wtorek, 16 kwietnia 2019

Pożar paryskiej katedry Notre Dame - płomienie rozpaczy i ogień nadziei

     Data 15 - go kwietnia, miała dotąd w kulturze światowej i świadomości społecznej konotację związaną przede wszystkim z rocznicą urodzin genialnego Leonarda Da Vinci (1452). W historii Francji i Francuzów, we francuskiej kulturze, to dotychczas data kojarzona z rocznicą francusko - angielskiej bitwy o Fornigny (15.04.1450), w wyniku której Normandia znalazła się pod panowaniem francuskiem, z zajęciem w 1798 roku Genewy, która przez kolejnych 16 lat, była siedzibą francuskiego departamentu Leman, wreszcie z rocznicą śmierci symbolu egzystencjonalizmu: Jean'a Paul'a Sartre'a (15.04.1980). Od wczoraj jednak, ta data ma nową tragiczną, uniwersalną symbolikę: kojarzyć się będzie z pożarem perły światowej architektury, francuskiej kultury, jednego z symboli chrześcijaństwa: paryskiej katedry Notre Dame.  
Wszechobecne media pozwoliły, aby paryski dramat rozgrywał się na oczach milionów widzów na całym świecie.
Rozmiar strat przygnębia.  
Francuzi to wielki naród, a Francja to wielki kraj, z poczuciem zasadnej i należnej dumy, przeznaczenia oraz dziejowej misji. Jestem absolutnie pewien, że katedra zostanie z pietyzmem i dbałością o szczegóły odbudowana, niezależnie od kosztów i czasookresu przedsięwzięcia. Zresztą pierwsze reakcje, zarówno oficjalne władz, jak i obywateli, nie pozostawiają cienia wątpliwości w tym względzie, co stwierdzam z radością i ulgą zarazem. Skądinąd odbudowa paryskiej katedry winna być zobowiązaniem nie tylko Francuzów, ale i Zjednoczonej Europy.
Francuzi, francuskie władze, traktują odbudowę katedry jako dziejowe zobowiązanie wobec kultury światowej, tradycji narodowej, jako obowiązek wobec przyszłych generacji i dług wobec przeszłych. To budujące, mając na względzie ostentacyjnie laicki charakter współczesnej Francji, kraju, który mimo silnego, symbolicznego osadzenia w realiach chrześcijaństwa, w wielu aspektach ma dziś status kraju misyjnego.
Daleki jestem od epatowania kogokolwiek symboliką, doszukiwania się mistycznych przekazów, interpretowania wczorajszej tragedii w kategorii kary za grzechy, czy też przestrogi, z opcją nawoływania o zmianę. Przekonania religijne traktuję jako sferę prywatności każdego człowieka. Tym niemniej jest sprawą bezsporną, że w oficjalnie laickiej od 1905 roku Francji, chrześcijaństwo i związane z nim poczucie tożsamości, jest, a przynajmniej było do wczoraj passe, traktowane bywa jako element odchodzącej bezpowrotnie przyszłości, tyle wstydliwy, co archaiczny. W Europie, w której elity długo lansowały koncepcję społeczeństwa wielokulturowego, teorię kreolizacji, publiczne opowiadanie się za tradycją, za tożsamością nawiązującą do aksjologii chrześcijaństwa, traktowane było jako przejaw wstecznictwa, wręcz społeczno - politycznego ekstremizmu. We Francji fragmentaryzowanej przez agresywny islam, w Europie zalanej uchodźcami szukającymi lepszego życia bez pracy i asymilacji ze społeczeństwami krajów przyjmujących, przywołując tytuł znakomitej pracy  prof. Jacka Bartyzela poświęconej katolickiej kontrrewolucji w krajach romańskich, opowiadanie się za tradycją i tożsamością nawiązującą do chrześcijaństwa, do dorobku hellenistyczno - rzymskiego, było wyborem powolnego umierania. Mam nadzieję jednak, że Europejczycy trzeżwieją w spojrzeniu na rzeczywistość, że dostrzegają dramatyzm sytuacji, dylemat symbolicznego wyboru między chrześcijaństwem, a islamizacją. 
Osobiście zachowuję duży dystans wobec zachowań znacznej części urzędników Pana Boga, nachalności zwłaszcza polskiej hierarchii kościelnej, nie wspominając o trapiących kler patologiach i niezasadnych przywilejach. Ten dystans nie może jednak przesłaniać tragizmu sytuacji i wymogu chwili. Kiedy trzeba wybierać między chrześcijaństwem, a islamem, wybór jest prosty. Każdy racjonalny Europejczyk, musi w imie pokoju społecznego dziś i przyszłości naszych wnuków jutro, powtórzyć za Charlesem Maurras'em: "[...] Jestem Rzymianinem w takim stopniu, w jakim jestem człowiekiem: istotą, która zbudowała miasto oraz państwo bez wyrywania korzeni; zwierzęciem społecznym [...] Jestem Rzymianinem poprzez wszystko to, co jest radością tworzenia, przyjemności, myślenia, pamięci, rozumu, nauki, sztuki, polityki i poezji, ludzi żywych i zjednoczonych ze mną. Dzięki temu skarbowi, który otrzymany został przez Rzym z Aten i przekazany mojemu Paryżowi, Rzym stał się cywilizacją i człowieczeństwem. Jestem Rzymianinem, jestem człowiekiem: dwa tożsame zdania [...]" (Ch. Maurras., La Democratie religieuse. Paris. 1978.; s.26).     
Atmosfera wczorajszego wieczoru we Francji potwierdza, że coś się we Francji zmienia. W tym kontekście, pożar katedry Notre Dame, symbolizuje nie tylko płomienie rozpaczy i bezsilności, ale zarazem stanowi ogien nadziei. Oby ów ogień nadziei, nie był tylko efemerydą.

