieprzewidywalność, brak ciągłości, a wielu sprawach po prostu małostkowość i rewanżyzm, nie znajdą poklasku w Europie. Tendencji tych nie odwróci także przyjmująca charakter masowego procederu inicjatywa oddawania poszczególnych obszarów życia społecznego, a nawet spółek prawa handlowego, pod opiekę sił nadprzyrodzonych w Polsce. Nie wierzę, aby Opatrzność była tak drobiazgowa i tak interesowna. To raczej przejaw polskiego zacofania, narodowego kompleksu, wulgarnej manipulacji, niż wyraz prawdziwego kultu religijnego i przywiązania do tradycyjnych wartości. Cóż, nad Wisłą, od wieków, możliwe jest prawie wszystko.              

wtorek, 7 lutego 2017

Uniwersalne przewiny polityków, demolują demokrację nie tylko we Francji

      Kampania przed zbliżającymi się, kwietniowymi wyborami prezydenckimi we Francji, nabiera tyle naturalnego tempa, co nadzwyczajnego kolorytu. Kiedy wydawało się powszechnie, że dwie główne rodziny polityczne: tradycyjna prawica i lewica, zdołały w końcu wyłonić w prawyborach swoich kandydatów, którzy staną w szranki wyborcze, z liderem prawicy narodowej - Marine Le Pen, a francuska scena wyborcza, okaże się areną próby rozhermetyzowania tradycyjnego, bipolarnego podziału politycznego, mnożące się skandale z udziałem nominatów, niweczą starania i prognozy.
Dotąd politycy prześcigali się tradycyjnie wyłącznie w obietnicach, mających na celu uatrakcyjnienie własnej oferty, czasami wbrew logice i zasadom rachunku ekonomicznemu. Najnowszym przykładem i szczytowym osiągnięciem w wyborczej licytacji we Francji, jest zapowiedź zwycięzcy prawyborów na lewicy, radykała Benoit Hamon'a, który lansuje nośny propagandowo dezyderat tzw. dochodu uniwersalnego: każdy Francuzów, który ukończył 18 lat, uzyskałby - rzecz jasna po zwycięstwie wyborczym Hamon'a w wyborach na urząd Prezydenta Republiki - gwarancję państwa uzyskiwania dochodu miesięcznego, na poziomie nie niższym niż 750 Euro. Jak skrzętnie podliczono skutki tego pomysłu w wymiarze finansowym, jego roczny koszt to minimum 450 mld Euro, przy rocznym budżecie Francji na poziomie 374 mld Euro. Informacji o źródle sfinansowania deficytu, na razie ze strony twórcy i orędownika pomysłu brak.
Teraz jednak pojawiają się nowe, nieznane dotąd w tej skali zjawiska i okoliczności, które dotyczą liderów wyścigu do Pałacu Elizejskiego we Francji. Do niedawna, zdawało się pewniak do urzędu Prezydenta Republiki, reprezentant tradycyjnej prawicy: Francois Fillon, apologeta ładu, porządku i determinizmu reform, za sprawą swojej żony Penelope, fikcyjnie przez lata zatrudnionej jako asystentka parlamentarna, stał się nieuzasadnionym beneficjentem 500 tys. Euro, jako ekwiwalentu rzekomego zatrudnienia małżonki. Dodatkowo, żona F. Fillona - jak donoszą media - na skutek relacji i pozycji męża, została zatrudniona jako krytyk literacki w jednym z wydawnictw, uzyskując za dwie recenzje apanaże w wysokości 100 tys. Euro.
Lider prawicy narodowej - Marine Le Pen, otrzymała z kolei z Parlamentu Europejskiego nakaz zwrotu 340 tys Euro, z tytułu fikcyjnego zatrudnienia dwóch asystentów parlamentarnych, będących de facto funkcjonariuszami partyjnymi Frontu Narodowego.
