poniedziałek, 3 grudnia 2018

"[...] Francuzi są bardziej świadomi wymagań współczesnego świata, niż ich rządzący [...]". Naprawdę?


       Protesty społeczne we Francji, w ostatnich dniach, to znacznie coś więcej niż tylko chuligańskie wybryki wandali - nie wiadomo zresztą, czy conajmniej w części nie prowokowane - do których chciałyby je sprowadzić poprawnie polityczne media. Odcinając się rzecz jasna stanowczo od towarzyszących niestety protestom burd i zniszczeń, konfrontacji z siłami porządkowymi, trzeba na wspomniane protesty patrzeć szerzej, widząc nade wszystko kontekst społeczny i polityczny.
Urzędujący Prezydent Republiki Francuskiej E. Macron, w swojej książce "Revolution" (Wyd. XO., Paris 2016, wydanie polskie: "Rewolucja",wyd. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018), będącej w istocie manifestem programowym prezydenta, zawarł wiele tyle ciekawych, co kontrowersyjnych tez, weryfikowanych także przez obecne wydarzenia.
Między innymi, zdaniem E. Macron'a, we współczesnej Francji, a szerzej w rozwiniętym świecie, nie ma miejsca dla klas ludowych (les classes populaires), na skutek postępującej transformacji społecznej, globalizacji i rewolucji technologicznej. Hipoteza to swego czasu modna, odważna , ale raczej życzeniowa, niż wynikająca z realnej oceny sytuacji społeczno - politycznej., zasługuje na rozważenie. Zmierzch klasy robotniczej w klasycznym, marksistowskim rozumieniu, nie oznacza bowiem bynajmniej kryzysu kategorii "pracownicy najemni". Pracowników najemnych jest zdaje się coraz więcej, choć są oni faktycznie wewnętrznie poważnie zróżnicowani, w aspekcie poziomu życia, wykształcenia, perspektyw. Gdyby jednak nawet przyjąć, że E. Macron miał i ma rację, to kto w sensie socjologicznym, protestuje we współczesnej Francji, jeżeli nie pracownicy najemni? Klasa średnia, imigranci, rzemieślnicy, przedstawiciele wolnych zawodów?
Moim zdaniem, protestują po prostu niezadowoleni, niezależnie od przynależności do grup społeczno - zawodowych, rodowodu, religii, preferencji politycznych i innych kryteriów etykietyzacji. Niezadowoleni ze stanu spraw publicznych, z braku perspektyw, zawiedzeni przez elity polityczne, oszukiwani ciągłą prolongatą nadziei i oczekiwań. Na dziś niezadowoleni nie są zorganizowani, a w konsekwencji, nie stanowią dla władzy partnera do rozmów, stąd zresztą takie usilne próby zawłaszczenia tego protestu przez polityków wielu opcji.
Ostatnie wydarzenia potwierdzają też dobitnie, że nadmiar obietnic wyborczych, zwłaszcza nierealnych nie tylko szkodzi, ale zarazem stanowi poważne zagrożenie dla demokracji. Budząc bezpodstawne nadzieje, może czasowo - niczym opium - uśmierzać ból, ale jednocześnie zwielokrotnia prowdopodobieństwo wybuchu niezadowolenia społecznego, wykraczające poza ramy społeczeństwa obywatelskiego. Protesty we Francji, to także dowód na rozmijanie się percepcji i aksjologii elit, z analogicznymi społeczeństwa, zwłaszcza tej jego mniej zaradnej, czy odnoszącej mniejsze życiowe, a może zawodowe sukcesy części.
W przywoływanej już książce E. Macron'a, znależć można także odpowiedzi, recepty, swoiste remedium, na protest "żółtych kamizelek", bo nie nazywałbym tego jeszcze rewolucją. Tytułem przykładu:

1). "[...] Na tę transformację nie możemy odpowiedzieć przy pomocy tych samych ludzi i tych samych idei, wyobrażając sobie, że można wykonać krok wstecz, myśląc, że wystarczy naprawić lub dostosować nasze struktury [...]";

2). "[...] Wszyscy musimy wyjść poza nasze przyzwyczajenia [...]"

I jeszcze jedno: celny moim zdaniem tytuł mojego dzisiejszego posta, przywołany cytat, też pochodzi z książki "Rewolucja". Czyżby to były w istocie prorocze słowa? Jeżeli tak, to jakie wnioski z obecnych wydarzeń wyciągną francuskie elity? A może nie tylko francuskie?