czwartek, 29 grudnia 2016

2017 rok: początek świata, którego nie ogarniamy?

        Perspektywa Nowego Roku, skłania powszechnie ku refleksji i planowaniu. Refleksji nad czasem minionym i planowaniu - w różnych horyzontach czasowych - przyszłości. Niezależnie od perspektyw i podejścia, czujemy intuicyjnie i chyba zasadnie, że żyjemy w czasach niezwykłych. 
W Trzecim Świecie, zwłaszcza zaś w Ameryce Łacińskiej, bardzo często przytaczana jest opowieść z pozoru frywolna, po głębszym zastanowieniu jednak zawierająca głęboką treść i wcale nie łatwe przesłanie, dotycząca relacji z cywilizacją białego człowieka. Zgodnie z treścią tej przypowieści, kiedy biały człowiek pojawiał się we wspomnianych krajach, w rękach miał Biblię, rdzenni mieszkańcy zaś byli właścicielami ziemi. Biały człowiek, deklarując pokojowe zamiary, zaapelował o wspólną modlitwę, o budowę nowej wspólnoty, opartej na nowej aksjologii. Rdzenni mieszkańcy w zaufaniu i hołdując otwartości, zamknęli oczy, oddając się medytacjom i refleksji, przyjmując nowe wartości za swoje. Kiedy otwarli oczy, z początkowym niedowierzaniem, skonstatowali brutalną prawdę: biały człowiek stał się właścicielem ziemi z jej dobrami, a rdzennym mieszkańcom pozostała Biblia.
Anegdota ta oddaje ducha relacji między współczesnym człowiekiem, a kapitałem i jego właścicielami, z tą różnicą, że rolę Biblii odgrywa we współczesnym świecie globalizacja i jej atrybuty oraz poprawność polityczna. Najpierw teoria konwergencji, a następnie mit demokracji przedstawicielskiej i powszechnego dobrobytu sprawiły, że zdominowane przez ludzi o statusie pracobiorców wielkie grupy społeczne, marząc o otwartym świecie, zwłaszcza zaś o zjednoczonej Europie, z jedną walutą, prawem swobodnego przepływu ludzi i kapitału, nieskrępowaną komunikacją, nie zauważyły że utraciły suwerenność i podmiotowość. Jako pierwsze, te anomalie zauważyły nie partie socjalistyczne i związki zawodowe, co winna być naturalne - z uwagi na ich bazę społeczną - ale partie narodowe, długo wyszydzane i wyśmiewane przez media i polityków głównego nurtu. Dopiero niedawny, światowy kryzys gospodarczy (dla wielu wcale jeszcze nie zakończony) i problem demograficzny, a w Europie dodatkowo problem z masową migracją, z krajów obcych kulturowo, obudził z letargu prawie wszystkich. W efekcie prysnął mit dobrobytu, szeroko pojętego bezpieczeństwa, ciągłego wzrostu gospodarczego i analogicznej dominacji. Podważeniu uległ dotychczasowy model życia, nie tylko w aspekcie prymatu konsumpcji, ale nade wszystko naturalnych kolei życia człowieka Zachodu: uczącego się, następnie pracującego, odkładającego na starość, w stale zyskujących na wartości jednostkach funduszy inwestycyjnych, inwestującego - korzystając z dźwigni finansowej i taniego kredytu - w stale zyskujące na wartości nieruchomości, bądź obligacje państwowe. A wszystko to w poczuciu spokoju i bezpieczeństwa, którego gwarantem było państwo. Ta nowa jakość w naszym życiu, nie jest w istocie niczym nowym, tak kończyła się belle epoque we Francji przed 1914 rokiem, tak dogorywała Europa przed II Wojną Światową. Problem polega dziś na właściwej diagnozie i implementacji skutecznego programu korygującego, bo na naprawczy jest już chyba za późno. 
Jeżeli nie optujemy za rewolucją - a moim zdaniem nie powinniśmy, z uwagi choćby na nieoszacowane koszty i niepewny kierunek oraz konsekwencje rewolucji (warto pamiętać, że ostatnia relatywnie udana, choć krwawa, to Rewolucja Francuska) - trzeba mieć wizję przyszłości względnie sprawiedliwej, choć z pewnością nie bezkonfliktowej.
Dzisiejszy powszechny lament nad restytucją radykalizmów w Europie, ze skłonnością do ostracyzmu i nowej formuły wykluczenia ich zwolenników, powinien zastąpić swoisty pozytywizm, oparty na humanistycznym szacunku, większej sprawiedliwości społecznej, eliminacji nieuzasadnionych różnic w poziomie życia, w wymiarze aksjologicznym,
Europa, świat Zachodu, potrzebuje dbałości o tożsamość i tradycje, ale zarazem ze strony depozytariuszy owej tradycji - hierarchii kościelnej wszystkich szczebli - prawdziwego zaangażowania, bez względu na własny status materialny i bez priorytetu dla prolongaty własnych przywilejów korporacyjnych, nierzadko wbrew elementarnym zasadom przyzwoitości. Kościół katolicki w Europie, a zwłaszcza w Polsce, potrzebuje nowej formuły Teologii Wyzwolenia, dostosowanej do wymogów i specyfiki Zachodu, z prymatem dla wrażliwości społecznej i losu milionów pracobiorców, z jednoczesnym samoograniczeniem i poszanowaniem praw właścicieli kapitału.   
Zmienia się też, by nie powiedzieć przeżywa model demokracji przedstawicielskiej, oparty na kluczowej roli partii politycznych. Stoi przed nami nie lada wyzwanie dotyczące bardziej efektywnej niż dotychczasowa organizacji społeczeństwa, metody kooptacji nowych członków elit politycznych, zapewnienia skutecznych rządów większości, z jednoczesnym poszanowaniem praw mniejszości.
Musimy znaleźć sposób na zagospodarowanie coraz większej liczby obiektywnie wykluczonych, na skutek postępu technologicznego, ze świadomością, że brak systemowych rozstrzygnięć w tym obszarze, jest wyzwaniem nie mniejszym niż masowa, obca kulturowa migracja do Europy.
Pozostając w amoku presji marketingu we wszystkich obszarach naszej egzystencji, musimy zarazem postawić pytanie o racjonalność ekonomiczną, o zasadność posiadania nadmiaru dóbr konsumpcyjnych.
Trzeba mieć świadomość ciągle zasadnej, choć wcale nie nieuchronnej groźby globalnego, czy regionalnego konfliktu zbrojnego, jako skutku tyle aspiracji, co obiektywnie zachodzącego procesu przebiegunowania politycznego świata.
Na wiele z tych zmian nie mamy realnego wpływu, co jednak nie usprawiedliwia bynajmniej deficytu wspólnej troski o przyszłość, a jeszcze bardziej nie uzasadnia braku wysiłku w kierunku obiektywnego zrozumienia relacji przyczynowo - skutkowych we współczesnym świecie.
Wreszcie z naszego, polskiego punktu widzenia, warto porzucić niczym nie uzasadniony polonocentryzm w percepcji świata i Europy, warto pryncypialnie odchodzić od szkodliwego romantyzmu w aksjologii oraz codziennych zachowaniach społeczno - ekonomicznych, na rzecz pozytywizmu i pragmatyzmu. Nasz marzycielsko - roszczeniowy stosunek do bliższego i dalszego otoczenia, jest nie tylko przejawem wstecznictwa, jest groźny dla strategicznych interesów Polski i każdego z nas.
O takie nowe myślenie, przepojone racjonalnością i pragmatyzmem, pozbawione żądzy rewanżu podejście apeluję w Nowym, 2017 Roku. Sugeruję także i zabiegam o wzajemną życzliwość i przyzwoitość. Choć wszyscy wiedzą, że jedynym nie monitorowanym kotłem w piekle jest polski kocioł, nie wymagający nadzoru, bo rzekomo Polacy sami pilnują, aby nikt z niego nie uciekł do lepszego świata, może warto pokonać ten stereotyp?                       