Zgłaszający aspiracje prezydenckie i prowadzący niezależną kampanię socjalista Emmanuel Macron, usłyszał zarzuty, że będąc jeszcze socjalistycznym Ministrem Gospodarki, z budżetowych środków, subsydiował powstanie i rozwój stanowiącej własne zaplecze polityczne formacji En Marche! ("Ruszajmy Razem"!).
Ten zasadniczy rozdźwięk między aksjologią deklarowaną publicznie, a własną, urasta do rangi epidemii w życiu publicznym, nie tylko Francji. Polskie życie polityczne od lat dostarcza wystarczająco dowodów potwierdzających tą tezę. Wszyscy wiemy, zwłaszcza w epoce dominacji mediów elektronicznych i marketingu politycznego, że polityka kosztuje, że życie polityczne, a zwłaszcza kampanie wyborcze, to okres kupczenia wszystkim, dla wyników sondaży, poklasku, przychylności mediów oraz głosów elektorów. Zdaje się nawet istnieje consensus co do tego, że polityka jest zawodem, wszak winna być jednak zarazem zawodem zaufania publicznego, o co dziś coraz trudniej.
Klasa polityczna zdaje się jednak równocześnie nie rozumieć, że powszechność dostępu do informacji, powoduje nieuchronność społecznego niezadowolenia i kary za przewiny o patologicznym charakterze. Te przewiny wiążą się jakże często z prywatą, nepotyzmem, przywłaszczeniem, po prostu kradzieżą szeroko pojętych środków publicznych.
Poza wymiarem jednostkowym, którego wyrazem może być i powinien społeczny ostracyzm wobec polityków, jest jednak jeszcze jedna istotna okoliczność. Patologie klasy politycznej, skutkują coraz większą rezerwą szerokich mas wobec systemu demokratycznego, a ponieważ życie publiczne nie znosi próżni, coraz powszechniejsze są społeczne resentymenty za silną, autorytarną władzą, która zapewniałaby sprawiedliwość, nawet kosztem ograniczenia praw demokratycznych. W konsekwencji, coraz większa liczba wyborców decyduje się nie tylko na absencje w elekcjach, traktowane jako wyraz protestu, ale coraz powszechniej na popieranie ruchów radykalnych, postrzeganych jako ostateczne panaceum na wszelkie zło, którego uosobieniem demokracja. W efekcie końcowym mówimy o deficycie demokracji i kryzysie instytucji demokratycznych, mylnie definiując przyczyny i skutki.  
Z opisanej sytuacji płynie jeden wniosek pozytywny: mimo presji mediów głównego nurtu, mistrzowskich technik socjotechnicznych klasy politycznej, obywatele coraz częściej są w stanie przedstawić i wyegzekwować - za sprawą kartki wyborczej - rachunek rządzącym za niegodziwość, za zaniechania, za prywatę, za patologie. Ta nieuchronność kary jest budująca i zasługuje na daleko posuniętą społeczną solidarność. Skoro bowiem politykowanie jest zawodem na konkurencyjnym rynku, w jego ocenie trzeba przyjąć rynkowe zasady oraz istotnie podnieść wymogi, o mechanizm korygujący oraz podnoszący oczekiwania wobec tych, którzy decydują się na uprawianie zawodowo polityki. Warto też przy tym wyrazić nadzieję, oby jak najdłużej pręgierzem dla nieudolnej klasy politycznej była wyborcza urna, a nie po prostu ulica,choć perspektywy w tym względzie nie są wcale jednoznaczne.
    
