czwartek, 11 czerwca 2020

"Clemenceau" - poważnie, "Historia erotyczna" - refleksyjnie i rozrywkowo.

     Jestem po lekturze dwóch, pachnących jeszcze farbą drukarską, bardzo interesujących, choć skrajnie różnych książek.
"Clemenceau" autorstwa wybitnego francuskiego erudyty, polityka, profesora Jean'a-Noel'a Jeanneney'a (Wydawnictwo Oficyna Naukowa., Warszawa. 2019), ze znakomitym wstępem profesora Marcina Króla, to napisana przekrojowo i problemowo, a nie chronologicznie, biografia polityczna słynnego "Tygrysa" - Georgesa'a Clemenceau (1841-1929), francuskiego bohatera narodowego, dwukrotnego premiera (1906-1909 i 1917-1920), zasadnie utożsamianego z francuskim triumfem, w Wielkiej Wojnie 1914-1918.
Clemenceau to bez wątpienia jednostka wybitna, wzbudzająca do dziś sporo emocji i kontrowersji, w zależności od preferowanej przez oceniającego aksjologii politycznej, postać pełna paradoksów. Urodzony w lekarskiej rodzinie (sam był praktykującym doktorem medycyny), w cieżko doświadczonej, ultratradycyjnej i katolickiej Wandei, był zarazem zdeklarowanym ateistą, rozumiejącym pryncypialnie - w terorii i praktyce - laickość państwa. Symbolem tego podejścia był fakt, że miejsce krzyża w domu Clemenceau, zajmowało popiersie M. Robespierre'a. Dbałość o laickość państwa, pokojowe współistnienie między "tronem, a ołtarzem", przy poszanowaniu indywidualnego charakteru stosunku do wiary każdego Francuza oraz sprzeciwie wobec każdego możliwego aspektu  dyskryminacji w tym względzie (dla przykładu Clemenceau był przeciwnikiem dyskryminacji szkół katolickich), to - poza konstrukcją pokojowego ładu w Europie - najbardziej charakterystyczny zdaje się rys działalności publicznej Tygrysa.
Dziennikarz, wydawca, literat, znawca starożytnej Grecji, której dorobkiem był zafascynowany (autor biografii Demostenesa), ale nade wszystko wrażliwy społecznie, lewicowy, choć nie ortodoksyjnie polityk, oddany bez reszty idei wielkiej, ale sprawiedliwej Francji. Erudyta, z rzadko spotykanym talentem krasomówczym i polemicznym.
Co istotne i warte podkreślenia, polityk bezwzględnie uczciwy (tu polemizowałbym z prof. M. Kulą, który w kwestii uczciwości, stawia znak równości między Clemenceau, a W. Churchill'em, odwołując się choćby do istniejącej literatury przedmiotu, np. 3-tomowej pracy Jones'a Michael'a - E., "Jałowy pieniądz. Historia kapitalizmu jako konfliktów między pracą, a lichwą"., Wyd. Wektory. Wrocław. 2015. Bezwzględnie uczciwy był Clemenceau. Mecenasami W. Churchill'a - co wyszło na jaw już w 1940 roku - byli Rotszyldowie).
Wielowątkowość i uniwersalność poglądów oraz działań G. Clemenceau, istotnie utrudnia skrótowe prezentowanie tej postaci. Może zatem jeszcze tylko trzy kwestie:
1). Stosunek Clemenceau do Niemiec, był istotnie bardziej złożony i zniuansowany, niż powszechnie się sądzi i nie dominowały w nim bynajmniej prymitywna antyniemieckość oraz rewanżyzm, mimo że celem życia Tygrysa w tym wymiarze, było odzyskanie Alazacji i Lotaryngii, utraconych po 1870 roku.
2). Interesującym wątkiem jest stosunek Tygrysa - kawalera Orderu Orła Białego (1920) do Polski i Polaków. To jego strategii, motywowanej rzecz jasna dbałością o interesy Francji, zawdzieczamy wsparcie dążeń Polski do niepodległości na Kongresie Wersalskim, także w wymiarze kształtu terytorialnego II Rzeczypospolitej. Nie zapominajmy przy tym, że był on wielkim admiratorem I. Paderewskiego, którego znał osobiście i podziwiał, za zaangażowanie w sprawy odbudowy państwa polskiego. 
3). Wreszcie, mimo upływu czasu, jakże aktualne pozostają przemyślenia Clemenceau w kwestiach społeczno - ekonomicznych. Tytułem ilustracji, przywoływana w biografii w formie cytatu, kwestia jego stosunku do przemian kapitalizmu i początków procesów globalizacji: "[...] Istnieje coś gorszego niż bogaty przemysłowiec, a mianowicie spółka akcyjna, która stała się obecnie regułą [...]. Właścicielami są stale zmieniający się, rozproszeni po świecie akacjonariusze, dla których fabryka oznacza wyłącznie dywidendę. [...]". 
Równie prorocze - z dziesiejszej perspektywy - były oceny relacji USA - Europa, w rekomendacji adresowanej do amerykańskich elit: "[...] Nie lekceważcie Europy. Wasze sądy mogłyby się obrócić przeciwko wam. Nie wykorzystujcie nas. Nikt nie wie, jaki los zgotuje wam Historia. Czy nie uważacie, że powszechne odrzucenie solidarności, spektakularnie przez was zapoczątkowane, pewnego pięknego dnia może po raz kolejny zdarzyć się w Europie lub na Dalekim Wschodzie i poprowadzić nas wszystkich w bardzo groźnym kierunku? [...]". 
Na koniec kilka znakomitych bon motów, z których słynął G. Clemenceau, o jakże ponadczasowym charakterze:

"[...]Chwała krajowi, w którym ludzie mówią, hańba krajowi, w którym ludzie milczą[...]."
"[...]Nigdy nie kłamiemy tyle, co przed wyborami, podczas wojny i po polowaniu[...]".
"[...]Najtrudniejszym wyzwaniem rewolucji, jest czuwać nad porcelaną[...]".

Drugą książką, jest praca Nicolas'a Mietton'a "Historia Erotyczna dyplomacji francuskiej" (Wydawnictwo Bellona., Warszawa 2019), obejmująca swoim zasięgiem czas od Ludwika XIV, po lata 80-te XX wieku. To dobrze udokumentowana, napisana ze swadą i poczuciem humoru opowieść o mniej oficjalnej stronie życia politycznego, choć pozbawiona elementów obscenicznych. Jest ona zarazem potwierdzeniem i dowodem, że politycy to normalni ludzie, z typowymi przywarami i zdolnościami, a eksploatowana dziś powszechnie kwestia molestowania seksualnego i konieczności powściągania naturalnych skłonności w sytuacji posiadania statusu osoby publicznej, ma ponadczasowy charakter. Jak zawsze tylko Charles De Gaulle jest bez skazy. 

Zachęcam do lektury tych książek, ze względów poznawczych i kulturowych. Warto poświęcić im czas.    
  

 
  

środa, 10 czerwca 2020

Jestem znowu!!


Pisząc 3 - go października 2018 roku post: "Wracam i już będę", nie wiedziałem wszystkiego, w odniesieniu do mojego ówczesnego stanu zdrowia, mimo podejrzeń, pierwszych diagnoz, drobiazgowych badań, oraz wynikających z nich lekarskich rekomendacji.
Nie wiedziałem i może dobrze.
Nie chcąc nadmiernie epatować swoimi niełatwymi przeżyciami, powiem tylko tyle: maj 2019 - operacja onkologiczna, potem długotrwała radioterapia i rekonwalescencja. 
Na szczęście, na dziś, mogę z satysfakcją powiedzieć, że uporałem się z nowotworem złośliwym, wiele zawdzięczając wybitnym przedstawicielom polskiej medycyny, cierpliwości oraz oddaniu mojej najbliższej rodziny i przygotowuję się do powrotu do pełnowymiarowej aktywności zawodowej, podtrzymując decyzję co do priorytetów, określonych także publicznie, w przywołanym powyżej poście.
Zatem wracam i jestem znowu. Gotowy do aktywności, zaangażowania i rzecz jasna darzący niezmiennie gorącym uczuciem Francję i wszystko co francuskie.
Jestem optymistą. Kolejne, tym razem już merytoryczne wpisy już wkrótce.
Kłaniam się nisko wszystkim tym, którzy mi dobrze życzyli, którzy mi pomogli, którzy o mnie nie zapomnieli. Pamiętam o nich wszystkich z wdzięcznością, traktując ich podejście jako moje zobowiązanie do analogicznego zachowania w przyszłości, jeżeli okoliczności będa tego wymagały.
Tym, którzy o mnie zapomnieli, współczuję, bo ja żyję i pamiętam...