środa, 23 stycznia 2019

Traktat francusko - niemiecki: nowe otwarcie, czy tylko kontynuacja?

     Podpisany wczoraj (22.01.2019) w Akwizgranie, nowy traktat francusko - niemiecki, jest różnie przyjmowany i interpretowany w obu krajach, jak i w Europie.
Dla jednych, jest dokumentem mało ambitnym, o niewielkim strategicznym charakterze i znaczeniu, raczej zapisem deklaracji i życzeń, w odniesieniu do spraw drugorzędnych i symbolicznych, niż formalizacją nowego planu działania, nawiązującą do wagi Traktatu Elizejskiego, z przed ponad pół wieku i odważnych wizji duetu de Gaulle - Adenauer.
Dla drugich, wprost przeciwnie, jest to ważny traktat i deklaracja intencji, swoiste publiczne wyznanie wiary w przyszłość integracji europejskiej i rolę tandemu francusko - niemieckiego, w czasach społeczno - politycznej i gospoodarczej niepewności.
Moim zdaniem, nie należy deprecjonować wagi podpisanego dokumentu. Jest on nade wszystko ważną, polityczną deklaracją intencji stron, przywiązania do tradycyjnej aksjologii. Francja i Niemcy mają świadomość powagi sytuacji i strategicznej odpowiedzialności za kształt oraz przyszłość nie tylko własnych narodów i państw, ale i analogiczne perspektywy Wspólnoty Europejskiej. Nawiązując do retoryki de Gaulle'a, mimo bieżących przeciwności, tradycyjni hegemoni Europy, nie zasklepiają się w biernej polityce i strategii, a potwierdzają wolę i determinizm utrzymania jedności europejskiej, wbrew przywołanym, znanym trudnościom.
Traktat jest także niewątpliwie odpowiedzią na brytyjski brexit. Jest deklaracją wiary w przyszłość Wspólnoty, mimo ciosu zadanego przyszłości "Starego Kontynentu" przez Wlk. Brytanię. W tym miejscu, warto zresztą przytoczyć dosłownie jakże trafną i pozostającą ciągle aktualną, diagnozę brytyjskich intencji wobec jedności europejskiej, sformułowaną przez Ch. De Gaulle'a, jeszcze w latach 50 - tych ubiegłego wieku: "[...] Temu, że Anglia jest z gruntu przeciwna Wspólnocie, trudno się dziwić, skoro wiadomo, że z racji swego położenia geograficznego, a wskutek tego i swojej polityki, nigdy nie chciała dopuścić do zjednoczenia się Kontynentu, ani sama się do niego przyłączyć. Można nawet powiedzieć, że w pewnym sensie zawarta jest w tym cała historia Europy, w ciągu ostatnich ośmiu wieków [...]" (Ch. de Gaulle, "Pamiętniki nadziei". Wyd. MON. Warszawa. 1974; s. 229).
Moim zdaniem odnowiony traktat francusko - niemiecki, należy traktować w kategorii silnego potwierdzenia woli stron i dokonanych onegdaj wyborów politycznych o strategicznym charakterze, a zarazem wyraźnego sygnału do społeczności międzynarodowej, że brexit nie niweczy pomysłu na Wspólnotę. Jest symbolicznym wyzwaniem oraz potwierdzeniem stałości woli i intencji hegemonów jedności europejskiej. Oznacza on deklarację pogłębienia integracji w odniesieniu do polityki zagranicznej, obronnej, bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego, wreszcie rozwoju.     
Treść zapisów szczegółowych traktatu zawiera niewiele nowości, może z wyjątkiem zapowiedzi powołania francusko - niemieckiego zgromadzenia parlamentarnego, stanowionego przez 50 posłów każdej ze stron, którego zadaniem jest lobbowanie za podejmowaniem konkretnych rozstrzygnięć, optymalizujących proces budowy jedności europejskiej, co bynajmniej nie osłabia wymowy samego dokumentu.
Choć konotacja miejsca zawarcia traktatu - Akwizgran, ma sporo wieloznaczności (miasto to, jest symbolem podziału imperium Karola Wielkiego, po którym na długie lata, tereny tożsame z dziesiejszą Francją i Niemcami, rozwijały się własną, odmienną drogą), dla mnie osobiście nie ma to pejoratywnego znaczenia. Niemcy i Francja udowodniły nie raz, że zachowały zdolność właściciwej oceny oraz wyciągania wniosków z historii, że zasadnie zajmują pozycje liderów w Europie. Niemcy i Francja są świadome, że jedność europejska, to ich narodowa racja stanu, realizacja żywotnych interesów. Mają także poczucie powagi chwili i odpowiedzialności za kształt przyszłości.
Jestem zbudowany takim stanem spraw i wdzięczny Francuzom i Niemcom, za taką percepcję współczesności, za determinizm, strategiczną dalekowzroczność, a i polityczną odwagę. Europa potrzebuje hegemona, dysponującego potencjałem i wizją. Swoją drogą to ujmujące, a zarazem stanowiące dowód dojrzałości politycznej, że niezależenie od dziejowych zawieruch, fluktuacji politycznego poparcia i ewolucji nastrojów oraz preferencji wyborczych, Francja i Niemcy, mają zdolność do właściwego odczytywania wyzwań historii i prolongowania katalogu kluczowych wartości oraz politycznych wyborów, we własnym interesie, ale i interesie Europy. Na tym tle - jak prawie zawsze - my Polacy wyglądamy nadzwyczaj mizernie i mało wiarygodnie, kierując się permanentnie niestety doraźnym interesem, emocjonalnym romantyzmem, niczym nie uzasadnioną wiarą w nasze przeznaczenie. Szkoda, ale to już temat na inną okazję. 
       

