piątek, 28 listopada 2014

Lewica umiera, baza społeczna lewicy lawinowo rośnie?

Wynik wyborczy Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach samorządowych w Polsce, stopień poparcia dla lewicowego Prezydenta Republiki we Francji i jego formacji politycznej: Partii Socjalistycznej, potwierdzają - choć z różnych powodów - głęboki kryzys lewicy w sensie politycznej emanacji: formacji politycznych, aspirujących do reprezentacji lewicy, kryzys doktrynalno - programowy, kryzys wizerunkowy, wreszcie głęboką erozję elektoratu lewicy.
Czy w istocie żyjemy w okresie schyłku formacji lewicowych, czasach bezpowrotnej marginalizacji idei lewicy? Czy współczesne społeczeństwa, także społeczeństwo francuskie i polskie, alienują się nie tylko od zaangażowania publicznego i politycznego, ale i postaw lewicowych, a nade wszystko czy lewicowość - o różnych odcieniach - przestała być modna, wabić elektorat, stała się po prostu passe?
Od lat żyjemy w przeświadczeniu skutecznie ugruntowywanym także przez media, że stratyfikacja współczesnych społeczeństw Zachodu, odbiega zasadniczo nie tylko od dawnych standardów, ideologicznych kanonów, ale i współczesnych wyobrażeń i wymagań. 
Będący faktem zmierzch klasycznej klasy robotniczej, jako efekt postępu techniczego, globalizacji, ale i eksportu tradycyjnych branż przemysłowych poza Europę, wynikający z priorytetów oraz wyborów międzynarodowych koncernów, będących konsekwencją pogoni za maksymalizacją zysku, bez względu na koszty społeczne, zdawał się być swoistym memento dla tradycyjnej lewicy.
Współczesna lewica, zarówno w rozumieniu formacji politycznych, jak i nurtu ideowego, ugrzęsła bez wątpienia w meandrach konsumpcjonizmu, a lewicowe elity - odstępując co naturalne i pożądane - od radykalnych haseł, na rzecz akceptacji demokratycznego porządku państwa dobrobytu, z własnego wyboru, ale i dzięki motywacji środowisk liberalnych, uległy konwergencji w kierunku liberalizmu i umiłowania etatyzacji, zapominajac de facto o celach i potrzebach własnego zaplecza politycznego. Liderzy partii lewicowych, stali się po prostu wygodni i leniwi, stawiając i preferując wymogi nowoczesnego marketingu politycznego i jego atrybuty, nad rzetelnym kontaktem z własną bazą społeczną.
Stopniowa alienacja elit lewicowych partii politycznych od własnego elektoratu, kończy się do facto utratą poparcia wyborczego i polityczną marginalizacją, czego następstwem jest zwrot w kierunku mniejszości, których potrzeby i aksjologia, stają się na dziś drogowskazem dla tradycyjnych formacji politycznych lewicy w Europie, postrzegane są jako jedyna szalupa dla idei lewicy.
Kryzys polityczny partii lewicowych, utrata przez nie społecznego poparcia, nie oznacza bynajmniej, że nie istnieje elektorat lewicy, że zapotrzebowanie na nowoczesną lewicę, w sensie programowo - organizacyjnym zmalało.