wtorek, 16 kwietnia 2019

Pożar paryskiej katedry Notre Dame - płomienie rozpaczy i ogień nadziei

     Data 15 - go kwietnia, miała dotąd w kulturze światowej i świadomości społecznej konotację związaną przede wszystkim z rocznicą urodzin genialnego Leonarda Da Vinci (1452). W historii Francji i Francuzów, we francuskiej kulturze, to dotychczas data kojarzona z rocznicą francusko - angielskiej bitwy o Fornigny (15.04.1450), w wyniku której Normandia znalazła się pod panowaniem francuskiem, z zajęciem w 1798 roku Genewy, która przez kolejnych 16 lat, była siedzibą francuskiego departamentu Leman, wreszcie z rocznicą śmierci symbolu egzystencjonalizmu: Jean'a Paul'a Sartre'a (15.04.1980). Od wczoraj jednak, ta data ma nową tragiczną, uniwersalną symbolikę: kojarzyć się będzie z pożarem perły światowej architektury, francuskiej kultury, jednego z symboli chrześcijaństwa: paryskiej katedry Notre Dame.  
Wszechobecne media pozwoliły, aby paryski dramat rozgrywał się na oczach milionów widzów na całym świecie.
Rozmiar strat przygnębia.  
Francuzi to wielki naród, a Francja to wielki kraj, z poczuciem zasadnej i należnej dumy, przeznaczenia oraz dziejowej misji. Jestem absolutnie pewien, że katedra zostanie z pietyzmem i dbałością o szczegóły odbudowana, niezależnie od kosztów i czasookresu przedsięwzięcia. Zresztą pierwsze reakcje, zarówno oficjalne władz, jak i obywateli, nie pozostawiają cienia wątpliwości w tym względzie, co stwierdzam z radością i ulgą zarazem. Skądinąd odbudowa paryskiej katedry winna być zobowiązaniem nie tylko Francuzów, ale i Zjednoczonej Europy.
Francuzi, francuskie władze, traktują odbudowę katedry jako dziejowe zobowiązanie wobec kultury światowej, tradycji narodowej, jako obowiązek wobec przyszłych generacji i dług wobec przeszłych. To budujące, mając na względzie ostentacyjnie laicki charakter współczesnej Francji, kraju, który mimo silnego, symbolicznego osadzenia w realiach chrześcijaństwa, w wielu aspektach ma dziś status kraju misyjnego.
Daleki jestem od epatowania kogokolwiek symboliką, doszukiwania się mistycznych przekazów, interpretowania wczorajszej tragedii w kategorii kary za grzechy, czy też przestrogi, z opcją nawoływania o zmianę. Przekonania religijne traktuję jako sferę prywatności każdego człowieka. Tym niemniej jest sprawą bezsporną, że w oficjalnie laickiej od 1905 roku Francji, chrześcijaństwo i związane z nim poczucie tożsamości, jest, a przynajmniej było do wczoraj passe, traktowane bywa jako element odchodzącej bezpowrotnie przyszłości, tyle wstydliwy, co archaiczny. W Europie, w której elity długo lansowały koncepcję społeczeństwa wielokulturowego, teorię kreolizacji, publiczne opowiadanie się za tradycją, za tożsamością nawiązującą do aksjologii chrześcijaństwa, traktowane było jako przejaw wstecznictwa, wręcz społeczno - politycznego ekstremizmu. We Francji fragmentaryzowanej przez agresywny islam, w Europie zalanej uchodźcami szukającymi lepszego życia bez pracy i asymilacji ze społeczeństwami krajów przyjmujących, przywołując tytuł znakomitej pracy  prof. Jacka Bartyzela poświęconej katolickiej kontrrewolucji w krajach romańskich, opowiadanie się za tradycją i tożsamością nawiązującą do chrześcijaństwa, do dorobku hellenistyczno - rzymskiego, było wyborem powolnego umierania. Mam nadzieję jednak, że Europejczycy trzeżwieją w spojrzeniu na rzeczywistość, że dostrzegają dramatyzm sytuacji, dylemat symbolicznego wyboru między chrześcijaństwem, a islamizacją. 
Osobiście zachowuję duży dystans wobec zachowań znacznej części urzędników Pana Boga, nachalności zwłaszcza polskiej hierarchii kościelnej, nie wspominając o trapiących kler patologiach i niezasadnych przywilejach. Ten dystans nie może jednak przesłaniać tragizmu sytuacji i wymogu chwili. Kiedy trzeba wybierać między chrześcijaństwem, a islamem, wybór jest prosty. Każdy racjonalny Europejczyk, musi w imie pokoju społecznego dziś i przyszłości naszych wnuków jutro, powtórzyć za Charlesem Maurras'em: "[...] Jestem Rzymianinem w takim stopniu, w jakim jestem człowiekiem: istotą, która zbudowała miasto oraz państwo bez wyrywania korzeni; zwierzęciem społecznym [...] Jestem Rzymianinem poprzez wszystko to, co jest radością tworzenia, przyjemności, myślenia, pamięci, rozumu, nauki, sztuki, polityki i poezji, ludzi żywych i zjednoczonych ze mną. Dzięki temu skarbowi, który otrzymany został przez Rzym z Aten i przekazany mojemu Paryżowi, Rzym stał się cywilizacją i człowieczeństwem. Jestem Rzymianinem, jestem człowiekiem: dwa tożsame zdania [...]" (Ch. Maurras., La Democratie religieuse. Paris. 1978.; s.26).     
Atmosfera wczorajszego wieczoru we Francji potwierdza, że coś się we Francji zmienia. W tym kontekście, pożar katedry Notre Dame, symbolizuje nie tylko płomienie rozpaczy i bezsilności, ale zarazem stanowi ogien nadziei. Oby ów ogień nadziei, nie był tylko efemerydą.