wtorek, 20 grudnia 2016

Refleksje spod bożonarodzeniowej choinki

    Nadchodzące Święta Bożego Narodzenia, będą wyjątkowymi pod wieloma względami.
   W Polsce, to czas nasilającego się konfliktu o pryncypia, wcale nie zbudowanego na osi "stare"-"nowe", a na dychotomii racjonalno/pragmatyczne - emocjonalno/rewanżystowskie. Pisząc to, nie bronię wcale Platformy Obywatelskiej, czemu dałem wyraz nie raz mówiąc, że czyściec przez który teraz przechodzimy, to skutek nade wszystko jej przewin, partykularyzmów, egoizmów i patologii. Konstatacja ta, nie upoważnia jednak obecnie rządzących do zawłaszczenia przestrzeni publicznej, pozaprawnego rewanżyzmu, wreszcie zmonopolizowania wszystkiego, w imię absurdalnych założeń ideologicznych, wynikających tyle z radykalizmu, co kompleksów. Nie bronię przy tym przywilejów służb, choć warto zarazem pamiętać, że służby specjalne istnieją od wieków w każdym państwie, a podważanie sensu ich istnienia, relatywizowanie ich działań, jest tyle nieodpowiedzialne, co niebezpieczne. Warto także pamiętać, że demokracja nie zna zasad zbiorowej odpowiedzialności, że każdy przypadek winien być rozpatrywany indywidualnie, a pełzająca, kolejna lustracja służb, to droga do ich paraliżu. Warto wreszcie mieć na uwadze, że historia Polski nie zaczęła się ani w 1980, a tym bardziej w 1989 roku. Przyjmowanie takiej percepcji w oglądzie polskiej rzeczywistości, to niebezpieczny wewnętrznie i zewnętrznie precedens. 
Także w ocenie programu polityczno - gospodarczych zmian w Polsce, warto zachować umiar, nie ulegając egzaltowanemu populizmowi. Przykład starożytnego Rzymu choćby dowodzi, że mimo iż 1/3, a nawet zdaniem niektórych 1/2 ówczesnego społeczeństwa wiodło żywot subsydiowany przez państwo, nie zapobiegło to ani upadkowi Rzymu, ani dramatycznym kolejom losu imperium. Znaczącym dla mnie deficytem życia publicznego w Polsce jest fakt, że władza nie jest zobligowana do wskazania źródeł sfinansowania swoich pomysłów, bo w bez kosztowy społecznie wymiar sztandarowych programów Dobrej Zmiany, wierzy chyba niewielu?
Mam wreszcie wrażenie, że jesteśmy w Polsce świadkami narodzin nowego kultu państwowego: kultu śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Kultu opłacanego z państwowej kasy, tyle kontrowersyjnego, co obiektywnie nieuzasadnionego. Śmierć bowiem - nawet najbardziej tragiczna - nie może być przyczynkiem do pomnikomanii i czynienia z miesięcznic tego dramatycznego wydarzenia, uroczystości z własną obrzędowością i symboliką    
    W Europie, sytuacja jest wcale nie mniej skomplikowana. Dostatnia, stabilna Europa, mimo zaklęć brukselskich elit, umiera na naszych oczach. Sadzę, że wielu Europejczyków już dawno przyswoiło sobie, że jedynie co pewne to zmiana. Znacznie groźniejsze jest zyskujące coraz szerszy społeczny poklask przekonanie, że jedynie co pewne, to niepewność. Istotą jest nie tylko spór o kształt jedności europejskiej, o model europejskiej integracji, jej kierunek, kształt i beneficjentów. Otwartość i gościnność Europy, uderzyła rykoszetem w podstawy egzystencji Europejczyków, czego koronnym przykładem Niemcy. Otwarcie granic dla imigrantów, skutkuje lawinowym wzrostem popytu na szeroko pojęte bezpieczeństwo. Kolejne zamachy, poza dramatem jednostek i rodzin, podważają zaufanie do państwa, obowiązującego porządku prawnego, uruchamiają tęsknoty za państwem autorytarnym, za rządami silnej ręki, traktowanymi coraz częściej jako panaceum na całe zło. Zmiana nastawienia i preferencji wyborczych, jest aż nadto widoczna i zaskutkuje z pewnością zmianami jakościowymi na europejskiej scenie politycznej w roku przyszłym, zwłaszcza w dwóch kluczowych krajach: Francji i Niemczech.
Dekadencja Europy nie wyczerpuje jednak problemów współczesnego świata. Niepewność co do kształtu polityki nowej administracji amerykańskiej, konfrontacyjna polityka Rosji, chińskie pytania i wyzwania, ofensywa islamskiego radykalizmu, rosnące nierówności społeczne i ocean biedy oraz głodu, dramatyczne wyzwania ekologiczne, dopełniają obszar frustracji. 
Nie sposób znaleźć uniwersalnego panaceum na ryczącą rzeczywistość, bo jej jakościowa zmiana wymaga consensusu i determinizmu - wartości, których deficyt w skonfliktowanym współczesnym świecie jest szczególnie zauważalny, Jakie jest zatem przysłowiowe opium uśmierzające ból bezradności?  
Święta Bożego Narodzenia mają wymiar cywilizacyjny, a nie tylko religijny, są dzisiaj moim zdaniem mniej wyznaniem wiary, co manifestacją wierności tradycji hellenistyczno - rzymskiej, europejskiej aksjologii. Skoro tak, dbajmy o rodzinne spotkania świąteczne, ich atmosferę i symbolikę. Nie dajmy się prowokować i manipulować. Uważnie słuchajmy zarówno polityków, jak i duchownych, poddając ich argumentację rzetelnej, merytorycznej analizie.
W biznesie powszechne jest przekonanie, że nie ma firm bez problemów, są za to firmy bez przyszłości, których jako pracobiorcy i zarządzający należy unikać. Może warto to podejście zaimplementować w życiu społecznym? Problemów nie da się uniknąć, trzeba je rozwiązywać, mniej lub bardziej udolnie i skutecznie. Zdecydowanie warto jednak rekomendować odchodzenie od zachowań bez przyszłości, z negatywną konotacją, którymi są zwłaszcza: brak otwartości i tolerancji, szeroko pojęty egoizm, rewanżyzm, radykalizm wszystkich opcji.

      