Społeczna estyma do lewicy jest zjawiskiem trwałym i zdaje się paradoksalnie, z obiektywnych powodów, ma obecnie stałą tendencję wzrostową, z tą różnicą, że zwolennikiem lewicy w Europie, a precyzyjnie o jej obliczu, nie decyduje dziś górnik i hutnik: grupy społeczne w fazie zaniku, a pozbawieni społecznych zabezpieczeń, niepewni swego jutra pracownicy najemni, nie zatrudnieni na umowach o pracę i drobni przedsiębiorcy, ponoszący największe koszty społeczne globalizacji.
Artykulacja celów i dążeń tego elektoratu, wymaga jednak wysiłku w kierunku zrozumienia parametrów jego położenia, estymacji skutków obecnej sytuacji dla przyszłości narodów i społeczeństw.
Analizie tej nowej, najliczniej grupy społecznej, swoje prace poświęcił między innymi Guy Standing, którego książka pod tytułem: "Prekariat. Nowa niebezpieczna klasa", ukazała się właśnie w Polsce staraniem Wydawnictwa Naukowego PWN [Warszawa 2014].
Zachęcam do lektury tej książki, która uderza nie tylko trafnością wywodu, ale i pobudza wyobraźnię w aspekcie nieuchronności konfliktu, w stronę którego jako społeczeństwa europejskie zmierzamy. Nie trzeba być admiratorem radykalizmów, aby po lekturze tej książki dojść do wniosku, że zmierzamy ku bodaj najpoważniejszemu od upadku socjalizmu w Europie konfliktowi społecznemu. Z drugiej strony, świadomości tej towarzyszy zarazem przekonanie o konieczności zasadnicznych zmian w szeroko pojętej polityce europejskiej i naszej aksjologii. Szczególna rola w tym dziele: stymulowania determinowanych bezpieczną przyszłością działań korygujących przypada lewicy, pod warunkiem, że odzyska ona zdolność do autorefleksji i redefinicji swoich pokrytych patyną czasu fałszywych wspólcześnie priorytetów. To tytułowy Prekariat, a nie przede wszystkim mniejszości, są polityczną przyszłością lewicy.
Buława poparcia społecznego środowisk lewicowych, leży ciągle w plecakach lewicowych liderów. Szkopuł w tym, że wbrew własnej wygodzie, wbrew umiłowaniu do świętego spokoju i życiowej stateczności, współczesne elity lewicowe muszą nie tylko wykazywać naturalne aspiracje do sprawowania władzy, ale nade wszystko są zobligowane do  odrobienia obowiązkowych lekcji w przedmiocie z  czyjego upoważnienia i w czyim interesie mają rządzić. Nie jestem jednak pewnien, czy syci liderzy współczesnej lewicy, korzystają jeszcze z plecaków. Może jednak czas na resentymenty w kierunku młodości i powrót do dawnej mody, na dodatek bardzo dziś na czasie, bo pro zdrowotnej? Jedno jest oczywiste: wyścig na radykalizmy, koncepcje na przejęcie elektoratu małomiasteczkowego i wiejskiego, aprecjacja środowisk mniejszości seksualnych jak priorytet, to ślepy zaułek, to zdecydowanie za mało, aby marzyć o dojściu i prolongaty władzy. Czas na Prekariat.   
              