środa, 23 stycznia 2019

Traktat francusko - niemiecki: nowe otwarcie, czy tylko kontynuacja?

     Podpisany wczoraj (22.01.2019) w Akwizgranie, nowy traktat francusko - niemiecki, jest różnie przyjmowany i interpretowany w obu krajach, jak i w Europie.
Dla jednych, jest dokumentem mało ambitnym, o niewielkim strategicznym charakterze i znaczeniu, raczej zapisem deklaracji i życzeń, w odniesieniu do spraw drugorzędnych i symbolicznych, niż formalizacją nowego planu działania, nawiązującą do wagi Traktatu Elizejskiego, z przed ponad pół wieku i odważnych wizji duetu de Gaulle - Adenauer.
Dla drugich, wprost przeciwnie, jest to ważny traktat i deklaracja intencji, swoiste publiczne wyznanie wiary w przyszłość integracji europejskiej i rolę tandemu francusko - niemieckiego, w czasach społeczno - politycznej i gospoodarczej niepewności.
Moim zdaniem, nie należy deprecjonować wagi podpisanego dokumentu. Jest on nade wszystko ważną, polityczną deklaracją intencji stron, przywiązania do tradycyjnej aksjologii. Francja i Niemcy mają świadomość powagi sytuacji i strategicznej odpowiedzialności za kształt oraz przyszłość nie tylko własnych narodów i państw, ale i analogiczne perspektywy Wspólnoty Europejskiej. Nawiązując do retoryki de Gaulle'a, mimo bieżących przeciwności, tradycyjni hegemoni Europy, nie zasklepiają się w biernej polityce i strategii, a potwierdzają wolę i determinizm utrzymania jedności europejskiej, wbrew przywołanym, znanym trudnościom.
Traktat jest także niewątpliwie odpowiedzią na brytyjski brexit. Jest deklaracją wiary w przyszłość Wspólnoty, mimo ciosu zadanego przyszłości "Starego Kontynentu" przez Wlk. Brytanię. W tym miejscu, warto zresztą przytoczyć dosłownie jakże trafną i pozostającą ciągle aktualną, diagnozę brytyjskich intencji wobec jedności europejskiej, sformułowaną przez Ch. De Gaulle'a, jeszcze w latach 50 - tych ubiegłego wieku: "[...] Temu, że Anglia jest z gruntu przeciwna Wspólnocie, trudno się dziwić, skoro wiadomo, że z racji swego położenia geograficznego, a wskutek tego i swojej polityki, nigdy nie chciała dopuścić do zjednoczenia się Kontynentu, ani sama się do niego przyłączyć. Można nawet powiedzieć, że w pewnym sensie zawarta jest w tym cała historia Europy, w ciągu ostatnich ośmiu wieków [...]" (Ch. de Gaulle, "Pamiętniki nadziei". Wyd. MON. Warszawa. 1974; s. 229).
Moim zdaniem odnowiony traktat francusko - niemiecki, należy traktować w kategorii silnego potwierdzenia woli stron i dokonanych onegdaj wyborów politycznych o strategicznym charakterze, a zarazem wyraźnego sygnału do społeczności międzynarodowej, że brexit nie niweczy pomysłu na Wspólnotę. Jest symbolicznym wyzwaniem oraz potwierdzeniem stałości woli i intencji hegemonów jedności europejskiej. Oznacza on deklarację pogłębienia integracji w odniesieniu do polityki zagranicznej, obronnej, bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego, wreszcie rozwoju.     
Treść zapisów szczegółowych traktatu zawiera niewiele nowości, może z wyjątkiem zapowiedzi powołania francusko - niemieckiego zgromadzenia parlamentarnego, stanowionego przez 50 posłów każdej ze stron, którego zadaniem jest lobbowanie za podejmowaniem konkretnych rozstrzygnięć, optymalizujących proces budowy jedności europejskiej, co bynajmniej nie osłabia wymowy samego dokumentu.
Choć konotacja miejsca zawarcia traktatu - Akwizgran, ma sporo wieloznaczności (miasto to, jest symbolem podziału imperium Karola Wielkiego, po którym na długie lata, tereny tożsame z dziesiejszą Francją i Niemcami, rozwijały się własną, odmienną drogą), dla mnie osobiście nie ma to pejoratywnego znaczenia. Niemcy i Francja udowodniły nie raz, że zachowały zdolność właściciwej oceny oraz wyciągania wniosków z historii, że zasadnie zajmują pozycje liderów w Europie. Niemcy i Francja są świadome, że jedność europejska, to ich narodowa racja stanu, realizacja żywotnych interesów. Mają także poczucie powagi chwili i odpowiedzialności za kształt przyszłości.
Jestem zbudowany takim stanem spraw i wdzięczny Francuzom i Niemcom, za taką percepcję współczesności, za determinizm, strategiczną dalekowzroczność, a i polityczną odwagę. Europa potrzebuje hegemona, dysponującego potencjałem i wizją. Swoją drogą to ujmujące, a zarazem stanowiące dowód dojrzałości politycznej, że niezależenie od dziejowych zawieruch, fluktuacji politycznego poparcia i ewolucji nastrojów oraz preferencji wyborczych, Francja i Niemcy, mają zdolność do właściwego odczytywania wyzwań historii i prolongowania katalogu kluczowych wartości oraz politycznych wyborów, we własnym interesie, ale i interesie Europy. Na tym tle - jak prawie zawsze - my Polacy wyglądamy nadzwyczaj mizernie i mało wiarygodnie, kierując się permanentnie niestety doraźnym interesem, emocjonalnym romantyzmem, niczym nie uzasadnioną wiarą w nasze przeznaczenie. Szkoda, ale to już temat na inną okazję. 
       