   

czwartek, 29 grudnia 2016

2017 rok: początek świata, którego nie ogarniamy?

        Perspektywa Nowego Roku, skłania powszechnie ku refleksji i planowaniu. Refleksji nad czasem minionym i planowaniu - w różnych horyzontach czasowych - przyszłości. Niezależnie od perspektyw i podejścia, czujemy intuicyjnie i chyba zasadnie, że żyjemy w czasach niezwykłych. 
W Trzecim Świecie, zwłaszcza zaś w Ameryce Łacińskiej, bardzo często przytaczana jest opowieść z pozoru frywolna, po głębszym zastanowieniu jednak zawierająca głęboką treść i wcale nie łatwe przesłanie, dotycząca relacji z cywilizacją białego człowieka. Zgodnie z treścią tej przypowieści, kiedy biały człowiek pojawiał się we wspomnianych krajach, w rękach miał Biblię, rdzenni mieszkańcy zaś byli właścicielami ziemi. Biały człowiek, deklarując pokojowe zamiary, zaapelował o wspólną modlitwę, o budowę nowej wspólnoty, opartej na nowej aksjologii. Rdzenni mieszkańcy w zaufaniu i hołdując otwartości, zamknęli oczy, oddając się medytacjom i refleksji, przyjmując nowe wartości za swoje. Kiedy otwarli oczy, z początkowym niedowierzaniem, skonstatowali brutalną prawdę: biały człowiek stał się właścicielem ziemi z jej dobrami, a rdzennym mieszkańcom pozostała Biblia.
Anegdota ta oddaje ducha relacji między współczesnym człowiekiem, a kapitałem i jego właścicielami, z tą różnicą, że rolę Biblii odgrywa we współczesnym świecie globalizacja i jej atrybuty oraz poprawność polityczna. Najpierw teoria konwergencji, a następnie mit demokracji przedstawicielskiej i powszechnego dobrobytu sprawiły, że zdominowane przez ludzi o statusie pracobiorców wielkie grupy społeczne, marząc o otwartym świecie, zwłaszcza zaś o zjednoczonej Europie, z jedną walutą, prawem swobodnego przepływu ludzi i kapitału, nieskrępowaną komunikacją, nie zauważyły że utraciły suwerenność i podmiotowość. Jako pierwsze, te anomalie zauważyły nie partie socjalistyczne i związki zawodowe, co winna być naturalne - z uwagi na ich bazę społeczną - ale partie narodowe, długo wyszydzane i wyśmiewane przez media i polityków głównego nurtu. Dopiero niedawny, światowy kryzys gospodarczy (dla wielu wcale jeszcze nie zakończony) i problem demograficzny, a w Europie dodatkowo problem z masową migracją, z krajów obcych kulturowo, obudził z letargu prawie wszystkich. W efekcie prysnął mit dobrobytu, szeroko pojętego bezpieczeństwa, ciągłego wzrostu gospodarczego i analogicznej dominacji. Podważeniu uległ dotychczasowy model życia, nie tylko w aspekcie prymatu konsumpcji, ale nade wszystko naturalnych kolei życia człowieka Zachodu: uczącego się, następnie pracującego, odkładającego na starość, w stale zyskujących na wartości jednostkach funduszy inwestycyjnych, inwestującego - korzystając z dźwigni finansowej i taniego kredytu - w stale zyskujące na wartości nieruchomości, bądź obligacje państwowe. A wszystko to w poczuciu spokoju i bezpieczeństwa, którego gwarantem było państwo. Ta nowa jakość w naszym życiu, nie jest w istocie niczym nowym, tak kończyła się belle epoque we Francji przed 1914 rokiem, tak dogorywała Europa przed II Wojną Światową. Problem polega dziś na właściwej diagnozie i implementacji skutecznego programu korygującego, bo na naprawczy jest już chyba za późno. 