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Ewolucja Frontu Narodowego - prawda czy fałsz?

     Liderka francuskiego Zjednoczenia Narodowego (Rassemblement national): Marine Le Pen, formacji powstałej w czerwcu 2018 roku, w wyniku przekształcenia Frontu Narodowego (dodajmy przekształcenia w pełni demokratycznego: 81% członków F.N., w wewnątrzpartyjnym referendum, opowiedziało się za takim przekształceniem, aprobując jednocześnie - 48% członków - pozostawienie historycznego logotypu partii), ogłosiła właśnie oficjalnie rezygnację z postulatu powrotu we Francji do waluty narodowej, a tym samym akceptację jednego z filarów jedności europejskiej: wspólnej waluty. Po usunięciu z partii, jeszcze w 2015 roku, co potwierdziły ostatecznie wyroki sądowe w 2018 roku, historycznego twórcy i przywódcy Frontu: Jean Marie Le Pena, to bez wątpienia epokowe wydarzenie, nie tylko dla francuskiej prawicy narodowej.
Pryncypialnie antyglobalistyczna, antyeuropejska formacja, traci tym samym uwierającą jej etykietę partii antysystemowej, wygodną dla adwersarzy politycznych, choć nie do końca odpowiadającą realiom i oddającą rzetelnie stan faktyczny.
Deklaracja Zjednoczenia Narodowego, spotkała się - co zrozumiałe -  z żywym odzewem we Francji i w Europie, nie tylko zresztą ze strony poprawnych politycznie mediów i przedstawicieli elit politycznych, ale i obywateli.
Wielu widzi ją wyłącznie w kategoriach politycznej kalkulacji i pragmatyzmu. Prawica narodowa ich zdaniem, dostrzegając ograniczenia swojej dotychczasowej bazy społecznej i wyborczej, dokonuje taktycznego otwarcia, na rzecz nowych środowisk, celem zwiększenia swoich szans wyborczych, zarówno w kontekście zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, jak i nadchodzących wyborów prezydenckich we Francji.
Zwolennicy Zjednoczenia Narodowego, akcentują polityczną dojrzałość władz partii, otwartość na wymogi i powagę sytuacji, zdolność do strategicznego myślenia oraz działania, zgodnie z dobrze pojętym francuskim interesem narodowym.
Niezależnie od rzeczywistych intencji liderów Zjednoczenia Narodowego, które zweryfikuje praktyka polityczna najbliższych miesięcy, ewolucja doktrynalno - programowa partii jest logiczną konsekwencją rzetelnej analizy społeczno - politycznej i socjologicznej, a w jej konsekwencji przewartościowań aksjologicznych.
Wbrew pozorom, ideowo - polityczna ewolucja francuskiej prawicy narodowej jest najtrudniejszym wyzwaniem dla tradycyjnej francuskiej prawicy, która nie będzie mogła już korzystać niestety z dotychczasowego aparatu pojęciowego, w etykietyzacji środowiska politycznego Marine Le Pen. Skoro Zjednoczenie Narodowe przestaje być partią antysystemową, odchodzi od dotychczasowej retoryki i postulatów, jak zwalczać politycznie prawicę narodową, jak marginalizować jej wpływy? Eurosceptycyzm to przecież na dziś polityczna deklaracja i orientacja szerokich rzesz Europejczyków, będący formą negatywnej oceny dokonań zbiurokratyzowanej Wspólnoty, zmagającej się z kryzysem ekonomicznym, wyzwaniami społecznymi, przytłoczonej ciężarami partykularyzmów narodowych, a nade wszystko nie posiadającej spójnej wizji ograniczenia obcej kulturowo imigracji i jej wielopłaszczyznowych, negatywnych w większości konsekwencji.
Stanowisko Zjednoczenia Narodowego stanowi bez wątpienia wyzwanie dla francuskiego systemu partyjnego i jego głównych dzisiejszych beneficjentów. Jest tyle ryzykowne, co odważne. Jest próbą poszukiwania rozwiązań, między oczekiwaniami twardego, własnego, dotychczasowego elektoratu w kwestii artykulacji jego interesów, a wyzwaniami do integracji tychże interesów, z szerszym spektrum społecznych oczekiwań i preferencji, z uwzględnieniem wymogów demokracji. Zjednoczenie Narodowe we Francji podejmuje ryzykowną, ale zarazem odpowiedzialną grę o poparcie francuskiego społeczeństwa, w warunkach istnienia demokratycznej alternatywy.
Warto, aby także polskie elity polityczne, przywódcy polskich partii politycznych, dokonali analogicznej do Marine Le Pen refleksji, dotyczącej kluczowych elementów własnej, dotychczasowej strategii politycznej, głoszonych elementów programowych. Naśladownictwo mile widziane, w imię lepszego jutra nas wszystkich i ograniczania ryzyka szeroko pojętych ekstremizmów.       
    