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Ewolucja Frontu Narodowego - prawda czy fałsz?

     Liderka francuskiego Zjednoczenia Narodowego (Rassemblement national): Marine Le Pen, formacji powstałej w czerwcu 2018 roku, w wyniku przekształcenia Frontu Narodowego (dodajmy przekształcenia w pełni demokratycznego: 81% członków F.N., w wewnątrzpartyjnym referendum, opowiedziało się za takim przekształceniem, aprobując jednocześnie - 48% członków - pozostawienie historycznego logotypu partii), ogłosiła właśnie oficjalnie rezygnację z postulatu powrotu we Francji do waluty narodowej, a tym samym akceptację jednego z filarów jedności europejskiej: wspólnej waluty. Po usunięciu z partii, jeszcze w 2015 roku, co potwierdziły ostatecznie wyroki sądowe w 2018 roku, historycznego twórcy i przywódcy Frontu: Jean Marie Le Pena, to bez wątpienia epokowe wydarzenie, nie tylko dla francuskiej prawicy narodowej.
Pryncypialnie antyglobalistyczna, antyeuropejska formacja, traci tym samym uwierającą jej etykietę partii antysystemowej, wygodną dla adwersarzy politycznych, choć nie do końca odpowiadającą realiom i oddającą rzetelnie stan faktyczny.
Deklaracja Zjednoczenia Narodowego, spotkała się - co zrozumiałe -  z żywym odzewem we Francji i w Europie, nie tylko zresztą ze strony poprawnych politycznie mediów i przedstawicieli elit politycznych, ale i obywateli.
Wielu widzi ją wyłącznie w kategoriach politycznej kalkulacji i pragmatyzmu. Prawica narodowa ich zdaniem, dostrzegając ograniczenia swojej dotychczasowej bazy społecznej i wyborczej, dokonuje taktycznego otwarcia, na rzecz nowych środowisk, celem zwiększenia swoich szans wyborczych, zarówno w kontekście zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, jak i nadchodzących wyborów prezydenckich we Francji.
Zwolennicy Zjednoczenia Narodowego, akcentują polityczną dojrzałość władz partii, otwartość na wymogi i powagę sytuacji, zdolność do strategicznego myślenia oraz działania, zgodnie z dobrze pojętym francuskim interesem narodowym.
Niezależnie od rzeczywistych intencji liderów Zjednoczenia Narodowego, które zweryfikuje praktyka polityczna najbliższych miesięcy, ewolucja doktrynalno - programowa partii jest logiczną konsekwencją rzetelnej analizy społeczno - politycznej i socjologicznej, a w jej konsekwencji przewartościowań aksjologicznych.
Wbrew pozorom, ideowo - polityczna ewolucja francuskiej prawicy narodowej jest najtrudniejszym wyzwaniem dla tradycyjnej francuskiej prawicy, która nie będzie mogła już korzystać niestety z dotychczasowego aparatu pojęciowego, w etykietyzacji środowiska politycznego Marine Le Pen. Skoro Zjednoczenie Narodowe przestaje być partią antysystemową, odchodzi od dotychczasowej retoryki i postulatów, jak zwalczać politycznie prawicę narodową, jak marginalizować jej wpływy? Eurosceptycyzm to przecież na dziś polityczna deklaracja i orientacja szerokich rzesz Europejczyków, będący formą negatywnej oceny dokonań zbiurokratyzowanej Wspólnoty, zmagającej się z kryzysem ekonomicznym, wyzwaniami społecznymi, przytłoczonej ciężarami partykularyzmów narodowych, a nade wszystko nie posiadającej spójnej wizji ograniczenia obcej kulturowo imigracji i jej wielopłaszczyznowych, negatywnych w większości konsekwencji.
Stanowisko Zjednoczenia Narodowego stanowi bez wątpienia wyzwanie dla francuskiego systemu partyjnego i jego głównych dzisiejszych beneficjentów. Jest tyle ryzykowne, co odważne. Jest próbą poszukiwania rozwiązań, między oczekiwaniami twardego, własnego, dotychczasowego elektoratu w kwestii artykulacji jego interesów, a wyzwaniami do integracji tychże interesów, z szerszym spektrum społecznych oczekiwań i preferencji, z uwzględnieniem wymogów demokracji. Zjednoczenie Narodowe we Francji podejmuje ryzykowną, ale zarazem odpowiedzialną grę o poparcie francuskiego społeczeństwa, w warunkach istnienia demokratycznej alternatywy.
Warto, aby także polskie elity polityczne, przywódcy polskich partii politycznych, dokonali analogicznej do Marine Le Pen refleksji, dotyczącej kluczowych elementów własnej, dotychczasowej strategii politycznej, głoszonych elementów programowych. Naśladownictwo mile widziane, w imię lepszego jutra nas wszystkich i ograniczania ryzyka szeroko pojętych ekstremizmów.       
    