poniedziałek, 28 listopada 2016

Prawybory we Francji - mega problemy w Europie

Rozstrzygnięta wczoraj we Francji, druga tura prawyborów prezydenckich na prawicy, w której Francois Fillon, zdecydowanie wygrał z Alain'em Juppe, będzie miała istotne znaczenie nie tylko dla Francji, ale i dla Europy.
Po pierwsze, wszystkie sondaże zdecydowanie potwierdzają, że przyszłoroczne wybory prezydenckie we Francji, nie będą tradycyjną dotąd dla V Republiki batalią między lewicą, a prawicą. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, będzie to w drugiej turze tychże wyborów pojedynek tradycyjnej prawicy, z prawicą narodową. W konsekwencji, francuska lewica z pewnością zmierzy się z determinizmem poparcia w drugiej turze właśnie Francois'a Fillon'a, celem niedopuszczenia do sprawowania władzy przez Marinę Le Pen z Frontu Narodowego.
Po drugie, trend który pojawił się w tegorocznych wyborach prezydenckich w USA i zwycięstwo D. Trumpa, wcale nie przekreśla - nawet w warunkach nadzwyczajnej mobilizacji elektoratu - scenariusza, w którym urząd prezydencki we Francji, przypadnie mimo wszystko przywódczyni Frontu Narodowego. 
Z europejskiej, w tym także z polskiej perspektywy, wczorajsze zwycięstwo F. Fillon'a, niesie za sobą poważne konsekwencje i wyzwania.
F. Fillon - konserwatysta i liberał, a nade wszystko pragmatyk, wzorujący się na Margaret Thatcher - jest zwolennikiem nie tylko poprawnych stosunków z Rosją, jest jednoznacznym zwolennikiem uznania aneksji Krymu przez Rosję. To poważne wyzwanie dla aktualnej aksjologii Wspólnoty Europejskiej. Jeżeli nowe tendencje w polityce francuskiej, zostaną wzmocnione dodatkowo przez werdykt wyborczy w Niemczech, to rychło może się okazać, że pryncypialna anty rosyjskość, preferowana przez polski rząd, może stać się dysfunkcjonalna i po prostu passe.
Fillon to także otwarty i jednoznaczny zwolennik odwrotu od tradycyjnych wartości dla francuskiej lewicy: obniżania wymiaru tygodnia pracy, sprzeciwu wobec wydłużania wieku emerytalnego, a szerzej apologetyki syndykalizmu. Jeżeli mimo to uda mu się pozyskać poparcie większości i wygrać wybory, będzie to wyraźny, jednoznaczny sygnał, że doktryna francuskich socjalistów straciła swój społeczny powab. Będzie to także nie lada wyzwania dla populistycznej prawicy w Europie, a zatem i PiS, która lansuje diametralnie odmienny punkt widzenia.
Prezydentura F. Fillon'a - zresztą analogicznie jak potencjalnie Marine Le Pen - oznacza z wysokim prawdopodobieństwem zmianę struktury i kierunku rozwoju jedności europejskiej. Na skutek zasadniczych różnic aksjologicznych między "Starą", a "Nową" Europą, spodziewanego wyjścia Wlk. Brytanii ze struktur U.E, przesądzona być się wydaje reforma kształtu Wspólnoty Europejskiej, powstanie Europy "dwóch prędkości", odejście od subsydiowania rozwoju biedniejszych krajów członkowskich, rozumianego jako eksport miejsc pracy i dobrobytu, w imię coraz otwarcie kontestowanej na Zachodzie zasady solidarności. To kolejne wyzwanie dla Polski o wręcz egzystencjalnym charakterze, wobec którego polskie władze zdają się być merytorycznie i praktycznie nie przygotowane, tkwiąc na straconej pozycji. 
W ocenie aktualnej rzeczywistości politycznej we Francji i wynikających z niej wniosków, można próbować bagatelizować sytuację, czego najlepszym dowodem odwoływanie się do słów Emila Ciorana (1911 - 1995) - Rumuna z urodzenia, a Francuza z wyboru, który w swojej książce "O Francji" (wyd. polskie Wyd. Aletheia. 2016) napisał: "[...] Francuzi wolą celnie ujętą nieprawdę, od prawdy źle sformułowanej [...]". Marne to jednak pocieszenie, zwłaszcza dla nie Francuzów. Europa wkracza w wielowymiarowy czas poszukiwań i eksperymentów.
W sensie politycznym, lewica walczy o przetrwanie, czego nie zapewnią jedynie kosmetyczne zmiany. Czas klasycznej lewicy i jej atrybutów, właśnie się kończy, konieczne są zasadnicze zmiany doktrynalne, uwzględniające rewolucyjne, epokowe zmiany socjologiczne oraz znalezienie satysfakcjonującej społecznie odpowiedzi na kluczowe wyzwania rozwojowe. Zarazem jednak wcale nie jest przesądzony triumf nacjonalizmów, które z jednej strony stają przed szansą przejęcia władzy, z drugiej zaś - odrzucając wyborczą demagogię - są świadome uwarunkowań i ograniczeń, grzesząc niejednokrotnie, niejako przy okazji, pychą i całkowitym zerwaniem z realiami, w imię absurdalnych założeń ideologicznych.
Szampan jest bez wątpienia atrybutem francuskim, ale jedynym miejscem gdzie z powodów politycznych można się nim dziś swobodnie delektować, konstatując przychylność losu, jest Rosja i Kreml. Dla Rosji, wczorajszy wynik prawyborów we Francji, to prawdziwy dar niebios i chichot historii, wpisujący się w trwały trend, po zdaje się korzystnym - z punktu widzenia rosyjskich interesów - werdykcie w wyborach prezydenckich w USA.
A my w Polsce? Dalej wierzmy w mesjanizm i polonocentryzm, dalej preferujmy mistycyzm, dalej ulegajmy narodowej fascynacji, prolongujmy roszczeniową postawę w Europie, marginalizujmy relacje z kluczowymi sąsiadami i sojusznikami europejskimi. Czas prawdziwej próby i egzaminu narodowego, jest już coraz bliższy. Otwartą pozostaje tylko kwestia czy będzie komu wystawić rachunek za obecną, wszechobecną, powalającą arogancję.

  

  

środa, 12 października 2016

Dlaczego znowu nie lubimy Francji?