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Alienacja Adama Michnika, czyli raj utracony "starych" elit?

        Czytając sobotni [2-3.08.2014] wstępniak autorstwa A. Michnika,  pod tytułem "Chwała Zwyciężonym" w "Gazecie Wyborczej", zaczynam ugruntowywać się w przekonaniu, że za stan  polskiej demokracji, za poziom świadomości społecznej, za kondycję społeczeństwa obywatelskiego w Polsce, spadające zainteresowanie mediami tradycyjnymi, odpowiedzialność ponoszą także elity polityczne i intelektualne, spiżowe postaci polskiej kultury politycznej.
Od dłuższego czasu - jako wierny czytelnik i prenumerator "Gazety Wyborczej", od jej zarania, od jej pierwszego numeru - zauważam, że profil dziennika coraz bardziej koresponduje  i służy pojęciu "Towarzystwa Wzajemnej Adoracji", jakim jest bez wątpienia znacząca cześć polskich elit. Elity te działają i piszą dla siebie i prawdopodobnie coraz powszechniej tylko same czytają swoje teksty.
To prawda, że także środowisko "Gazety Wyborczej" od pewnego czasu lansuje się na stronników i strażników poprawności politycznej, w sensie preferowanego i upowszechnianego profilu ideowo - programowego, na bazie nowej aksjologii. Analogicznie bez entuzjazmu, ale ze zrozumieniem, przyjąłem fakt, że "GW" służy bezkrytycznie obozowi władzy, z nostalgią  pamiętając lata pryncypialności, choćby w okresie rządów lewicy w Polsce. Tym niemniej język używany w publikowanych tekstach zaczyna szokować, choć zarazem pewnie staje się symbolem wysublimowanego smaku koneserów.
Wspomniany artykuł w "Gazecie Wyborczej" - będący w założeniu chwalebną apologetyką wysiłku Powstania Warszawskiego, bohaterskiego heroizmu powstańców i ponadczasowego wpływu ich ofiary na tradycję narodową, z uwagi na użytą terminologię, powinien zarazem zawierać przypisy objaśniające.
Chodzi o dwa terminy: 1]. tromtadracja [popisywanie się, efekciarstwo, traktowane jako zjawiska pejoratywne] i 2]. prefiguracja [zjawisko lub zdarzenie zawierające cechy czegoś, co nastapiło póżniej].
Zwłaszcza pierwszy termin szokuje. Zrobiłem małą, reprezentatywną sondę w środowisku badź co bądź aspirującym do roli elity intelektualnej: nauczycieli akademickich i stwierdzam z przerażeniem, że nawet tam zakres pojęciowy tego terminu stanowił pełną egzotykę.
Zastanawiam się czemu ma służyć ta maniera, wcale zresztą nie oryginalna, której uległo i ulega wiele opiniotwórczych tytułów prasowych w Europie, z francuskim "Le Monde", stanowiącym wzorzec dla "GW" włącznie. Jeżeli konsolidacji coraz mniej licznej grupy docelowej, to marne to pocieszenie i wątpliwy cel strategiczny.
"Gazeta Wyborcza" - jak swego czasu Unia Wolności - próbuje odegrać rolę "mądrzejszego" moderatora publicznego dyskursu i zachowań społecznych. W dzisiejszych skomplikowanych, wielowymiarowych czasach, pełnych konfliktów, sprzeczności i przeciwieństw, to zdecydowanie błędna misja.
Współczesne elity zdaje się nie chcą przyjąć do wiadomości, że w strukturze społecznej współczesnej Polski, wcale nie dominują syci, zadowoleni i z perspektywami, Ci którym okres transformacji społeczno - ustrojowej przyniósł stabilizację, pozycję i nobilitację społeczną oraz dostatek. Nawet Ci, którzy przejściowo zyskali, pełni dziś są trosk o jutro, o stabilną, przewidywalna przyszłość. 
Dziennikarstwo ambitne i zaangażowane, nie musi być elitarne, a już na pewno nie powinno być niezrozumiałe.
Nie oczekuję, aby "Gazeta Wyborcza" stała się kolejnym tabloidem goniącym za sensacją, ale jako wieloletni wierny czytelnik mam prawo wymagać, aby zespół redakcyjny dziennika twardo stąpał po ziemi, pisał o sprawach przeciętnych ludzi, zrozumiałym językiem.
W przeciwnym razie "GW" podzieli nieuchronnie los Unii Wolności, wnosząc przy tym niestety znaczący wkład w narastanie radykalizmu w Polsce, w społeczną frustrację, apatię polityczną, bezczynność obywateli, polityką "pudrowania rzeczywistości".
Profil, preferencje i poziom "Gazety Wyborczej", są także ważne w kontekście nadchodzących w Polsce wyborów i potencjalnych wyborów Polaków.