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Od "żółtej koszulki", po autobus z napisem: "koniec wyścigu"?

     Dzisiejszy Sylwester - oby dla wszystkich i wszędzie radosny - kończy czas świąteczo - noworocznej kanikuły. Zewsząd płyną życzenia, wszędzie słuchać podsumowania....
W przepełnionym konsumpcjonizmem świecie Zachodu, powszechne jest uniwersalne życzenie, aby nadchodzący rok był lepszy od poprzedniego, oparte na przekonaniu, że istotą ewolucji, która jest naszym udziałem, jest wszechobecny postęp, we wszystkich dziedzinach, w życiu jednostek i grup społecznych.
We Francji - jak niegdyś budzacy się ruch protestu wobec socjalistycznego etatyzmu, w państwach realnego socjalizmu - powstały ad hoc, dzięki mediom elektronicznym, ruch "żółtych kamizelek", budzi stosunkowo małe zainteresowanie, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Traktowany jest jakże często jako efemeryda, anarchizujący ruch niezadowolonych, luźny związek tych, którym się w życiu nie udało. A szkoda, bo moim zdaniem ten nowy ruch, symbolizuje coś od dawna nie widzianego w "starych" demokracjach. Uważam "żółte kamizelki" za symbol kryzysu zglobalizowanej gospodarki, rozwiniętych społeczeństw, które nie są w stanie - póki co - sformułować i skutecznie zbudować strategii, a potem wdrożyć programu, odpowiadających na potrzeby współczesnego świata, w którym postępowi naukowo - technicznemu, zdolnościom kapitałowym do implementacji jego wyników, nie towarzyszy społeczna rozwaga i szerokie horyzonty decydentów, świadomość kierunku, w którym razem idziemy. Jesteśmy u progu masowej eksplozji sztucznej inteligencji, nie potrafimy jednak zarazem powiedzieć większości pracowników najemnych co z nimi, zarysować ich przyszłości, zdefiniować w którą stronę zmierzamy. Równocześnie, ze strony wielkiego kapitału, brak odwagi do zakomunikowania ludziom, że względny okres prosperity na Zachodzie, to już pieśń przeszłości, że czas na wyrzeczenia i ograniczenia, świadome i wymuszane presją rozwojową innych.
Francuski ruch " zółtych koszulek" to ledwie przyczółek, prekursor tego, co czeka nas wszystkich, głównie w Europie. Już przyszły rok wyborczy, pokaże a przede wszystkim potwierdzi, przewidywaną i zapowiadaną od dawna, radykalną zmianę nastrojów społecznych, z preferencją dla tych, którzy jeszcze nie rządzili, którzy zapowiadają większą troskę o problemy i przyszłość przeciętnego człowieka. Odrębnym pytaniem jest kwestia realności tej alternatywy.
W Polsce, w której dominuje etos mitu doganiania Zachodu we wszystkich płaszczyznach, nie ma co prawda na dziś formacji "żółtych kamizelek", ale nie sposób wykluczyć, że powstanie silnych ruchów kontestujących obecny porządek społeczny, to tylko kwestia czasu. Priorytety i aksjologia mogą być co prawda przejściowo nieco inne, ale stan nastrojów społecznych w Polsce, jest wcale nie istotnie lepszy jak we Francji. Brak szeroko pojętej stabilności i perspektyw, katastrofalny brak zaufania do państwa i jego instytucji, rozdarcie ideowe, powszechne przekonanie o niskiej jakości elit politycznych, to także niestety nasza codzienność. Stan ten jest na razie tonowany i rozbrajany propagandowymi fajerwerkami, których kruche fundamenty tworzą: polski mesjanizm i koncepcja predestynacji. My ciągle wierzymy, że sojusz z USA ma charakter obustronnie blankietowy, że naszym