     Jednym z polskich paradoksów jest niewątpliwie fakt, że z jednej strony - jako społeczeństwo - deklarujemy in gremio i nie kryjemy fascynacji oraz zauroczenia Francją, z drugiej zaś - polskie elity rządzące - mają problem z relacjami z krajem galijskiego koguta, zachowując się jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany, by nie używać bardziej dosadnych określeń. Co gorsza, to swoiste faux pas, ma względnie trwały charakter, niezależnie od opcji formacji politycznych sprawujących władzę w Polsce. Tytułem przykładu, by poprzestać jedynie na najnowszej historii, różniliśmy się w ocenie konfliktu palestyńsko - izraelskiego, z oczywistych powodów w percepcji stanu wojennego w Polsce, konfliktu w Iraku (że przypomnę słynną naszą wpadkę ze znalezionymi rakietami francuskimi), Afganistanie, różnimy się w podejściu do kwestii aborcji, imigracji, polityki państwo - kościół.
Od strony francuskiej oczekujemy blankietowego wsparcia w sprawie kryzysu w stosunkach z Rosją, zrozumienia w kwestii uznania naszej uprzywilejowanej roli jako beneficjenta wsparcia E.U w naszym rozwoju i eliminacji zapóźnień strukturalnych. Zarazem jednak manifestujemy otwarcie naszą niezależność i niczym nie uzasadnione aspiracje mocarstwowe, przynajmniej w skali europejskiej, które chcemy realizować w opozycji, lub wbrew interesom Francji i Zjednoczonej Europy. Ostatni zgrzyt w sprawie kontraktu na śmigłowce Caracal jest potwierdzeniem, że mamy problem w definiowaniu naszych celów strategicznych, w percepcji światowego i europejskiego ładu, w realizacji starego i zasadnego powiedzenia: starych przyjaciół szanuj, nowych zdobywaj.
Sporo ryzykujemy.
Po pierwsze - i najmniej dolegliwe - narażamy na szwank naszą reputację, stając się partnerem nieprzewidywalnym, a to już krok od statusu partnera niegodnego zaufania. W kontekście naszych szumnie afirmowanych przez rządy Dobrej Zmiany aspiracji do statusu niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, zapominanie o światowej roli Francji - także jako stałego członka Rady Bezpieczeństwa z prawem veta - kraju tradycyjnie cieszącego się niezależnością i  życzliwością sporej części świata, zadrażnianie relacji z Francją, to brak instynktu samozachowawczego.
Po drugie, Francja akceptowała i póki co akceptuje wsparcie strukturalne dla Polski mimo świadomości, że buduje de facto w co najmniej sektorze rolno -spożywczym konkurenta, wiedząc, że wsparcie dla Polski, oznacza nader często eksport francuskich miejsc pracy do Polski, jest elementem prolongaty wielowymiarowego kryzysu w samej Francji.
Po trzecie - i chyba najważniejsze, a z punktu  widzenia strategicznych interesów Polski najgroźniejsze - hasło konieczności rewizji zasad funkcjonowania Wspólnoty Europejskiej, staje się we Francji priorytetem już nie tylko prawicy narodowej i Marine Le Pen, ale i tradycyjnej prawicy, której faworyt w najbliższych wyborach prezydenckich, a w konsekwencji najbardziej prawdopodobny przyszły Prezydent V Republiki - Alain Juppe, zapowiada publicznie konieczność ustalenia nowych granic europejskich i redefinicji zasad funkcjonowania Zjednoczonej Europy. Jeżeli dodamy do tego negatywne dla nas skutki wyjścia Wlk, Brytanii ze Wspólnoty, w wymiarze budżetowym: wielce prawdopodobnej konieczności rewizji budżetu Unii za dwa lata i spodziewanych cięć w funduszach strukturalnych, które dotkną Polskę najbardziej, konfliktowanie się z Francją - jednym z filarów Wspólnoty, utrata jej zaufania i przychylności, może okazać się brzemienne w skutkach.
Spór o Caracale, w wymiarze finansowym, to spór o 13,4 mld zł. Brak poparcia Francji, a minimum jej życzliwej neutralności, przy potencjalnej rewizji unijnego budżetu, będzie kosztował nas znacznie więcej. Czy warto? 
         

wtorek, 26 lipca 2016

Mord we francuskim Kościele - czyżby wracały upiory Wandei?