niedziela, 29 czerwca 2014

Nowa książka, nowe spojrzenie na Ch. de Gaulle'a

Staraniem Instytutu Wydawniczego PAX, ukazała się właśnie w Polsce, trafiając do dystrybucji, wydana we Francji w 2012 roku, w Wydawnictwie Plan, książka autorstwa francuskiego dziennikarza Gerarda Bardy'ego, pod tytułem: "Charles de Gaulle. Biografia katolika i męża stanu" [tytuł francuskiego oryginału: "Charles le Catholique. De Gaulle et l'Eglise"].
Wydawać by się mogło, że postać Generała De Gaulle, została już opisana i zanalizowana we wszystkich możliwych wymiarach i perspektywach. Nic bardziej błędnego.
Omawiana książka, nie jest także kolejną próba budowania mitu Generała, tym bardziej mając na względzie społeczne zapotrzebowanie, wynikające z poprawności politycznej, na akcentowanie tradycyjnych elementów tożsamości europejskiej. Książka ta nie jest bynajmniej apologetyką francuskiego katolicyzmu.
Biografia jest ciekawa i prawdziwa, odtwarza aksjologię wartości Generała, w której chrześcijaństwo, a precyzyjniej katolicyzm, miał co prawda swoje trwałe miejsce, dalekie jednak od tak nam bliskiego w Polsce współczesnej przaśnego, ciasnego katolicyzmu, wbrew społecznemu kontekstowi i realizmowi politycznemu. Zresztą swój stosunek do bezkrytycznego pojmowania i przyjmowania katolicyzmu, najlepiej, najbardziej dobitnie, określił sam Charles de Gaulle, w przywoływanym w pracy stwierdzeniu: "[...] doskonałość ewangeliczna nie prowadzi do królestwa [...]".
Książka jest bez wątpieniem potwierdzeniem przywiązania w życiu publicznym i prywatnym Generała do katolicyzmu, rozumianego jako zespół wartości, filozofia życia i kanon postępowania.
Jednym z ciekawszych, przewijających się przez całą książkę wątków jest dokuczliwy, trudny do zaakceptowania paradoks: Charles de Gaulle, najbardziej tradycyjny ze wszystkich francuskich prezydentów od czasów generała Mac - Mahona, najbardziej wierny katolicyzmowi Prezydent V Republiki, nie cieszył się bynajmniej sympatią francuskiej hierarchii kościelnej [nie należy utożsamiać stanowiska francuskiej hierarchii, ze stanowiskiem kleru, co byłoby nadużyciem i uproszczeniem!!], dla której historyczne resentymenty, słabość do Marszałka Petaina, miała zawsze większą wartość, niż osoba i poglądy, droga życiowa i decyzje polityczne Generała.
Książka jest znakomicie napisana, dobrze udokumentowana, zawiera wiele szczegółów nie podnoszonych dotąd, bynajmniej w polskiej literaturze. Jej lektura, to zarazem pasjonująca wędrówka przez najnowsze dzieje Francji, a także inspirujące źródło do szukania polskich analogii. Polecam!!          