przeznaczeniem są rzeczy wielkie. Ten rok okrasiły zresztą jeszcze dodatkowo obchody 100 lecia restytucji polskiej państwowości, które wzmocniły polską wiarę w nasze szczególne przeznaczenie i przekonanie, że wszystko zawdzieczamy sobie, szeroko eksponowane nasze miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, wreszcie światowa konferencja klimatyczna w Katowicach. Władze polityczne ulegając w istocie leninowskiej zasadzie prymatu polityki nad ekonomiką, dla doraźnych korzyści politycznych, tak prowadzą sprawy publiczne, że sformułowanie związek przyczynowo - skutkowy, w pozytywnym znaczeniu tego terminu traci sens, a ryzyko destabilizacji ekonomicznej, prawdopodobne bardziej niż kiedykolwiek w Polsce, po 1989 roku. Za współczesną formę zgubnego i anachronicznego partyjniactwa, za brak myślenia i działania w kategoriach polskiej racji stanu, zapłacimy z pewnością szybciej, czy póżniej niestety wszyscy.....
We Francji i w Polsce, wyraźne odczuwalne jest społeczne zapotrzebowanie na ożywczy powiew nowych idei, oby demokratycznych i pokojowych. Aż nadto wyczuwalne jest oczekiwanie na stabilność, normalność, przewidywalność, a także ład i porządek. Widać także wyraźnie kryzys idei i brak autentycznych liderów, mających poparcie społeczne, ale także posiadających znacznie coś więcej: społeczny autorytet i charyzmę. Jak pokazuje przykład Francji, generacyjna wymiana elit, to niestety stanowczo za mało, biorąc pod uwagę uwarunkowania i wyzwania. Istnieje wyraźny sentyment do tego co nowe i resentyment, do tego, co zapewni spokój i ład, w rozumieniu bezpieczeństwa oraz przewidywalność.    
Jestem z pokolenia, dla którego żółta koszulka budzi pozytywne skojarzenia, jest synonimem sukcesów kolarskich Ryszarda Szurkowskiego, czasów, w których Wyścig Pokoju budził powszechne emocje i zainteresowanie. Znam także konotację towarzyszącego wyścigom kolarskim autobusu z napisem: "koniec wyścigu", którego pasażerami byli kolarscy maruderzy. Czekam zatem na tych, na ruch, formację polityczną, którego liderzy i partycypanci, udźwigną ciężar noszenia żółtej koszulki, będą autentycznymi liderami, nie tylko na jeden etap, ale na cały wyścig. Tęsknię za tymi, którzy wiedzą jak unikać autobusu dla maruderów.
Europa, świat Zachodu, potrzebują ożywczej idei, zrozumiałej i szeroko akceptowalnej, rozpisanej na praktyczne działania osadzone w czasie, podlegające stałemu społecznemu monitoringowi i mechanizmom korygującym. Potrzebujemy świadomosci i pewności, że wyłaniane w demokratycznym trybie elity polityczne, mają kompetencje i moralne kwalifikacje, są zdolne do przewodzenia i moderowania, a zarazem budowania szerokich koalicji społecznych, dla urzeczywistnienia nieuchronnych, częstokroć kosztownych społecznie zmian.  
Przygotowując się do Nowego Roku, życzę nam wszystkim, abyśmy w zdrowiu i szczęściu - ono jest także niezbędne - doczekali liderów, będących zasadnie zasłużonymi depozytariuszami żółtych koszulek, którzy oszczędzą nam roli pasażerów autobusu z napisem "koniec wyścigu", aspirantów do roli maruderów. Czekam na przewidywalną przyszłość, deklarując zarazem gotowość osobistej partycypacji, wszak bez niej nie ma mowy o sukcesie, w każdym wymiarze.        
            

poniedziałek, 3 grudnia 2018

"[...] Francuzi są bardziej świadomi wymagań współczesnego świata, niż ich rządzący [...]". Naprawdę?