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Od "żółtej koszulki", po autobus z napisem: "koniec wyścigu"?

     Dzisiejszy Sylwester - oby dla wszystkich i wszędzie radosny - kończy czas świąteczo - noworocznej kanikuły. Zewsząd płyną życzenia, wszędzie słuchać podsumowania....
W przepełnionym konsumpcjonizmem świecie Zachodu, powszechne jest uniwersalne życzenie, aby nadchodzący rok był lepszy od poprzedniego, oparte na przekonaniu, że istotą ewolucji, która jest naszym udziałem, jest wszechobecny postęp, we wszystkich dziedzinach, w życiu jednostek i grup społecznych.
We Francji - jak niegdyś budzacy się ruch protestu wobec socjalistycznego etatyzmu, w państwach realnego socjalizmu - powstały ad hoc, dzięki mediom elektronicznym, ruch "żółtych kamizelek", budzi stosunkowo małe zainteresowanie, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Traktowany jest jakże często jako efemeryda, anarchizujący ruch niezadowolonych, luźny związek tych, którym się w życiu nie udało. A szkoda, bo moim zdaniem ten nowy ruch, symbolizuje coś od dawna nie widzianego w "starych" demokracjach. Uważam "żółte kamizelki" za symbol kryzysu zglobalizowanej gospodarki, rozwiniętych społeczeństw, które nie są w stanie - póki co - sformułować i skutecznie zbudować strategii, a potem wdrożyć programu, odpowiadających na potrzeby współczesnego świata, w którym postępowi naukowo - technicznemu, zdolnościom kapitałowym do implementacji jego wyników, nie towarzyszy społeczna rozwaga i szerokie horyzonty decydentów, świadomość kierunku, w którym razem idziemy. Jesteśmy u progu masowej eksplozji sztucznej inteligencji, nie potrafimy jednak zarazem powiedzieć większości pracowników najemnych co z nimi, zarysować ich przyszłości, zdefiniować w którą stronę zmierzamy. Równocześnie, ze strony wielkiego kapitału, brak odwagi do zakomunikowania ludziom, że względny okres prosperity na Zachodzie, to już pieśń przeszłości, że czas na wyrzeczenia i ograniczenia, świadome i wymuszane presją rozwojową innych.
Francuski ruch " zółtych koszulek" to ledwie przyczółek, prekursor tego, co czeka nas wszystkich, głównie w Europie. Już przyszły rok wyborczy, pokaże a przede wszystkim potwierdzi, przewidywaną i zapowiadaną od dawna, radykalną zmianę nastrojów społecznych, z preferencją dla tych, którzy jeszcze nie rządzili, którzy zapowiadają większą troskę o problemy i przyszłość przeciętnego człowieka. Odrębnym pytaniem jest kwestia realności tej alternatywy.
W Polsce, w której dominuje etos mitu doganiania Zachodu we wszystkich płaszczyznach, nie ma co prawda na dziś formacji "żółtych kamizelek", ale nie sposób wykluczyć, że powstanie silnych ruchów kontestujących obecny porządek społeczny, to tylko kwestia czasu. Priorytety i aksjologia mogą być co prawda przejściowo nieco inne, ale stan nastrojów społecznych w Polsce, jest wcale nie istotnie lepszy jak we Francji. Brak szeroko pojętej stabilności i perspektyw, katastrofalny brak zaufania do państwa i jego instytucji, rozdarcie ideowe, powszechne przekonanie o niskiej jakości elit politycznych, to także niestety nasza codzienność. Stan ten jest na razie tonowany i rozbrajany propagandowymi fajerwerkami, których kruche fundamenty tworzą: polski mesjanizm i koncepcja predestynacji. My ciągle wierzymy, że sojusz z USA ma charakter obustronnie blankietowy, że naszym