Polska lewica jak polskie rzeki?

Życie polityczne ostatnich dwóch tygodni w Polsce, zdominowane zostało przez problematykę nie tyle nielegalnych podsłuchów - jak chciałaby władza - co zawartości nagrań kluczowych polityków partii rządzącej, będących w istocie kompromitacją i oskarżeniem polskiej klasy politycznej.
Opinia publiczna poznała "kuchnię" polskiej polityki, w możliwie najbardziej patologicznym wymiarze, z przejawami kupczenia, prywaty, prób wykorzystywania niezależnych w istocie i de iure instytucji państwa [przede wszystkim bank centralny] do działań w interesie rządzącej partiokracji, budujących przewagę konkurencyjną wobec opozycji, z perspektywy zbliżających się wyborów w Polsce.
Wreszcie - za sprawą środków masowego przekazu - szerokie rzesze społeczne, mogły poznać kulturę polityków, ich dwulicowość, zrozumieć że także w Polsce, za publiczne środki klasa polityczna znakomicie się bawi i biesiaduje, nie stroniąc od wyszukanego menu i wysublimowanych trunków.
Póki co, rządząca koalicja utrzymała arytmetyczną większość w parlamencie, nie wiadomo jednak na jak długo i jakim kosztem. Nawet gdyby wybory w Polsce odbywały się wyłącznie w konstytucyjnych terminach, zmiana preferencji wyborczych obywateli, na skutek obnażenia zachowań i poglądów partiokracji, za sprawą ujawnienia nagrań, wydaje się być nieuchronna i oczywista.
W tym kontekście, po raz kolejny pojawia się kwestia zdolności lewicy do sformułowania programu atrakcyjnego społecznie, mogącego zyskać przychylność wyborców, pozwalającego odebrać władzę rządzącej polską od dekady prawicy.
W sytuacji polskiej lewicy, jest sporo analogii do... polskiej polityki hydrologicznej. Można - jak polscy decydenci - czekać na rozwój wydarzeń, prolongując odkładane od lat inwestycje i zmiany systemowe, w zakresie gospodarki wodnej, licząc na łut szczęścia i przychylność natury. Fakt, że cyklicznie pojawiają się anomalia pogodowe, skutkujące katastrofalnymi powodziami, może być co najwyżej okazją do manifestowania sprawności rządu w organizacji akcji ratowniczej i pomocy dla poszkodowanych.
Polska lewica zachowuje się zgoła podobnie, to znaczy skrajnie nieracjonalnie, licząc że dojście do władzy, będzie konsekwencją znużenia społeczeństwa rządami prawicy, ich niską skutecznością, a przy okazji ujawnieniem afer i rozlicznych patologii.
Tymczasem potencjalne dojście do władzy lewicy, nie w charakterze listka figowego i mniejszościowego koalicjanta, a siły decydującej o kształcie hipotetycznej koalicji, o samodzielnych rządach nie wspominając, wymaga pozytywistycznej pracy i strategicznych przewartościowań.
Nie wystarczy już z pewnością bazowanie wyłącznie na tzw. "twardym elektoracie", który - także z powodów demograficznych - nie ma już perspektywicznego charakteru. Trzeba szukać atrakcyjnej oferty i alternatywy dla młodego i średniego pokolenia.
Prowadzenie polityki i budowanie strategii na przesłankach klasowych, także jest już anachronizmem. Dziś bazą społeczną lewicy, nie może być klasycznie pojmowana klasa robotnicza, będąca zresztą w zaniku, a szeroko rozumiana, pojemna kategorii pracowników najemnych, z coraz bardziej liczącą się warstwą urzędników rządowych i samorządowych włącznie.
Lewica musi znaleźć ofertę dla biznesu i tysięcy samozatrudnionych, nie drogą większego fiskalizmu, a za sprawą budowania stabilnego systemu prawno - podatkowego, z szacunkiem dla legalnie prowadzonej działalności gospodarczej.
Nie wystarczy też ciasno pojmowany antyklerykalizm, który w obecnie preferowanej przez polską lewicą postaci, jest raczej elementem dezintegracji, swoistym środkiem odstraszania, niż integracji i artykulacji interesów szerokiej bazy społecznej. Pragmatyczny indyferentyzm religijny, winien być dla lewicy drogowskazem do działań w tym aspekcie stosunków społecznych.
Z pewnością też zwolenników lewicy nie przysporzy orientacja na eksponowanie interesów mniejszości kosztem większości. Pozorna nowoczesność lewicy w tym względzie jest pułapką. Nie należy bowiem mylić zasadnej tolerancji i otwartości, z propagowaniem interesów mniejszości, wbrew woli i kosztem większości.
Polska lewica ma rok na przewartościowanie strategii politycznej i programu, na niezbędne działania korygujące, na pozyskanie przychylności zagubionych i znużonych, na zbudowanie szerokiej koalicji społecznej i politycznej.
Jeżeli tego nie zrobi, jeżeli nie wykaże politycznej dojrzałości i odpowiedzialności, może czekać na korzystny zbieg okoliczności, zdana na barierę 10% poparcia społecznego.
Dzisiejsze wyczyny polityczne prawicy, dają lewicy możliwość budowania zbiorników retencyjnych społecznego niezadowolenia, kanalizowania społecznych napięć i frustracji w demokratyczny sposób. Nie zrozumienie wyzwań chwili, polityczny egoizm lewicowych elit i aktywu lewicowych formacji, będzie dla polskiej lewicy śmiertelnym grzechem zaniechania, który zaciąży na jej politycznej przyszłości i społecznej ocenie.
    