       Protesty społeczne we Francji, w ostatnich dniach, to znacznie coś więcej niż tylko chuligańskie wybryki wandali - nie wiadomo zresztą, czy conajmniej w części nie prowokowane - do których chciałyby je sprowadzić poprawnie polityczne media. Odcinając się rzecz jasna stanowczo od towarzyszących niestety protestom burd i zniszczeń, konfrontacji z siłami porządkowymi, trzeba na wspomniane protesty patrzeć szerzej, widząc nade wszystko kontekst społeczny i polityczny.
Urzędujący Prezydent Republiki Francuskiej E. Macron, w swojej książce "Revolution" (Wyd. XO., Paris 2016, wydanie polskie: "Rewolucja",wyd. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018), będącej w istocie manifestem programowym prezydenta, zawarł wiele tyle ciekawych, co kontrowersyjnych tez, weryfikowanych także przez obecne wydarzenia.
Między innymi, zdaniem E. Macron'a, we współczesnej Francji, a szerzej w rozwiniętym świecie, nie ma miejsca dla klas ludowych (les classes populaires), na skutek postępującej transformacji społecznej, globalizacji i rewolucji technologicznej. Hipoteza to swego czasu modna, odważna , ale raczej życzeniowa, niż wynikająca z realnej oceny sytuacji społeczno - politycznej., zasługuje na rozważenie. Zmierzch klasy robotniczej w klasycznym, marksistowskim rozumieniu, nie oznacza bowiem bynajmniej kryzysu kategorii "pracownicy najemni". Pracowników najemnych jest zdaje się coraz więcej, choć są oni faktycznie wewnętrznie poważnie zróżnicowani, w aspekcie poziomu życia, wykształcenia, perspektyw. Gdyby jednak nawet przyjąć, że E. Macron miał i ma rację, to kto w sensie socjologicznym, protestuje we współczesnej Francji, jeżeli nie pracownicy najemni? Klasa średnia, imigranci, rzemieślnicy, przedstawiciele wolnych zawodów?
Moim zdaniem, protestują po prostu niezadowoleni, niezależnie od przynależności do grup społeczno - zawodowych, rodowodu, religii, preferencji politycznych i innych kryteriów etykietyzacji. Niezadowoleni ze stanu spraw publicznych, z braku perspektyw, zawiedzeni przez elity polityczne, oszukiwani ciągłą prolongatą nadziei i oczekiwań. Na dziś niezadowoleni nie są zorganizowani, a w konsekwencji, nie stanowią dla władzy partnera do rozmów, stąd zresztą takie usilne próby zawłaszczenia tego protestu przez polityków wielu opcji.
Ostatnie wydarzenia potwierdzają też dobitnie, że nadmiar obietnic wyborczych, zwłaszcza nierealnych nie tylko szkodzi, ale zarazem stanowi poważne zagrożenie dla demokracji. Budząc bezpodstawne nadzieje, może czasowo - niczym opium - uśmierzać ból, ale jednocześnie zwielokrotnia prowdopodobieństwo wybuchu niezadowolenia społecznego, wykraczające poza ramy społeczeństwa obywatelskiego. Protesty we Francji, to także dowód na rozmijanie się percepcji i aksjologii elit, z analogicznymi społeczeństwa, zwłaszcza tej jego mniej zaradnej, czy odnoszącej mniejsze życiowe, a może zawodowe sukcesy części.
W przywoływanej już książce E. Macron'a, znależć można także odpowiedzi, recepty, swoiste remedium, na protest "żółtych kamizelek", bo nie nazywałbym tego jeszcze rewolucją. Tytułem przykładu:

1). "[...] Na tę transformację nie możemy odpowiedzieć przy pomocy tych samych ludzi i tych samych idei, wyobrażając sobie, że można wykonać krok wstecz, myśląc, że wystarczy naprawić lub dostosować nasze struktury [...]";

2). "[...] Wszyscy musimy wyjść poza nasze przyzwyczajenia [...]"

I jeszcze jedno: celny moim zdaniem tytuł mojego dzisiejszego posta, przywołany cytat, też pochodzi z książki "Rewolucja". Czyżby to były w istocie prorocze słowa? Jeżeli tak, to jakie wnioski z obecnych wydarzeń wyciągną francuskie elity? A może nie tylko francuskie?

          

niedziela, 25 listopada 2018

"Żółte kamizelki" pokazują czerwoną kartkę?