Dzisiejszy mord w normandzkim Saint - Etienne - du - Rouvay, którego ofiarą padł 84 letni ksiądz odprowadzający Mszę Św., staruszek, któremu islamski bandyta po prostu poderżnął nożem gardło, jest znacznie czymś więcej niż bestialstwem ekstremistów islamskich.
Po pierwsze, jest złamaniem niepisanej zasady, że nie atakuje się miejsc kultu, co jest tyle odrażające, co niepokojące w świetle następstw i preferowanych metod walki przez wrogów naszej cywilizacji. Morderstwo księdza w czasie obrzędów liturgicznych, jest drwieniem z kultury Zachodu, jest wyzwaniem i prowokowaniem, które musi budzić pryncypialny sprzeciw wszystkich Europejczyków, nawet niewierzących.
Po drugie, jest kulturowym bestialstwem nie przystającym do obyczajów i realiów Zachodu, jest upodleniem idei człowieczeństwa, stanowi regres aksjologiczny Zachodu.
Po trzecie, jest symbolicznym wyzwaniem dla dekadenckiej, konsumpcyjnej, pogrążonej w kryzysie i coraz większym chaosie Europie, cierpiącej na deficyt wspólnej aksjologii i skutecznego przywództwa. Jest wyzwaniem, które nie może pozostać bez odpowiedzi.
Po czwarte, jest moim zdaniem mistyczno - symbolicznym krzykiem o przebudzenie, o podjęcie działań korygujących. Miejscem mordu jest mająca na dziś status kraju misyjnego, zwana najstarszą córką Kościoła Francja ( choć niezasadnie - starsza jest Armenia, o czym już kiedyś pisałem na tym blogu). Francja - Ojczyzna Wielkiej Rewolucji, wielu prądów ideowych i kulturowych, a zarazem kraj pierwszego, nowożytnego ludobójstwa na wiernej Kościołowi Wandei. Być może to spokojne dotąd normandzkie miasteczko, ma stać się przyczynkiem do obudzenia sumień Europejczyków? Może jest istotnym przesłaniem, że kontynuacja bezczynności wobec radykalizmu islamskiego skończyć może się tragicznie, że koszty społeczne mogą zwielokrotniać ofiarę mieszkańców Wandei, poniesioną w imię obrony i prolongaty tradycyjnej aksjologii?
Po piąte, mając na względzie fakt, że - wychodząc na przeciw zasadnym wyzwaniom do tolerancji i równouprawnienia religii, ekumenizmu, z zamiarem budowania pomostów między wyznawcami różnych wyznań, gmina w której dokonano zbrodni przekazała teren pod budowę meczetu - co i tak nie uchroniło miejscowych chrześcijan od bestialstwa radykałów islamskich, należy poważnie rozważyć, czy tak rozumiana tolerancja nie jest formą kapitulacji, a w konsekwencji, czy należy prolongować takie podejście. Czy zasadnym jest w Europie tolerowanie budowania meczetów, stających się nie tylko źródłem propagandy obcych nam wartości, ale i moderowania i potęgowania nienawiści do Europejczyków?     
Składając hołd francuskim ofiarom, łącząc się w żałobie z Francuzami, przyłączam się do tych, którzy wbrew zasadom uwielbianej i preferowanej w Europie poprawności politycznej, od dawna jasno artykułują swoje preferencje: dosyć dla agresji obcej nam cywilizacji, przyjmującej odbiegającą zasadniczo od kanonu demokracji postać barbarzyństwa. Czas położyć kres de facto pobłażliwości dla zachowań ekstremistów islamskich, nadużywających europejskiej gościnności i instytucji demokracji. Czas na mieszczące się w granicach państwa prawa działania, z deportacjami włącznie. Prawo do życia w socjalnej Europie, wśród nas jest przywilejem, nasza gościnność jest naszym prawem, nie obowiązkiem. Kto nie chce szanować naszej tradycji i aksjologii, nie widzi zasadności partycypacji w kosztach utrzymania naszych instytucji i warunków egzystencji, nie musi żyć wśród nas. Kto nadużywa naszej gościnności, może i powinien być stanowczo poproszony o wyjazd. Kto atakuje nasze kanony i instytucje, kto oczekuje wyłącznie praw i poszanowania odrębności, bez społecznej akceptacji dla wspólnoty Europejczyków, kto zagraża bezpieczeństwu nas i przyszłości naszych dzieci, może i powinien być - z poszanowaniem praw człowieka i procedur demokratycznych - deportowany do kraju swego pochodzenia.  
Inna postawa wobec zagrożeń islamskiego fundamentalizmu w Europie, nie jest jedynie zaniechaniem i formułą defetyzmu, jest śmiertelnym, strategicznym zagrożeniem dla naszej przyszłości. Nasi wrogowie nie pozostawiają nam wyboru. Nasza bezczynność i pobłażliwość, nasza tolerancja, traktowana jest przez nich jako przejaw słabości, interpretowana jako postawa strachu i zachęta do dalszych agresywnych działań. Na takie zachowanie nie może być naszego przyzwolenia.         

Niezależny? Od kogo i do kiedy?