  

czwartek, 5 czerwca 2014

Europa marzeń - Europa poprawności, czy realna Europa?

Dzień po hucznych obchodach 25 lecia wyborów parlamentarnych 1989 roku w Polsce, które zapoczątkowały pokojową transformację ustrojową nad Wisłą, w przededniu historycznych obchodów 70 - tej rocznicy lądowania Aliantów w Normandii, dziennik "Le Monde" opublikował kontrowersyjny tekst autorstwa Michel'a Rocard'a, polityka Partii Socjalistycznej, byłego premiera Francji [1988 - 1991], pod znamiennym tytułem: "Amis Anglais, sortez de l'Union europenne mais ne la faites pas mourir!!".
Podstawowa teza artykułu sprowadza się do twierdzenia o nieuchronności opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię, jako logicznej konsekwencji wielowymiarowej, starannie kultywowanej od zarania Wspólnoty, odmienności Korony od Europy kontynentalnej. Secesji, która nie powinna dłużej powodować patu w Zjednoczonej Europie, paraliżować jej działań, a która zarazem nie może być sztucznie prolongowana, w imię pseudo jedności, w żywotnym interesie samej Europy.
Nie tylko termin i okoliczności publikacji są symboliczne, nade wszystko jej merytoryczne przesłanie.
Europejskie elity wciąż nie otrząsnęły się po szoku ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego, w których zarówno werdykt wyborczy [znakomity wynik formacji eurosceptycznych w poszczególnych krajach], jak i niska frekwencja wyborcza [będąca namacalnym dowodem bierności Europejczyków], stanowią poważny problem dla przyszłości realizowanej aktualnie koncepcji jedności polityczno - gospodarczej kontynentu, w jej dotychczasowym kształcie. "Stare" elity, tkwiące w okowach dotychczasowej formuły U.E i jej parametrów, nie są zdaje się zdolne do redefinicji strategii zjednoczenia, bez strategicznego impulsu, którym może być konieczność rekonstrukcji Unii, po opuszczeniu jej szeregów przez Wielką Brytanię.
Brytyjska sececja jest nie tylko wyobrażalna, Brytyjczycy mają do niej niezbywalne prawo, może być ona także zbawienna dla samej jedności europejskiej, pod warunkiem wszakże nie tylko consensusu co do kierunku dalszego rozwoju, ale i determinizmu w odniesieniu do niezbędnych europejskich reform.
Budowa europejskiej jedności wymaga dalszej wielowymiarowej unifikacji, z jednoczesnym poszanowaniem tożsamości narodowych i odejściem od nadmiernych regulacji i nieuzasadnionej etatyzacji oraz biurokratyzacji Wspólnoty.
Projekt Jedności Europejskiej, tak potrzebny dla zatrzymania dekadencji Europy, wymaga tyle powściągnięcia narodowych egoizmów, co udowodnienia w praktyce milionom Europejczyków, że U.E jest przedsięwzięciem tyle nieuchronnym, co korzystnym dla europejskiego bezpieczeństwa i dobrobytu, także w wymiarze jednostkowym.
Przeciętny Europejczyk musi chcieć się utożsamiać z Europą marzeń, przez pryzmat determinizmu konieczności i korzyści, a nie pseudo unifikacji. Pozytywnej konotacji Europy nie buduje ani definicja akceptowalnej krzywizny banana, ani szczegółowa specyfikacja warunków życiowych kur niosek. To sposób na dyskredytację idei Zjednoczonej Europy. Dla satysfakcji społeczeństw europejskich nie wystarczy już swoboda przepływu ludzi, brak formalnych granic narodowych. Europejczyk oczekuje większej dozy bezpieczeństwa, pewności jutra, świadomości, że ponadnarodowe instytucje są gwarantem nie tylko wolności gospodarczej miedzynarodowego kapitału, ale i sprawiedliwości społecznej w odniesieniu do losów grup i jednostek.
Europa nie potrzebuje dominacji poprawności politycznej, pozornej aklamacji w myśleniu i działaniu, zjawisk które zabijają żywotność i dynamikę kontynentu. Głęboko zakorzeniowe w Europie tradycje narodowe i podziały ideologiczne - choć już nie klasowe - muszą znaleźć swoje społeczne i polityczne ujście, możliwość nieskrępowanej artykulacji w szacunku dla demokracji, z poszanowaniem praw mniejszości, ale z jednoczesnym zagwarantowaniem praw większości. Temu służyć musi wielopodmiotowość systemów partyjnych, które muszą gwarantować swobodę działania wszystkim systemowym formacjom politycznym, na równych prawach, bez ich sekowania, bez zabójczej etykietyzacji.
Realna Europa, to nie idealna konstrukcja, to żywy organizm rozwijający się na drodze dynamicznie pokonywanych przeciwności, o obiektywnym i subiektywnym charakterze.
Od Europy poprawności, kneblującej poglądy i zwalczającej postawy sprzeczne z wolą rządzących oligarchii, preferuję osobiście zróżnicowaną, demokratyczną Europę, nastawioną na sukces, z poszanowaniem narodowych kolorytów.
A co do Wielkiej Brytanii, akceptuję stanowisko W. Churchill'a: Anglia zawsze była wyspą.