Jeżeli nie optujemy za rewolucją - a moim zdaniem nie powinniśmy, z uwagi choćby na nieoszacowane koszty i niepewny kierunek oraz konsekwencje rewolucji (warto pamiętać, że ostatnia relatywnie udana, choć krwawa, to Rewolucja Francuska) - trzeba mieć wizję przyszłości względnie sprawiedliwej, choć z pewnością nie bezkonfliktowej.
Dzisiejszy powszechny lament nad restytucją radykalizmów w Europie, ze skłonnością do ostracyzmu i nowej formuły wykluczenia ich zwolenników, powinien zastąpić swoisty pozytywizm, oparty na humanistycznym szacunku, większej sprawiedliwości społecznej, eliminacji nieuzasadnionych różnic w poziomie życia, w wymiarze aksjologicznym,
Europa, świat Zachodu, potrzebuje dbałości o tożsamość i tradycje, ale zarazem ze strony depozytariuszy owej tradycji - hierarchii kościelnej wszystkich szczebli - prawdziwego zaangażowania, bez względu na własny status materialny i bez priorytetu dla prolongaty własnych przywilejów korporacyjnych, nierzadko wbrew elementarnym zasadom przyzwoitości. Kościół katolicki w Europie, a zwłaszcza w Polsce, potrzebuje nowej formuły Teologii Wyzwolenia, dostosowanej do wymogów i specyfiki Zachodu, z prymatem dla wrażliwości społecznej i losu milionów pracobiorców, z jednoczesnym samoograniczeniem i poszanowaniem praw właścicieli kapitału.   
Zmienia się też, by nie powiedzieć przeżywa model demokracji przedstawicielskiej, oparty na kluczowej roli partii politycznych. Stoi przed nami nie lada wyzwanie dotyczące bardziej efektywnej niż dotychczasowa organizacji społeczeństwa, metody kooptacji nowych członków elit politycznych, zapewnienia skutecznych rządów większości, z jednoczesnym poszanowaniem praw mniejszości.
Musimy znaleźć sposób na zagospodarowanie coraz większej liczby obiektywnie wykluczonych, na skutek postępu technologicznego, ze świadomością, że brak systemowych rozstrzygnięć w tym obszarze, jest wyzwaniem nie mniejszym niż masowa, obca kulturowa migracja do Europy.
Pozostając w amoku presji marketingu we wszystkich obszarach naszej egzystencji, musimy zarazem postawić pytanie o racjonalność ekonomiczną, o zasadność posiadania nadmiaru dóbr konsumpcyjnych.
Trzeba mieć świadomość ciągle zasadnej, choć wcale nie nieuchronnej groźby globalnego, czy regionalnego konfliktu zbrojnego, jako skutku tyle aspiracji, co obiektywnie zachodzącego procesu przebiegunowania politycznego świata.
Na wiele z tych zmian nie mamy realnego wpływu, co jednak nie usprawiedliwia bynajmniej deficytu wspólnej troski o przyszłość, a jeszcze bardziej nie uzasadnia braku wysiłku w kierunku obiektywnego zrozumienia relacji przyczynowo - skutkowych we współczesnym świecie.
Wreszcie z naszego, polskiego punktu widzenia, warto porzucić niczym nie uzasadniony polonocentryzm w percepcji świata i Europy, warto pryncypialnie odchodzić od szkodliwego romantyzmu w aksjologii oraz codziennych zachowaniach społeczno - ekonomicznych, na rzecz pozytywizmu i pragmatyzmu. Nasz marzycielsko - roszczeniowy stosunek do bliższego i dalszego otoczenia, jest nie tylko przejawem wstecznictwa, jest groźny dla strategicznych interesów Polski i każdego z nas.
O takie nowe myślenie, przepojone racjonalnością i pragmatyzmem, pozbawione żądzy rewanżu podejście apeluję w Nowym, 2017 Roku. Sugeruję także i zabiegam o wzajemną życzliwość i przyzwoitość. Choć wszyscy wiedzą, że jedynym nie monitorowanym kotłem w piekle jest polski kocioł, nie wymagający nadzoru, bo rzekomo Polacy sami pilnują, aby nikt z niego nie uciekł do lepszego świata, może warto pokonać ten stereotyp?                       