      Francuskie Zgromadzenie Narodowe, staje się areną nowego, nie notowanego dotąd w tej skali zjawiska: liczby posłów niezależnych. Niższa izba francuskiego parlamentu, liczy dziś już 25-ciu deputowanych o takim statusie, co - biorąc pod uwagę liczebność całego Zgromadzenia (577 członków) - stanowi ponad 4% wszystkich posłów.
Analogiczne zjawisko - choć w nieco mniejszej skali - zauważalne jest także w polskim Sejmie (póki co 6-ciu posłów niezależnych na 460 parlamentarzystów, tj. 1,3% wszystkich deputowanych).
Status "poseł niezrzeszony", zarówno w Polsce, jak i we Francji, jest nad wyraz pojemny, będąc odzwierciedleniem szerokiego spectrum przyczyn, obejmując swoim zasięgiem wszystkie tradycyjne opcje polityczne: od prawicy narodowej, po skrajną lewicę. Jest dowodem nie tylko tarć wewnętrznych w łonie ugrupowań partyjnych, instytucjonalnej niewydolności systemu politycznego, ale nade wszystko niskiej skuteczności elit politycznej i analogicznej zdolności do realizacji akceptowanych przez elektorat w procesie wyborczym obietnic. Poza mniej lub bardziej zasadną i społecznie akceptowaną zmianą preferencji politycznych piastujących mandaty parlamentarne, jest także przyczynkiem do podważania zaufania do samej demokracji.
Z drugiej strony, kształt i wymogi ordynacji wyborczych powodują oraz determinują prosty fakt: trudno być politykiem w rozwiniętych, a tym bardziej stabilnych politycznie demokracjach, poza strukturami partyjnymi, co w powiązaniu z kosztami uprawiania polityki zdeterminowanej przez klasyczne procesy marketingowe, stanowi istotną barierę i cezurę wejścia do polityki. W konsekwencji, zasadne jest pytanie, czy status "posła niezależnego", nie jest faktycznym nadużyciem, czy przypadkiem osoba uzyskująca mandat z partyjnej listy, ma prawo do wypowiedzenia posłuszeństwa partii, która ją nominowała, czy wreszcie odejście z klubu parlamentarnego partii nominującej/frakcji parlamentarnej, nie powinno oznaczać z automatu obligatoryjnej konieczności rezygnacji z mandatu, zwłaszcza w systemach nie jednomandatowych. Skoro w procedowaniu parlamentarnym obowiązuje absolut dyscypliny partyjnej, czy jej naruszanie nie powinno zwyczajowo oznaczać konieczności rezygnacji z mandatu? Jeżeli przyjąć obowiązującą wykładnię, że z momentem zaprzysiężenia, parlamentarzysta staje się depozytariuszem nieokreślonej woli narodu, a nie wyborców swojego okręgu wyborczego i nie jest związany z nimi formułą kontraktu wyborczego, czy może jednocześnie zachowywać suwerenność w zakresie decyzji dotyczących swojego statusu i przynależności partyjnej?
Osobiście uważam, że zarówno we francuskim, jak i polskim systemie politycznym, w odniesieniu do niższych izb parlamentu, niezależność parlamentarzysty jest sprawą iluzoryczną i mocno naciąganą, stanowiąc raczej koncepcję marketingową, niż realny byt polityczny. Poza pytaniem o polityczną odpowiedzialność, która - z wyboru partii politycznych - sprowadzona jest de facto wyłącznie do potencjalnej weryfikacji negatywnej w toku kolejnych wyborów, pozostają kwestie tak istotne jak: możliwość skutecznego wykonywania mandatu posła poza parlamentarną frakcją partyjną, pozostających w dyspozycji "niezależnych" zasobów i infrastruktury do efektywnej pracy parlamentarnej. Status posła niezależnego jest prawie zawsze efemerydą, której kres wyznaczają następne elekcje. Ich nieuchronność stymuluje wzajemne procesy miłosierdzia i pojednania, między partiami i parlamentarzystami, zwłaszcza o dużej wartości marketingowej, którą nie zawsze należy utożsamiać z analogiczną merytoryczną, bądź - jako alternatywa - charakterystyczna polityka transferów politycznych, sprowadzająca się do czasami egzotycznych zmian barw politycznych przez posłów. Prolongata kariery parlamentarnej jest determinizmem zawodowych polityków, którzy - także z powodów egzystencjalnych - nie mogą sobie pozwolić na bycie poza polityką, bez uszczerbku dla swojej pozycji społecznej, statusu i poziomu życia. W konsekwencji cierpi demokracja i jej beneficjenci, czyli my wszyscy: obywatele i podatnicy.            
  



      