                              

niedziela, 18 maja 2014

Od francuskiego wina do... europejskiej demokracji

Według opublikowanych właśnie danych Światowej Organizacji Winorośli i Wina [OIV], w 2013 roku Stany Zjednoczone, ze spożyciem na poziomie 29,1 mln hektolitrów [wzrost w stosunku do roku poprzedniego o 0,5%], stały się pierwszym na świecie rynkiem wina, wyprzedzając dominującą dotąd nieprzerwanie Francję [spożycie na poziomie 28, 1 mln hektolitrów, spadek w 2013 w stosunku do 2012 r. o 7%]. Oczywiście uwzględniając potencjał demograficzny, Francja nadal pozostaje liderem w spożyciu na jednego mieszkańca [przeciętny Francuz, wypijając 1,2 but. wina tygodniowo, bije na głowę Amerykanina, konsumującego - póki co - sześć razy mniej!!!].
Utrata przez Francję prymatu na rynku wina - mająca dla wielu wymiar symboliczny - jest godnym odnotowania wydarzeniem, w kategoriach gospodarczych i kulturowych, z pewnością jednak nie oznacza "przewrotu kopernikańskiego", ani w winiarstwie, a tym bardziej w ekonomice. Francuski eksport wina ma się bardzo dobrze [za 2013 rok osiągnął wartość 7,8 mld Euro], Francja pozostaje z pewnością synonimem jakości, a nade wszystko tradycji na rynku winiarskim. Konsument francuskiego wina, a szerzej produktów alkoholowych opartych na winorośli doskonale wie, że spożywając produkty Dionizosa/Bachusa o francuskim rodowodzie, obcuje zarazem z wielowiekowym dorobkiem kulturowym kraju i narodu, którego wkład w dziedzictwo kulturowe Zachodu, nie podlega najmniejszej dyskusji.     
Dyskusja o zmianie pozycji francuskiego wina, przypomina dyskusję o analogicznej ewolucji francuskiej kultury i języka w świecie. Dekadencja Europy, której w wielu wymiarach towarzyszy dekadencja Francji jest faktem - satysfakcji z czego nie kryją zwłaszcza Anglosasi - niemniej kultura a la francaise, ma swoje miejsce na mapie świata  i z pewnością zachowa je w przyszłości. Wydaje się nawet, że Francja ma tak wiele walorów, że to kraj galijskiego koguta, pozostanie także w przyszłości synonimem Europy w wielu dziedzinach.
Obserwując europejską scenę polityczną na tydzień przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, można szukać analogii jej położenia w stosunku do francuskiego wina. Demokracja w Europie - tak jak francuskie wino - ma swoją zakorzenioną pozycję w świadomości społecznej Europejczyków, która jest nie zagrożona, mimo ewolucji nastrojów, zmian preferencji, wreszcie lansowanych zmian w przyzwyczajenieniach. Demokracja w Europie - tak jak wino - ma wiele mutacji i wcieleń. Konsumenci są świadomi, nie tylko istnienia win włoskich, hiszpańskich, portugalskich, austriackich, czy niemieckich, ale nadto posiadają zdolność do ich różnicowania. Ta sama prawidłowość dotyczy zachowań politycznych.
Dlaczego zatem demokracja w Europie musi być postrzegana i lansowana - zwłaszcza przez poprawne politycznie środowiska -  jako jednolita, najczęściej lewicowa? Dlaczego w Europie nie może być miejsca na różne formacje i nurty polityczne?
Ostatnio bardziej niż widoczna i nachalna jest ofensywa dominujących w życiu poblicznym, poprawnie politycznych mediów - zwłaszcza na "Starym Zachodzie" - zmierzająca do dyskredytacji formacji krytycznych wobec aktualnie realizowanej wizji jedności europejskiej. Prawie powszechne już nawiązywanie do najczarniejszych kart europejskiej historii - XX wiecznego faszyzmu [skądinąd dlaczego brakuje w tych odniesieniach komunizmu?] - budzenie demonów i strachu, że tak samo jak europejski sceptycyzm, w przeszłości rodził się faszyzm, jest jednak sporym nadużyciem. Conajmniej 20% poparcie dla partii narodowych i regionalnych na Zachodzie przed wyborami do P.E., nie upoważnia do porównywania tychże partii i ich zwolenników, do prekursorów nowej formuły faszyzmu!!!!
Stare elity europejskie, zarówno tradycyjnie prawicowe, jak i lewicowe, pozostające od dekad, a nierzadko od pokoleń u władzy, wiedzione strachem przed utratą atrybutów rządzenia i środowiskowych oraz osobistych benefitów, zdają się utożsamiać demokrację - nie po raz pierwszy zresztą - wyłącznie z poprawnością polityczną. Warto przypomnieć dotychczasowym moderatorom polityki europejskiej, czym jest demokracja i czym są wybory.
Osobiście w przypadku demokracji, tak jak i w przypadku wina, pozostając zdeklarowanym frankofilem, przyjmuję do wiadomosci i akceptuję, że są grupy społeczne, wielkie grupy konsumentów, którzy darzą równą mojej estymie dla wina francuskiego, produkty winarskie innych krajów i nacji. To kwestia przyzwyczajeń, nawyków konsumenckich, osobistych preferencji. Ludzie - jako konsumenci i wyborcy - mają prawo do własnych wyborów, byleby tylko w ramach demokracji i jednego z jej kluczowych atrybutów: poszanowania prawa mniejszości.  
W konsekwencji, jeżeli uznamy za zasadą partycypację wyborczą, która jest prawem, a nie obowiązkiem!!, idąc de urn wyborczych do Parlamentu Europejskiego, nie dajmy się zmanipulować, nie wstydźmy się swoich przekonań i preferencji. Nawiązując do rzymskiej maksymy "de gustibus non est disputandum", miejmy na uwadze, że gusty dotyczą nie tylko wina, ale i polityki!!!
              
    

czwartek, 8 maja 2014

Prezydent Hollande grabarzem francuskiego socjalizmu?