     Francja, jest w ostatnich dniach areną gwałtownych protestów społecznych, w związku z rządowymi planami podniesienia akcyzy na paliwa, od stycznia 2019 roku (akcyza na benzynę ma wzrosnąć o 15%, na ON o 23%), co w oczywisty sposób przeniesie się na cenę końcową paliwa na stacjach benzynowych (dodajmy już i tak koszmarnie drogiego, olej napędowy we Francji podrożał w ciągu ostatnich 12 miesięcy o 23%, przekraczając ostatnio cenę 1,50 Euro za litr). Plany te co zrozumiałe, spotkały się z protestami kierowców, którzy na czas protestów ubierają obowiązkowe we Francji na wyposażeniu samochodu żółte kamizelki, stąd taka konotacja uczestników akcji.
Rzecz jasna wystąpienia społeczne przyjęły gwałtowną formę, co uruchomiło natychmiast proces etykietyzacji protestów, które rzekomo sprowokowała prawica narodowa (Front Narodowy Marine Le Pen).
Niezależnie od prawdziwych intencji rządzących, którzy podwyżki uzasadniają kwestią dbałości o środowisko naturalne, przedstawiając je jako instrument walki o zmiany preferencji w tym zakresie, zwłaszcza z użytkownikami silników diesla. Nie rozstrzygając, kto politycznie jest moderatorem obecnej fali niepokojów, a kto ich beneficjentem, decydentom i komentatorom umyka się zdaje istota problemu.
Na dziś Francuz  - ale zawężanie tego problemu do granic narodowych, wydaje się być błędne - po raz kolejny daje wyraz swojej frustracji kierunkiem zmian i brakiem szeroko pojętych, życiowych perspektyw.
Triumf globalizacji/mondializacji, oznacza zarazem koniec społeczeństwa jakie dotąd znaliśmy, z jego aksjologią, atrybutami. Do niedawna, pracownik najemny sądził, że rząd narodowy jest władny czynić wszystko, a polityczna lewica, zapewni kontrolę nad interesami pracowników najemnych. Etatyzacja wszystkiego co możliwe z jednej strony, z drugiej zaś pragmatyzm polityczny lewicy, jej udział w szeroko pojętych fruktach etatyzacji, na tle nieuchronności globalizacji  i osadzony w jej realiach spowodował, że europejski pracownik najemny stracił obiektywnego reprezentanta, czując się coraz cześciej mięsem armatnim, na wojnie wyborczej politycznych elit. Skoro tak, skoro dotychczasowa polityczna organizacja i reprezentacja/emanacja tej grupy społecznej stała się dysfunkcjonalną (miarą tego gasnące poparcie dla tradycyjnej lewicy w "Starej Europie"), rolę animatora, organizatora i wyraziciela interesów pracowników najemnych, przejmują formacje skrajne, lub dochodzi do mniej czy bardziej udanych prób samoorganizacji, czego dowodem aktywność i cele "żółtych kamizelek".
Europa Zachodnia, a szerzej europejska demokracja, stają dziś przed determinizmem utrzymania poziomu życia obywateli, co z wielu powodów (choćby wydłużenia długości życia, kosztów procedur medycznych, mitu państwa dobrobytu, wzrostów kosztów bezpieczeństwa etc.), wymaga coraz większych nakładów, czytaj obciążeń podatkowych, w celu wygenerowania środków na obiektywnie coraz droższe państwo. Z drugiej zaś strony, powszechne i skądinąd zrozumiałe jest społeczne oczekiwanie status quo w aspekcie poziomu i jakości życia, wyrażane w czasie drastycznego spadku konkurencyjności europejskiej gospodarki, na tle współczesnych liderów kosztowych (głównie, choć nie tylko Chin). Prawie każdy Europejczyk chce dziś kupować tanio, co oznacza przenoszenie aktywności gospodarczej do wspomnianych liderów kosztowych, co leży zresztą w interesie zorientowanego wyłącznie na zysk wielkiego kapitału, spotykając się z jego blankietową aprobatą, a jednocześnie prawie każdy wspomniany Europejczyk, oczekuje zachowania własnej siły nabywczej oraz przywilejów, zwłaszcza o socjalnym charakterze. Co istotne, narodowe państwo, dysponuje coraz bardziej iluzorycznymi atrybutami, pozwalającymi na działania korygujące w przedmiotowej sprawie.
Rozwiązanie tej kwadratury koła, obiecuje każda nowa, aspirująca siła polityczna, w każdej elekcji, na etapie zabiegania o wyborcze poparcie. Po wyborcza rzeczywistość, stan finansów publicznych, a czasami po prostu rachunek powoduje, że obietnice stają się iluzją, a w konsekwencji pojawia się dramatycznie rażąca kwestia wiarygodności władzy politycznej, która - jakże często - składa obietnice bez pokrycia, co jedynie nakręca społeczną frustrację. Rozwiązaniem byłoby z pewnością samoograniczenie obietnic, tylko że bez nich nie da się wygrać wyborów i, a najlepiej jednocześnie, ograniczenie kosztownych przywilejów, to jednak z kolei stanowiłoby uderzenie w bazę wyborczą i skończyłoby się z pewnością elekcyjną klęską.
Co zatem robić?
Edukować, uświadamiać społeczeństwo i mniej obiecywać, recepta zdaje się prosta, tylko kto to zrobi? Ci, którzy z polityki żyją, dla których polityka jest zawodem? Wątpię. A jakie będzie stanowisko marketingowców, rozbudowujących coraz to nowe, coraz częściej nikomu nie potrzebne i całkowicie nieprzydatne potrzeby? Czy jako społeczeństwo możemy egzystować świadomie i szczęśliwie? Czy jesteśmy gotowi na świadome samoograniczenie?    
     
    
   

piątek, 23 listopada 2018

Segolene Royal - czyżby królewski powrót?