przeznaczeniem są rzeczy wielkie. Ten rok okrasiły zresztą jeszcze dodatkowo obchody 100 lecia restytucji polskiej państwowości, które wzmocniły polską wiarę w nasze szczególne przeznaczenie i przekonanie, że wszystko zawdzieczamy sobie, szeroko eksponowane nasze miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, wreszcie światowa konferencja klimatyczna w Katowicach. Władze polityczne ulegając w istocie leninowskiej zasadzie prymatu polityki nad ekonomiką, dla doraźnych korzyści politycznych, tak prowadzą sprawy publiczne, że sformułowanie związek przyczynowo - skutkowy, w pozytywnym znaczeniu tego terminu traci sens, a ryzyko destabilizacji ekonomicznej, prawdopodobne bardziej niż kiedykolwiek w Polsce, po 1989 roku. Za współczesną formę zgubnego i anachronicznego partyjniactwa, za brak myślenia i działania w kategoriach polskiej racji stanu, zapłacimy z pewnością szybciej, czy póżniej niestety wszyscy.....
We Francji i w Polsce, wyraźne odczuwalne jest społeczne zapotrzebowanie na ożywczy powiew nowych idei, oby demokratycznych i pokojowych. Aż nadto wyczuwalne jest oczekiwanie na stabilność, normalność, przewidywalność, a także ład i porządek. Widać także wyraźnie kryzys idei i brak autentycznych liderów, mających poparcie społeczne, ale także posiadających znacznie coś więcej: społeczny autorytet i charyzmę. Jak pokazuje przykład Francji, generacyjna wymiana elit, to niestety stanowczo za mało, biorąc pod uwagę uwarunkowania i wyzwania. Istnieje wyraźny sentyment do tego co nowe i resentyment, do tego, co zapewni spokój i ład, w rozumieniu bezpieczeństwa oraz przewidywalność.    
Jestem z pokolenia, dla którego żółta koszulka budzi pozytywne skojarzenia, jest synonimem sukcesów kolarskich Ryszarda Szurkowskiego, czasów, w których Wyścig Pokoju budził powszechne emocje i zainteresowanie. Znam także konotację towarzyszącego wyścigom kolarskim autobusu z napisem: "koniec wyścigu", którego pasażerami byli kolarscy maruderzy. Czekam zatem na tych, na ruch, formację polityczną, którego liderzy i partycypanci, udźwigną ciężar noszenia żółtej koszulki, będą autentycznymi liderami, nie tylko na jeden etap, ale na cały wyścig. Tęsknię za tymi, którzy wiedzą jak unikać autobusu dla maruderów.
Europa, świat Zachodu, potrzebują ożywczej idei, zrozumiałej i szeroko akceptowalnej, rozpisanej na praktyczne działania osadzone w czasie, podlegające stałemu społecznemu monitoringowi i mechanizmom korygującym. Potrzebujemy świadomosci i pewności, że wyłaniane w demokratycznym trybie elity polityczne, mają kompetencje i moralne kwalifikacje, są zdolne do przewodzenia i moderowania, a zarazem budowania szerokich koalicji społecznych, dla urzeczywistnienia nieuchronnych, częstokroć kosztownych społecznie zmian.  
Przygotowując się do Nowego Roku, życzę nam wszystkim, abyśmy w zdrowiu i szczęściu - ono jest także niezbędne - doczekali liderów, będących zasadnie zasłużonymi depozytariuszami żółtych koszulek, którzy oszczędzą nam roli pasażerów autobusu z napisem "koniec wyścigu", aspirantów do roli maruderów. Czekam na przewidywalną przyszłość, deklarując zarazem gotowość osobistej partycypacji, wszak bez niej nie ma mowy o sukcesie, w każdym wymiarze.        
            

poniedziałek, 3 grudnia 2018

"[...] Francuzi są bardziej świadomi wymagań współczesnego świata, niż ich rządzący [...]". Naprawdę?