Francuski profesor socjologii, zatrudniony w Ecole normale superieure [ENS]: Eric Fassin, w wywiadzie pod tytułem "Le recontrage sous fin du PS doit etre qualifie de droitisation", udzielonym "Liberation" [wyd. 505.2014], stawia ciekawą, acz kontrowersyjną tezę: Prezydent F. Hollande uwolni Francję od socjalizmu, tak jak swego czasu F. Mitterrand uwolnił ją od komunizmu. Praktycznym potwierdzeniem takiej zmiany jakościowej, ma być skład II tury wyborów prezydenckich w 2017 roku, która rysuje się w tej koncepcji jako bratobójczy pojedynek dwóch formacji prawicy: UMP i FN.
Wiele wskazuje, że E. Fassin może mieć rację, a ewolucja ideowo - programowa Partii Socjalistycznej, erozja jej miejsca we francuskim systemie politycznym, wymuszone tyle okolicznościami, co świadomym, nieuchronnym wyborem, staną się faktem.
Konsekwencje mondializacji stają się dramatyczne dla dotychczasowej staryfikacji społecznej rozwiniętych demokracji Zachodu: nie tylko pracownik najemny, nie tylko we Francji, przestaje być bezpieczny, syty oraz zadowolony. Także do niedawna ostoja klasycznej demokracji: klasa średnia, ulega wyraźnej erozji i degradacji. Formacji socjalistycznej - w sensie integracji i artykulacji interesów, jak i utrzymania monopolu reprezentacji własnej bazy społecznej - z pewnością nie służą też swiatopoglądowo - obyczajowe nowinki i wybory ideowo - polityczne ostatnich lat.
Z drugiej strony, masowy powrót do przaśnej lewicowości, odwołującej się do klasycznej formy walki klas, także nie wydaje się być możliwy. W kosekwencji, na społecznym i politycznym znaczeniu zyskiwać mogą ruchy polityczne nie uwikłane dotąd w proces rządzenia, o wyrazistym obliczu ideowym, odwołujące się do pierwiastków narodowych, utożsamianych coraz powszechniej z ostatnim "belle epoque" pracowników najemnych, sytuujące się raczej po prawej stronie sceny politycznej.
Degradacja socjalizmu we Francji - jako formacji i preferencji politycznej - wymaga jeszcze kilku innych warunków zawieszających, z których najważniejszym [po potencjalnym i potrzebnym uporaniu się z negatywami globalizacji, szczególnie dla rynku pracy i poziomu życia], wydaje się być deetatyzacja państwa i obniżenie rangi kadr - zwłaszcza urzędniczych - stanowiących od dekad żelazny elektorat lewicy, spoisty wewnętrznie, zdyscyplinowany, dominujący na francuskiej scenie politycznej. Zmiany preferencji politycznych Francuzów, mogą stopniowo skutkować zasadniczą wymianą elit politycznych, a w jej konsekwencji masową wymianą kadr urzędniczych wszystkich szczebli, na zupełnie odmienny od dotychczasowego, także w aspekcie oblicza ideowego, wszak - za wzorami amerykańskimi - zwycięzca bierze wszystko, z etatami w administracji łącznie.
Czyżby zatem Francja, ideowa Ojczyzna wielu nurtów socjalizmu, jeden z europejskich symboli siły i witalności politycznej socjaldemokracji, miała w najbliższym czasie zmarginalizować organizacyjną emanację współczesnego francuskiego socjalizmu: Partię Socjalistyczną? Czy możliwym jest że P.S podzieli los wielce zasłużonej - zwłaszcza dla Francji okresu II wojny światowej, całkiem zasadnie nazywanej "partią rozstrzelanych" - Francuskiej Partii Komunistycznej, zmarginalizowanej jak się zdaje nieodwracalnie przez P.S, w latach 80 - tych ubiegłego wieku?
Zwykła merytoryczna rozwaga, każe zachować umiar i roztropność w odpowiedzi na to fundamentalne, strategiczne, ale jednak otwarte pytanie. Skoro jednak ikony francuskiego przemysłu mogą podlegać egzotycznym zmianom właścicielskim, a Francuzi zaczynają konsumować więcej piwa niż wina, to zdaje się wszystko jest możliwe, łącznie ze społecznym porzuceniem socjalizmu, choć niekoniecznie pewne i nieuchronne.
Procesy zachodzące obecnie we Francji, warte są także monitorowania przez pryzmat polskiej sceny politycznej. W Polsce, regres klasy średniej i jej pauperyzacja oraz spadek znaczenia politycznego pracowników najemnych dla formacji lewicowych, dla których nie stanowią oni już bastionu wpływów politycznych jest obiektywnym faktem. Polska nie ma lewicowego prezydenta, ale może - tym razem na przekór tendencjom francuskim - w Polsce pojawią się nowe formy politycznej organizacji społeczeństwa, zarówno na prawicy, jak i na lewicy? A może zdecydujemy się zaimplementować doświadczenia szwajcarskie, opowiadajac się za demokracją bezpośrednią i referendalną?