       Segolene Royal, to bez wątpienia jedna z ciekawszych postaci współczesnej, francuskiej sceny politycznej. Znakomicie wykształcona (absolwentka ekonomii na Uniwersytecie Nancy II, paryskiego Instytutu Nauk Politycznych, a wreszcie prestiżowej Ecole National d'Administration - promocja Voltaire 1980 r., razem między innymi z Dominique de Villepin - znawcą Napoleona, póżniejszym premierem i szefem francuskiego MSZ i ...Francois Holande, prywatnie wieloletnim partnerem, ojcem czwórki ich dzieci, a w latach 2012 - 2017 Prezydentem Republiki), posiadająca wielowątkowe doświadczenie polityczne (przez dziesięć lat, od 2004 do 2014 roku Prezydent Regionu Poitou Charentes, w latach 2014 - 2017 Minister Środowiska i Energii we francuskim rządzie), swego czasu jedna z czołowych postaci francuskiej Partii Socjalistycznej, z rekomendacji której kandydowała bez powodzenia, w wyborach prezydenckich 2007 roku.
S. Royal zna znakomicie smak sukcesu, ale i gorycz porażki oraz zdrady, zarówno w życiu prywatnym (choćby w relacjach z F. Hollande'm), jak i w działalności publicznej (przegrana w wyborach parlamentarnych 2012 roku, na skutek między innymi intryg partnerki życiowej ówczesnego Prezydenta Republiki - Valerie Trierweiler, które znalazły podatny grunt w kierownictwie P.S.).
Dziś, kiedy francuski system partyjny podlega erozji i istotnej dekompozycji, kiedy tradycyjne formacje polityczne i ich oferta programowa są coraz mniej atrakcyjnie, tracąc posłuch społeczny, w kontekście zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, liderzy tacy jak S. Royal, z taką marką i reputacją, stają się we Francji dobrem deficytowym. Zauważyło to nawet szefostwo Partii Socjalistycznej, które widziałoby Segolene Royal, jako lidera listy partyjnej w wyborach europejskich. Dla francuskich socjalistów, dla których nadchodząca elekcja może być prawdziwą cezura istnienia w obecnej formule, S. Royal może być przysłowiową "deską ratunku" przed ostateczną marginalizacją.
Co na to wszystko sama zainteresowana?
Po pierwsze, ogłosiła że nie jest zainteresowana firmowaniem P.S, w wyborach europejskich. Na dziś, dokonując rzetelnej analizy francuskiej sceny politycznej i źródeł ewolucji preferencji wyborczych Francuzów, S. Royal sonduje możliwość budowy nowej formacji politycznej, opartej na swoistym synkretyźmie rodzajowym, między szeroko pojętą lewicowością, a ekologią. Ta diagnoza może być słuszna, a tym bardziej skuteczna we współczesnej Francji, tkwiącej w politycznym klinczu, między bezideowym pragmatyzmem ugrupowania prezydenckiego Emmanuel'a Macron'a, a ideowym prymatem Frontu Narodowego i skrajnej lewicy.
Po drugie, wielu Francuzów szukając alternatywy politycznej, gotowych jest rozważyć projekt S. Royal, z uwagi na inne rozłożenie akcentów i inny język dyskursu politycznego (tytułem przykładu, jeden z ostatnich bon motów S. Royal: " seksizm i rasizm, żywią się tym samym obskurantyzmem").
Po trzecie, osobista droga życiowa i polityczna S. Royal, także jest elementem podnoszącym jej społeczną atrakcyjność dla potencjalnego elektoratu: wykształcona, dojrzała życiowo i doświadczona politycznie kobieta, matka czwórki dzieci, wielokrotnie zdradzona, a zarazem nie szukająca odwetu w życiu publicznym, zainteresowana działalnością dla dobra wspólnego, nie uwikłana w rozmaite afery.
Segolene Royal ogłosiła ostatnio, że ostateczną deczyzję co do swojej politycznej przyszłości podejmie w styczniu 2019 roku. Osobiście sądzę jednak, że  ten czas potrzebny jest nie na decyzję czy kandydować do Parlamentu Europejskiego i w jakiej potencjalnie formule, ale do sondowania poparcia społecznego dla nowego projektu polityczego, pod kątem przyszłych wyborów prezydenckich we Francji. Jeżeli potwierdzą się ekstrapolacje, w myśl których w znacznym uproszczeniu, lewicowo - ekologiczny pomysł S. Royal, cieszy się rosnącym społecznym poparciem, droga do Pałacu Elizejskiego stanie otworem. Wszak Francja nie miała jeszcze nigdy kobiety  - Prezydenta Republiki. Może czas na drugą, tym razem udaną próbę Segolene Royal?
Jakie wnioski z casusu Pani S. Royal można wyciągnąć dla nas, we współczesnej Polsce? Nawet w czasie plemiennej wojny politycznej, której nasz kraj jest obecnie areną, warto mieć kręgosłup, warto mieć zasady. Warto być wiernym i wiarygodnym, nie ulegać pokusie rewanżyzmu, kupczenia poparciem i mandatami, na dowolnych szczeblach władzy. Warto nie tracić zdolności patrzenia codziennie w lustro i oglądania własnego oblicza bez obrzydzenia. W życiu codziennym i w polityce.