wtorek, 20 grudnia 2016

Refleksje spod bożonarodzeniowej choinki

    Nadchodzące Święta Bożego Narodzenia, będą wyjątkowymi pod wieloma względami.
   W Polsce, to czas nasilającego się konfliktu o pryncypia, wcale nie zbudowanego na osi "stare"-"nowe", a na dychotomii racjonalno/pragmatyczne - emocjonalno/rewanżystowskie. Pisząc to, nie bronię wcale Platformy Obywatelskiej, czemu dałem wyraz nie raz mówiąc, że czyściec przez który teraz przechodzimy, to skutek nade wszystko jej przewin, partykularyzmów, egoizmów i patologii. Konstatacja ta, nie upoważnia jednak obecnie rządzących do zawłaszczenia przestrzeni publicznej, pozaprawnego rewanżyzmu, wreszcie zmonopolizowania wszystkiego, w imię absurdalnych założeń ideologicznych, wynikających tyle z radykalizmu, co kompleksów. Nie bronię przy tym przywilejów służb, choć warto zarazem pamiętać, że służby specjalne istnieją od wieków w każdym państwie, a podważanie sensu ich istnienia, relatywizowanie ich działań, jest tyle nieodpowiedzialne, co niebezpieczne. Warto także pamiętać, że demokracja nie zna zasad zbiorowej odpowiedzialności, że każdy przypadek winien być rozpatrywany indywidualnie, a pełzająca, kolejna lustracja służb, to droga do ich paraliżu. Warto wreszcie mieć na uwadze, że historia Polski nie zaczęła się ani w 1980, a tym bardziej w 1989 roku. Przyjmowanie takiej percepcji w oglądzie polskiej rzeczywistości, to niebezpieczny wewnętrznie i zewnętrznie precedens. 
Także w ocenie programu polityczno - gospodarczych zmian w Polsce, warto zachować umiar, nie ulegając egzaltowanemu populizmowi. Przykład starożytnego Rzymu choćby dowodzi, że mimo iż 1/3, a nawet zdaniem niektórych 1/2 ówczesnego społeczeństwa wiodło żywot subsydiowany przez państwo, nie zapobiegło to ani upadkowi Rzymu, ani dramatycznym kolejom losu imperium. Znaczącym dla mnie deficytem życia publicznego w Polsce jest fakt, że władza nie jest zobligowana do wskazania źródeł sfinansowania swoich pomysłów, bo w bez kosztowy społecznie wymiar sztandarowych programów Dobrej Zmiany, wierzy chyba niewielu?
Mam wreszcie wrażenie, że jesteśmy w Polsce świadkami narodzin nowego kultu państwowego: kultu śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Kultu opłacanego z państwowej kasy, tyle kontrowersyjnego, co obiektywnie nieuzasadnionego. Śmierć bowiem - nawet najbardziej tragiczna - nie może być przyczynkiem do pomnikomanii i czynienia z miesięcznic tego dramatycznego wydarzenia, uroczystości z własną obrzędowością i symboliką    
    W Europie, sytuacja jest wcale nie mniej skomplikowana. Dostatnia, stabilna Europa, mimo zaklęć brukselskich elit, umiera na naszych oczach. Sadzę, że wielu Europejczyków już dawno przyswoiło sobie, że jedynie co pewne to zmiana. Znacznie groźniejsze jest zyskujące coraz szerszy społeczny poklask przekonanie, że jedynie co pewne, to niepewność. Istotą jest nie tylko spór o kształt jedności europejskiej, o model europejskiej integracji, jej kierunek, kształt i beneficjentów. Otwartość i gościnność Europy, uderzyła rykoszetem w podstawy egzystencji Europejczyków, czego koronnym przykładem Niemcy. Otwarcie granic dla imigrantów, skutkuje lawinowym wzrostem popytu na szeroko pojęte bezpieczeństwo. Kolejne zamachy, poza dramatem jednostek i rodzin, podważają zaufanie do państwa, obowiązującego porządku prawnego, uruchamiają tęsknoty za państwem autorytarnym, za rządami silnej ręki, traktowanymi coraz częściej jako panaceum na całe zło. Zmiana nastawienia i preferencji wyborczych, jest aż nadto widoczna i zaskutkuje z pewnością zmianami jakościowymi na europejskiej scenie politycznej w roku przyszłym, zwłaszcza w dwóch kluczowych krajach: Francji i Niemczech.
Dekadencja Europy nie wyczerpuje jednak problemów współczesnego świata. Niepewność co do kształtu polityki nowej administracji amerykańskiej, konfrontacyjna polityka Rosji, chińskie pytania i wyzwania, ofensywa islamskiego radykalizmu, rosnące nierówności społeczne i ocean biedy oraz głodu, dramatyczne wyzwania ekologiczne, dopełniają obszar frustracji. 
Nie sposób znaleźć uniwersalnego panaceum na ryczącą rzeczywistość, bo jej jakościowa zmiana wymaga consensusu i determinizmu - wartości, których deficyt w skonfliktowanym współczesnym świecie jest szczególnie zauważalny, Jakie jest zatem przysłowiowe opium uśmierzające ból bezradności?  
Święta Bożego Narodzenia mają wymiar cywilizacyjny, a nie tylko religijny, są dzisiaj moim zdaniem mniej wyznaniem wiary, co manifestacją wierności tradycji hellenistyczno - rzymskiej, europejskiej aksjologii. Skoro tak, dbajmy o rodzinne spotkania świąteczne, ich atmosferę i symbolikę. Nie dajmy się prowokować i manipulować. Uważnie słuchajmy zarówno polityków, jak i duchownych, poddając ich argumentację rzetelnej, merytorycznej analizie.
W biznesie powszechne jest przekonanie, że nie ma firm bez problemów, są za to firmy bez przyszłości, których jako pracobiorcy i zarządzający należy unikać. Może warto to podejście zaimplementować w życiu społecznym? Problemów nie da się uniknąć, trzeba je rozwiązywać, mniej lub bardziej udolnie i skutecznie. Zdecydowanie warto jednak rekomendować odchodzenie od zachowań bez przyszłości, z negatywną konotacją, którymi są zwłaszcza: brak otwartości i tolerancji, szeroko pojęty egoizm, rewanżyzm, radykalizm wszystkich opcji.