       Protesty społeczne we Francji, w ostatnich dniach, to znacznie coś więcej niż tylko chuligańskie wybryki wandali - nie wiadomo zresztą, czy conajmniej w części nie prowokowane - do których chciałyby je sprowadzić poprawnie polityczne media. Odcinając się rzecz jasna stanowczo od towarzyszących niestety protestom burd i zniszczeń, konfrontacji z siłami porządkowymi, trzeba na wspomniane protesty patrzeć szerzej, widząc nade wszystko kontekst społeczny i polityczny.
Urzędujący Prezydent Republiki Francuskiej E. Macron, w swojej książce "Revolution" (Wyd. XO., Paris 2016, wydanie polskie: "Rewolucja",wyd. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018), będącej w istocie manifestem programowym prezydenta, zawarł wiele tyle ciekawych, co kontrowersyjnych tez, weryfikowanych także przez obecne wydarzenia.
Między innymi, zdaniem E. Macron'a, we współczesnej Francji, a szerzej w rozwiniętym świecie, nie ma miejsca dla klas ludowych (les classes populaires), na skutek postępującej transformacji społecznej, globalizacji i rewolucji technologicznej. Hipoteza to swego czasu modna, odważna , ale raczej życzeniowa, niż wynikająca z realnej oceny sytuacji społeczno - politycznej., zasługuje na rozważenie. Zmierzch klasy robotniczej w klasycznym, marksistowskim rozumieniu, nie oznacza bowiem bynajmniej kryzysu kategorii "pracownicy najemni". Pracowników najemnych jest zdaje się coraz więcej, choć są oni faktycznie wewnętrznie poważnie zróżnicowani, w aspekcie poziomu życia, wykształcenia, perspektyw. Gdyby jednak nawet przyjąć, że E. Macron miał i ma rację, to kto w sensie socjologicznym, protestuje we współczesnej Francji, jeżeli nie pracownicy najemni? Klasa średnia, imigranci, rzemieślnicy, przedstawiciele wolnych zawodów?
Moim zdaniem, protestują po prostu niezadowoleni, niezależnie od przynależności do grup społeczno - zawodowych, rodowodu, religii, preferencji politycznych i innych kryteriów etykietyzacji. Niezadowoleni ze stanu spraw publicznych, z braku perspektyw, zawiedzeni przez elity polityczne, oszukiwani ciągłą prolongatą nadziei i oczekiwań. Na dziś niezadowoleni nie są zorganizowani, a w konsekwencji, nie stanowią dla władzy partnera do rozmów, stąd zresztą takie usilne próby zawłaszczenia tego protestu przez polityków wielu opcji.
Ostatnie wydarzenia potwierdzają też dobitnie, że nadmiar obietnic wyborczych, zwłaszcza nierealnych nie tylko szkodzi, ale zarazem stanowi poważne zagrożenie dla demokracji. Budząc bezpodstawne nadzieje, może czasowo - niczym opium - uśmierzać ból, ale jednocześnie zwielokrotnia prowdopodobieństwo wybuchu niezadowolenia społecznego, wykraczające poza ramy społeczeństwa obywatelskiego. Protesty we Francji, to także dowód na rozmijanie się percepcji i aksjologii elit, z analogicznymi społeczeństwa, zwłaszcza tej jego mniej zaradnej, czy odnoszącej mniejsze życiowe, a może zawodowe sukcesy części.
W przywoływanej już książce E. Macron'a, znależć można także odpowiedzi, recepty, swoiste remedium, na protest "żółtych kamizelek", bo nie nazywałbym tego jeszcze rewolucją. Tytułem przykładu:

1). "[...] Na tę transformację nie możemy odpowiedzieć przy pomocy tych samych ludzi i tych samych idei, wyobrażając sobie, że można wykonać krok wstecz, myśląc, że wystarczy naprawić lub dostosować nasze struktury [...]";

2). "[...] Wszyscy musimy wyjść poza nasze przyzwyczajenia [...]"

I jeszcze jedno: celny moim zdaniem tytuł mojego dzisiejszego posta, przywołany cytat, też pochodzi z książki "Rewolucja". Czyżby to były w istocie prorocze słowa? Jeżeli tak, to jakie wnioski z obecnych wydarzeń wyciągną francuskie elity? A może nie tylko francuskie?