sobota, 25 czerwca 2016

Brytyjski brexit, polskie seppuku

   Szeroko komentowane wyniki brytyjskiego referendum w sprawie dalszej przynależności Zjednoczonego Królestwa do Wspólnoty Europejskiej, będącego wydarzeniem poważnym, o istotnych potencjalnie konsekwencjach, ale zarazem przewidywalnym, bo od dawna zapowiadanym, jest tyle zasadne, co nachalnie jednostronne.
Obywatele Wielkiej Brytanii - tradycyjnie czuli na punkcie swojej suwerenności i szeroko pojętej odrębności, od dawna przywiązani do własnej waluty - Funta brytyjskiego, którego nie zamierzali porzucić na rzecz wspólnej waluty - dali wyraz temu, co preferuje wielu Europejczyków.
Brexit nie jest jednak z pewnością końcem świata, wydarzeniem epokowym, jest co najwyższej istotną cezurą w najnowszych dziejach Europy. Potwierdza wyraźnie i jednoznacznie że:

1. Forsowany model jedności europejskiej, nie znajdujący od dawna consensusu, jest dziś coraz powszechniej kontestowany społecznie;
2. Historia Europy, to historia państw i narodów, szerokie spectrum zróżnicowania rozwoju społeczno - politycznego, ekonomicznego i aksjologii, a w konsekwencji, na obecnym etapie rozwoju historycznego, niemożliwa jest na Starym Kontynencie budowa zrębów jedolitej panstwowości;
3. Źródeł porażki projektu jedności europejskiej w obecnym kształcie, należy szukać także w egoiźmie elit politycznych, synekurach brukselskich, wolnych od obciążeń podatkowych i rozpasaniu biurokracji brukselskiej, której dążenie do centralizacji i regulacji wszystkiego (vide krzywizna banana i definicja warzyw oraz owoców), nie racjonalne, dysfunkcjonalne i po prostu głupie, spotyka się z coraz szerszym frontem społecznej odmowy i obstrukcji;
4.  Porażka idei jedności europejskiej, to także efekt priorytetu przyznanego neoliberalizmowi i globalizacji. Wielu obywateli "Starej Unii" nie rozumie i nie akceptuje sytuacji, w której chronicznemu kryzysowi ekonomicznemu w ich krajach, towarzyszy jednocześnie realizowana w imię solidarności, szeroka polityka subsydiowania rozwoju nowych krajów członkowskich, sprowadzająca się w efekcie końcowym do eksportu miejsc pracy i spadku poziomu życia, w krajach donatorów wspomnianej pomocy;
5. Jedyną formą budowy jedności europejskiej na dziś, to powrót do gaullistowskiej idei "Europy Ojczyzn": konfederacji suwerennych państw, powiązanych wspólną aksjologią, polityką obronną, na bazie daleko posuniętej integracji ekonomicznej, z poszanowaniem zarazem idei państwa narodowego;
6. Decyzja obywateli Wlk. Brytanii, oznacza jednocześnie powrót do korzeni, do prymatu niemiecko - francuskiego tandemu w Europie, który - wraz ze strategicznym, wielopłaszczyznowym sojuszem z USA - leżał u podstaw europejskiego cudu gospodarczego po II Wojnie Światowej. Tym większa odpowiedzialność Niemców i Francuzów, za wyprowadzenie Europy z jej obecnej zapaści; 
7. Dezintegracja Europy traktatów i unifikacji, od dawna tliła się coraz większym płomieniem, detonatorem okazała się jednak niezrozumiała i w istocie nieodpowiedzialna polityka Niemiec, w kwestii najnowszej imigracji. Szerokie otwarcie granic Europy dla obcej kulturowo imigracji, kosztownej społecznie i ekonomicznie, a równocześnie stanowiącej niejednokrotnie źródło śmiertelnego zagrożenia terroryzmem, to kropla, która przelała czarę goryczy nie tylko eurosceptyków, ale i przeciętnych, nie zaangażowanych dotąd politycznie Europejczyków.

Osobiście nie uważam za zasadne dramatyzowanie nad Brexitem. Nawet zapowiadany rozpad Zjednoczonego Królestwa, nie będzie końcem świata, przywołując choćby dzieje Imperium Rzymskiego, Otomańskiego, a nawet ZSRR, czy Monarchii Austro - Wegierskiej. Więcej, uważam nawet, że decyzja ta może znaleźć rychło naśladowców w Europie. Dziś kluczowa rola przypada politycznym elitom Europy. Jeżeli rozumieją istotę zachodzących zjawisk i nie deprecjonują wagi wyzwań, muszą natychmiast wdrożyć istotne działania korygujące: słuchać preferencji Europejczyków, zerwać z biurokratyzowaniem i ujednolicaniem wszystkiego. Z pewnością konieczne jest jednoczesne, gruntowne zredyfiniowanie priorytetów.
W całym zamieszaniu szokuje mnie zachowanie polskich władz. Nie rozstrząsając zasadności poglądu, że istotną rolę w demontażu Jedności Europejskiej odegrały nowe kraje Unii, w tym zwłaszcza Polska, nie wypada, aby właśnie Polska - będąca w istocie głównym beneficjentem polityki jedności, solidarności i wyrównywania szans, dryfowała na pozycje eurosceptyczne. To przejaw rażącej nieodpowiedzialności i niewdzięczności. Nie wypada też - z analogicznych powodów - aby kraj nie posiadający także wspólnej waluty - aspirował do roli moderatora najważniejszych procesów europejskich. Będące naszą narodową przywarą przekonanie o naszej kluczowej roli w świecie, wynikające ze szkodliwego romantyzmu i jego pochodnej: mesjanizmu oraz ortodoksyjnego katolicyzmu, znowu prowadzi nas - drogą całkowitego rozbratu z rzeczywistością - na manowce, narażając przy okazji na śmieszność. Wyzwania polskich rządzących do rewizji traktatów, do zmiany podstaw funkcjonowania Unii, brzmią tyle dziecinnie, co nieodpowiedzialnie i samobójczo. Ciekawe jakie stanowisko zajmą polskie władze, jeżeli pojawi się na przykład na porządku dziennym kwestia rewizji zasad finansowania Wspólnoty, skutkiem czego utracimy - przyznane w innych okolicznościach - wsparcie rozwojowe? Co zrobimy, jeżeli wymogiem pełnoprawnego uczestnictwa w nowej formule jedności Europy, będzie przyjęcie wspólnej waluty, względnie zasadnicza rewizja dotychczasowej wspólnej polityki rolnej? Co zrobimy - mając na względzie, że nasz aktualny status gospodarczy, nie wynika bynajmniej z innowacyjności gospodarki, a nade wszystko z przewagi kosztowej, której kluczowym czynnikiem jest polityka niskich płac, jako żródła przewagi konkurencyjnej - gdy Wspólnota ujednolici warunki gospodarowania (jednolity system podatkowy, jednolita minimalna płaca), likwidując arbitralnie polskie przewagi?
Wielka Brytania opuszczając Unię zachowuje swój potencjał: światową walutę, status mocarstwa we wszystkich wymiarach, globalne wpływy, uprzywilejowane relacje z USA. Aspiracje mocarstwowe Polski - dodajmy od razu groteskowe - jeżeli będą kontynuowane w tej formie, tak komunikowane europejskiej opinii publicznej, skończą się fatalnie. 
Zaangażowanie Polski w porządkowanie europejskiego domu jest potrzebne i racjonalne, przystoi także - po wyjściu Wlk. Brytanii - piątej gospodarce Wspólnoty. Myśląc kategoriami dobra wspólnego, a zarazem dbając o dobrze pojęty interes narodowy, nie narażajmy się na śmieszność. Realna ocena sytuacji - przywołując przykład orkiestry symfonicznej - z pewnością daje nam miejsce  wśród wirtuozów, nie aspirujmy jednak do roli dyrygenta, ani pierwszych skrzypiec.